29 lipca 2014

Fiszki - wydawnictwo Cztery Głowy


Jeśli chętnie uczycie się języków obcych i dbacie o utrwalenie zdobytej już wiedzy, z pewnością korzystacie z fiszek, które są świetnym sposobem na połączenie przyjemnego z pożytecznym. Myślę, że nie muszę rozpisywać się na temat korzyści płynących z tej metody nauki, więc od razu przejdę do sedna, czyli zaprezentowania czterech zestawów skierowanych do osób znających język angielski na poziomie średnio zaawansowanym oraz zaawansowanym. Przez kilka dni testowałam fiszki z serii „100 naj”, a konkretnie tytuły takie jak Amerykański kontra brytyjski (American English), Najczęstsze błędy (Common Mistakes), Wyrazy zdradliwe (False Friends) oraz Konstrukcje egzaminacyjne (Exam Maximizer) i bez wahania mogę je polecić wszystkim zgłębiającym tajniki języka angielskiego. Każdy zestaw zawiera 100 sztywnych karteczek, na których na jednej stronie umieszczono obce słówko lub zwrot wraz z transkrypcją fonetyczną ułatwiającą poprawną wymowę oraz zdaniem ilustrującym użycie danego wyrazu. Oczywiście na odwrocie znalazło się miejsce na tłumaczenie. Dodatkowo w zestawie pokazującym różnice między amerykańskim i brytyjskim angielskim czy też tym zawierającym często mylone słowa, dokładnie wytłumaczono kiedy należy używać danego wyrazu, więc nie ma obaw, że coś jest przedstawione w sposób niejasny lub zbyt skomplikowany. Oprócz tego do każdego tytułu można pobrać pliki MP3 oraz odpowiednią aplikację na smartfony, pozwalającą na przeniesienie zawartości tradycyjnych fiszek do telefonu.



Wydawca zapewnia, że dzięki niewielkim rozmiarom pudełek z fiszkami oraz trwałości poszczególnych karteczek, możemy uczyć się gdziekolwiek przebywamy. Postanowiłam sprawdzić czy rzeczywiście tak jest i cóż, muszę przyznać, że w tym przypadku reklama nie kłamie. Spakowałam swoje zestawy do plecaka, wyruszyłam na wycieczkę rowerową, a w trakcie przerwy przypominałam sobie, że sleepwalker i lunatic to nie to samo, a także uczyłam się przydatnych zwrotów, np. „być w rozterce” czy „tam i z powrotem”. Naukę w plenerze karteczki przetrwały w nienaruszonym stanie, więc takie wypady zamierzam praktykować częściej. Polecam fiszki wszystkim bez wyjątku. Wyraźna czcionka, przejrzysty układ elementów na kartoniku, a przede wszystkim ciekawy dobór słówek i zwrotów powinny przekonać was do tej formy zdobywania wiedzy.

Ocena: 6 / 6

Fiszki testowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Cztery Głowy.

25 lipca 2014

Na głębinach - Dan Walsh


Wydawnictwo: WAM
Liczba stron: 316

Rejs luksusowym statkiem z San Francisco do Nowego Jorku miał być dla Laury i Johna Fosterów jednym z etapów wymarzonej podróży poślubnej. Świeżo upieczeni małżonkowie wyruszyli w tak daleką drogę również, dlatego że John pragnął przedstawić żonę dawno niewidzianym krewnym mieszkającym na wschodnim wybrzeżu. Niestety romantyczna wycieczka bohaterów zostaje brutalnie przerwana przez szalejący na morzu huragan, który sprawia, że ogromny parowiec Vandervere tonie. Gdy już wiadomo, że katastrofa jest nieunikniona rozpoczyna się ewakuacja pasażerów na przepływający w pobliżu statek. Pierwszeństwo mają kobiety i dzieci, jednak Laura nie wyobraża sobie rozstania z mężem. Zgadza się wsiąść do szalupy, ale tylko pod warunkiem, że akcja ratunkowa nie ustanie dopóki ostatni pasażer Vandervere nie będzie bezpieczny. Jednakże niewielki żaglowiec nie może pomieścić wszystkich, a ponadto niesprzyjająca pogoda znacznie utrudnia łódce pokonywanie odległości między dwoma statkami. Ostatecznie ponad czterysta osób pozostaje na tonącym parowcu. Wśród nich jest również John. Laura nie chce pogodzić się z tym, że najprawdopodobniej jej mąż zginął. Kobieta próbuje nie poddać się rozpaczy, choć jest to szczególnie trudne, gdy okazuje się, że załoga żaglowca również zmaga się z poważnymi problemami.

Do sięgnięcia po tę powieść skłoniła mnie informacja, że przy jej pisaniu autor inspirował się prawdziwymi wydarzeniami mającymi miejsce w 1857 roku. Wówczas zatonął SS Central America, na pokładzie którego znajdowało się kilkaset osób. Katastrofa ta przeszła do historii także z tego względu, że parowiec przewoził bardzo cenny ładunek. Ocean pochłonął ponad czterysta ludzkich istnień oraz tysiące kilogramów złota, co przyczyniło się do kryzysu gospodarczego określanego jako „panika z 1857 roku”. Książka Dana Walsha nie porusza wątku ekonomicznego, więc w tym kontekście informacje o zatopionym złocie należy potraktować raczej jako ciekawostkę. Autor wykorzystał historie zatonięcia SS Central America, a także relacje z pośpiesznej akcji ratunkowej pasażerów oraz kilka innych znaczących wydarzeń do stworzenia opowieści o niezwykle silnej miłości dwojga ludzi; wierze pozwalającej przetrwać najtrudniejsze chwile w życiu i niespodziewanych podarunkach od losu, które trudno nazywać zwyczajnymi zbiegami okoliczności. Oczywiście nie brakuje również dramatycznych wydarzeń, ale mimo tego książka Walsha przesiąknięta jest nadzieją, ciepłem, optymizmem i przekonaniem, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Czy wobec tego można pokusić się o stwierdzenie, że Na głębinach przypadnie do gustu większości czytelników? Niestety moim zdaniem nie, dlatego że pisarz zawarł rozbudowany wątek religijny i związane z nim ingerencje boskiej opatrzności w życie każdego bohatera. W związku z tym niektóre z przedstawionych wydarzeń mogą wydawać się stanowczo zbyt nierealne jak na dzieło inspirowane faktami.

Mniej więcej w połowie książki miałam wrażenie, że choć opowieść w niej zawarta jest piękna i pokrzepiająca, to składa się ze zbyt wielu nieprawdopodobnych wydarzeń. Na początku trudno było mi zaakceptować spokój, z jakim Laura przyjęła swój los, zresztą nie tylko ona, ponieważ zachowanie innych ocalałych kobiet również wydawało mi się sztuczne. Ponadto pisarz lubuje się w rozwiązaniach, które moim zdaniem są zbyt proste, bo czy można uwierzyć w to, że w ciągu jednego dnia bohaterowie ulegają tak wielkiej przemianie, że zmieniają niemal wszystkie swoje dotychczasowe przekonania i poglądy? Albo w to, że tyle osób bezinteresownie pomaga rozbitkom z Vandervere? W życiu niestety tak się nie dzieje, ale przyznam, że na czas lektury postanowiłam o tym zapomnieć i po prostu cieszyłam się optymizmem płynącym z tej historii. Jestem mistrzynią w wynajdywaniu sobie problemów i zamartwianiu się rzeczami, na które absolutnie nie mam wpływu, więc lektura gloryfikująca moc miłości, wiary i nadziei podziałała na mnie niezwykle silnie. Może rzeczywiście czasami warto po prostu odpuścić i cieszyć się z tego, co jest tu i teraz, wierząc że jest się częścią boskiego planu. Ostatecznie uproszczenia zastosowane przez Walsha przestały mi przeszkadzać w chwili, gdy przeczytałam, co wydarzyło się naprawdę w czasie akcji ratunkowej SS Central America. To, co uważałam za najmniej realne, wręcz niemożliwe, okazało się faktem, więc kto wie czy i reszta wykreowanych przez pisarza zdarzeń również nie mogłaby mieć miejsca w rzeczywistości. Nie zmienia to jednak faktu, że nie każdemu takie prowadzenie historii będzie odpowiadać, więc lojalnie uprzedzam, że powieść obfituje w wypadki, które trudno logicznie wytłumaczyć. Ponadto bohaterowie w większości są głęboko wierzący, więc perspektywa nadchodzącej śmierci nie zawsze wywołuje w nich emocje, jakich czytelnicy zazwyczaj się spodziewają.

Nie dajcie się zwieść niezbyt udanej okładce, przypominającej kieszonkowe wydania harlequinów, ponieważ Na głębinach to historia o miłości, ale nie tylko tej między kobietą i mężczyzną. W książce pojawia się również wątek związany z niewolnikiem o imieniu Micah, którego postawa niejednokrotnie wprawia w zdumienie główną bohaterkę. Czarnoskóry mężczyzna wiele wycierpiał w swoim życiu, a mimo tego zachował pogodę ducha i życzliwość nawet dla białych uważających, że posiadanie niewolników jest czymś normalnym, wręcz naturalnym. Podobało mi się także to, że autor nie zapomniał o sprawach, które w połowie XIX wieku dzieliły amerykańskie społeczeństwo. Kwestie niewolnictwa, rasizmu, przepaść pomiędzy zamożnymi i biedakami zostały zgrabnie wplecione w opowieść, czyniąc ją bardziej interesującą i pouczającą. Wracając jeszcze na chwilę do wątku romantycznego, muszę przyznać, że z zainteresowaniem czytałam o początkach znajomości Laury i Johna, a zwłaszcza o przyjętych wówczas zasadach regulujących przebieg spotkań zakochanych. Trudno dziś uwierzyć w to, że dżentelmen czekał na swoją wybrankę w stosownej odległości od drzwi jej domu i tygodniami przygotowywał się do chwili, w której będzie mógł dotknąć dłoni swojej ukochanej.

Książkę Dana Walsha z pewnością będę mile wspominać jeszcze przez długi czas. Pomimo pewnych uproszczeń i zabiegów, z którymi nie spotykam się w literaturze zbyt często powieść uważam za wartościową, wzruszająca i pokrzepiającą. Polecam, ale tylko tym czytelnikom, którym nie przeszkadza głęboka religijność postaci oraz wynikające z niej przekonania, a także dialogi zawierające cytaty z Pisma Świętego.

Ocena: 4.5 / 6

 Książka przeczytana w ramach wyzwania Klucznik.

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.

21 lipca 2014

Lewis Winter musi umrzeć - Malcolm Mackay


Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 368

W przypadku debiutanckiej powieści Malcolma Mackaya już sam tytuł jasno wskazuje na to, o czym ta historia opowiada. Lewis Winter musi umrzeć i to w taki sposób, żeby jego śmierć stanowiła jasny komunikat dla pewnych osób z półświatka. Zadania podejmuje się Calum MacLean mający opinię jednego z najlepszych zabójców na zlecenie. Mimo młodego wieku mężczyzna już od dekady działa w tym biznesie. Nigdy nie wpadł, jest profesjonalistą i nie może sobie pozwolić na utratę reputacji, dlatego do każdego zlecenia starannie się przygotowuje. Działa jako wolny strzelec, nie jest chciwy, więc nie rzuca się na każdą robotę tylko starannie dobiera pracodawców. Cal nie przypuszcza, żeby zabicie Wintera miało przysporzyć mu wiele trudności, dlatego jest tak zaskoczony, gdy okazuje się, że wmieszanie się w tę sprawę było poważnym błędem.

Według informacji na okładce, dzieło Mackaya należy do gatunku tartan noir. Przyznam, że nie spotkałam się wcześniej z tym pojęciem, ale dzięki dość obszernemu artykułowi opublikowanemu na tej stronie dowiedziałam się, że terminem tartan noir określa się literaturę kryminalną, w której twórcy mocno akcentują to, że miejscem akcji jest Szkocja poprzez włączanie do powieści elementów charakterystycznych dla tamtejszego kręgu kulturowego. Ponadto czytelnik może się spodziewać detektywa podobnego do bohaterów amerykańskich czarnych kryminałów, opisów szalejącej w Szkocji przestępczości zorganizowanej, korupcji i ogólnego upadku obyczajów. Wygląda więc na to, że z tartan noir spotkałam się już kilka lat temu przy lekturze powieści Stuarta MacBride’a, ponieważ w jego kryminałach znajdują się wszystkie wymienione elementy. A jak to jest u Mackaya? Trudno mi ocenić czy przyporządkowanie gatunkowe okazało się trafne, dlatego że autor pokusił się o pewne modyfikacje wysuwając zabójcę (a nie policjanta) na pierwszy plan, a także ograniczając „szkockość” historii. Nie zauważyłam, żeby w jakiś specjalny sposób podkreślał, że opisane wydarzenia rozgrywają się w Szkocji. Ot, kilka razy wspomina, że bohater świetnie orientuje się w topografii Glasgow i to byłoby właściwie wszystko. Oczywiście tej obserwacji nie poczytuje ani za wadę, ani za zaletę, bo sięgając po książkę oczekiwałam po prostu kryminału.

Historia wykreowana przez Malcolma Mackaya nie należy jednak do tradycyjnych opowieści, w których akcja skupia się na zdemaskowaniu i ujęciu mordercy. W przypadku tej lektury od początku wiadomo, kto jest zabójcą, a kto ofiarą, ale to wcale nie oznacza, że umierałam z nudów śledząc losy poszczególnych bohaterów, bo pisarz zadbał o to, żeby emocji w jego powieści nie brakowało. Udało mu się to osiągnąć poprzez oszczędny, specyficzny styl. Co jakiś czas narrator zwraca się bezpośrednio do czytelnika, ale w subtelny sposób, tworząc iluzję, że odbiorca słucha czyjejś opowieści, a raczej wykładu dotyczącego zarówno profesjonalnego przygotowania do dokonania morderstwa jak i skutecznej strategii prowadzenia dochodzenia w sprawie wskazującej na mafijne porachunki. Nie chcę, żebyście nabrali mylnego wyobrażenia o tej książce. W żadnym razie nie jest to przerost formy nad treścią czy też pseudonowatorski popis możliwości autora, MacKay po prostu pisze w charakterystyczny sposób. Przypadły mi do gustu krótkie, konkretne zdania układające się w dynamiczne opisy działań bohaterów. Miałam wrażenie, że jestem świadkiem realnych wydarzeń, które na dodatek ktoś komentuje specjalnie dla mnie. Dzięki temu powieść pochłonęłam błyskawicznie, mimo że w zasadzie przewidziałam, w jakim kierunku ta historia się rozwinie.

Szkocki pisarz nie omieszkał także umieścić w swoim dziele niejednoznacznych, a przez to interesujących postaci. Teoretycznie podział na „dobrych” i „złych” został zachowany, ponieważ trudno o bardziej nieludzkiego bohatera niż płatny zabójca wykonujący swoje zadania bez najmniejszych wyrzutów sumienia czy też o bardziej praworządnego niż policjant oddany bez reszty kolejnym śledztwom. Jednak tylko z pozoru bohaterowie wpisują się w jasno określone, schematyczne role bowiem w miarę rozwoju akcji okazuje się, że działania niemal każdej postaci można różnie oceniać. Niektórzy czytelnicy z pewnością pomyślą, że kiedy policjant przymyka oko na pewne przestępstwa to znaczy, że jest skorumpowanym oszustem, mającym prawo za nic. Ale może znajdzie się ktoś, do kogo przemówią tłumaczenia wspomnianego funkcjonariusza, usprawiedliwiającego swoje postępowanie tym, że czasami trzeba pozostawać z gangsterami w układzie, by móc kontrolować sytuację i wiedzieć, co się na mieście dzieje. W tej książce trudno tak naprawdę sympatyzować z kimkolwiek i w moich oczach to jest jedyny minus całej historii. Nie przejmowałam się losami żadnej z postaci, z dystansem podchodziłam do wszystkich opisanych wypadków, więc właściwie było mi obojętne czy Calum podoła zadaniu narażając się policji, czy też coś pójdzie nie tak i wówczas ściągnie sobie na kark inne kłopoty.

Lewis Winter musi umrzeć to powieść, w której dużo miejsca poświęcono na charakterystykę zasad panujących w półświatku. Mackay pokazał jak zwykli ludzie na własne życzenie rujnują sobie życie mieszając się w sprawy gangsterów, bo kto raz pokusił się o prowadzenie ciemnych interesów ten może być pewny, że prawdopodobnie już nigdy nie uda mu się zerwać znajomości z bandytami. Natomiast osoby działające w tym biznesie od lat muszą liczyć się z tym, że ich emocjonujące, intensywne życie może się w każdej chwili skończyć, dlatego że zawsze znajdzie się wróg zazdroszczący władzy i pieniędzy. Sięgając po tę książkę, nie przypuszczałam, że aż tak mi się spodoba. A jednak, historia o bezwzględnych mordercach, mafijnych porachunkach i policjantach wyznających zasadę mniejszego zła zapewniła mi dreszcz ekscytacji i kilka godzin rozrywki. Mam nadzieję, że kolejne części trylogii już wkrótce ukażą się na naszym rynku.

Ocena: 4.5 / 6

Trylogia Glasgow:

1. Lewis Winter musi umrzeć
2. Pożegnanie gangstera
3. Nagły atak przemocy

Książka przeczytana w ramach wyzwań KlucznikCzytamy kryminałyWyzwanie kryminalne.

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Akurat.

Tu kupisz Lewis Winter musi umrzeć:

http://muza.com.pl/kryminal/1658-lewis-winter-musi-umrzec-9788377586099.html?dosiakksiazkowo
 

15 lipca 2014

Blaze - Stephen King (pseud. Richard Bachman)


Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 272

Unikam czytania streszczeń umieszczonych na okładkach książek z dwóch powodów. Po pierwsze, zazwyczaj wydawca zdradza znacznie więcej niż czytelnik powinien przed lekturą wiedzieć, a po drugie, lubię tę mieszankę ekscytacji i niepokoju związaną z niepewnością czy dana powieść mi się spodoba. W przypadku nieznanych pisarzy ryzyko trafienia na niewypał jest spore, ale z dziełami moich ulubionych autorów nigdy nie miałam problemu, dlatego Blaze Stephena Kinga kupiłam nie zadając sobie uprzednio trudu, by sprawdzić, o czym ta historia w ogóle jest. W końcu miano króla horrorów coś znaczy, więc założyłam, że w najgorszym razie książka będzie średnia. Nie przewidziałam jednak, że Blaze wcale opowieścią grozy nie jest. No dobra, pojawiają się w niej pewne elementy charakterystyczne dla tego gatunku, ale z pewnością nie jest to historia przypominająca Lśnienie, Miasteczko Salem czy Cmętarz zwieżąt. Po przeczytaniu wstępu, w którym autor wyjaśnia jak doszło do opublikowania dzieła zapomnianego, niemal zaginionego przez wiele lat, byłam jednocześnie zaintrygowana i przygotowana na to, że powieść może być jedną ze słabszych w dorobku Kinga, ponieważ pochodzi z wczesnego okresu jego twórczości, kiedy to pisał również jako Richard Bachman. Mimo tego nie byłam przygotowana na to, że Blaze to wzruszająca historia…obyczajowa. Domyślam się, że w tym momencie krzywicie się z niesmakiem, bo przecież King to mistrz horroru, ale dajcie tej książce szansę, bo emocji w niej nie brakuje.

Clayton Blaisdell junior zwraca na siebie uwagę innych ludzi gdziekolwiek się pojawi. Wścibskie oczy nieznajomych z zaciekawieniem śledzą ruchy ponad dwumetrowego faceta z widocznym wgłębieniem w czole i wypisaną na twarzy umysłową ociężałością. Mężczyzna wygląda na kogoś, kto regularnie zadziera z prawem i w tym przypadku pozory nie mylą, ponieważ rzeczywiście Blaze od dawna obraca się w przestępczym światku. Jednak żaden z niego gangster tylko drobny oszust i złodziejaszek, który bez pomocy kumpla nie byłby w stanie zaplanować nawet najprostszego skoku. Niestety jego kompan George nie żyje od trzech miesięcy i Clayton nie wie, co z sobą począć. Pewnego dnia przypomina sobie jednak, że George wpadł na pomysł porwania dla okupu dziecka miejscowych bogaczy. Blaze bez zastanowienia decyduje się działać według dawnych ustaleń i pod osłoną nocy wynosi kilkumiesięcznego chłopca z luksusowej rezydencji państwa Gerardów. Policja depcze mu po piętach niemal od samego początku, ale bohater nie podda się bez walki.

Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron miałam ochotę odłożyć powieść na półkę. Byłam rozczarowana tym, że jest to jednowątkowa historia niemająca wiele wspólnego z horrorem. Jednak ze względu na niewielką objętość książki postanowiłam się przemęczyć i doczytać ją do końca. Jakie było zdziwienie, gdy wkrótce okazało się, że wcale nie zmuszam się do lektury, bo nie wiedzieć kiedy zainteresowała mnie opowieść o życiu Blaze’a. Stephen King potrafi pisać tak, by pozornie nudną i miałką opowiastkę zmienić w całkiem intrygującą i emocjonującą historię. Niektórzy narzekają na ten jego charakterystyczny gawędziarski styl, ale mnie się on bardzo podoba, a poza tym dzięki niemu czytelnik ma szansę dokładnie poznać bohaterów oraz okoliczności wielu istotnych wydarzeń. W tej powieści autor również nie miał oporów przed przedkładaniem opisów nad wartką akcję, chociaż dynamicznego rozwoju wypadków nie zabrakło w końcówce powieści. Odbiorca naprzemiennie śledzi aktualne poczynania głównego bohatera oraz poznaje jego przeszłość począwszy od trudnego dzieciństwa poprzez równie nieudany start w dorosłość aż do momentu poznania George’a i względnej stabilizacji trwającej dopóki Blaze nie zdecydował się porwać dziecko.

Zazwyczaj w historiach wykorzystujących motyw zaginięcia nacisk kładziony jest na rozwikłanie zagadki, przedstawienie działań policji i ukazanie rozpaczy sparaliżowanych strachem i bezsilnych członków rodziny zaginionej osoby. Jednak Stephen King obrał zupełnie inną taktykę, ponieważ skupił się tylko na porywaczu. Blaze jest najważniejszy w historii, bo od początku czytelnik towarzyszy właśnie temu bohaterowi, poznając go lepiej i sympatyzując z tym niezbyt rozgarniętym, ale niezasługującym na etykietę bezwzględnego przestępcy wielkoludem. Postać Blaze’a wzbudziła we mnie głównie litość, przez co w pewnym momencie gorąco mu kibicowałam, mając nadzieję, że chociaż raz coś mu się uda i ucieknie przed policyjną obławą. Książka zasługuje na uwagę między innymi, dlatego że pokazuje jak środowisko, w którym człowiek się wychowuje oraz ludzie, których spotyka na swojej drodze determinują jego przyszłe życie. Oczywiście to nie jest specjalnie odkrywczy temat, ale w wydaniu Kinga ciekawie zrealizowany, bo pisarzowi udało się uniknąć zaszufladkowania bohatera. Nie można uznać Blaze’a za zwyrodnialca, ale mężczyzna nie pasuje też do wzorca złodziejaszka o gołębim sercu. Powiedziałabym, że jest gdzieś po środku i dlatego jego losy wzbudziły moje zainteresowanie.

W książce nie zabrakło motywu wprowadzającego aurę nadprzyrodzoności i tajemniczości, ale jest on raczej subtelnym dodatkiem, więc nie oczekujcie trzymającego w napięciu horroru. Zamiast tego przygotujcie się na opowieść o tym jak fortuna potrafi boleśnie zakpić z tych, którzy i bez dodatkowych kłopotów wiele przeszli, ale wciąż mają nadzieję na uśmiech losu. Nie żałuję, że zdecydowałam się poznać tę powieść, chociaż uważam, że przydałby jej się jakiś dodatkowy wątek, niezwiązany bezpośrednio z głównym protagonistą. Jednak mimo tego polecam Blaze fanom twórczości Kinga. Nie znajdziecie w tej historii wydarzeń mrożących krew w żyłach, ale dostaniecie typową dla tego pisarza mieszankę błyskotliwych, celnych komentarzy, nieco rubasznego humoru i zapadających w pamięć obserwacji mogących dotyczyć każdego z nas.

Ocena: 4 / 6

Recenzje innych powieści Stephena Kinga:



Książka przeczytana w ramach wyzwań Z półki, Grunt to okładka oraz Klucznik.