Czasami wystarczy jedna scena, jeden zabieg, żebym nabrała rezerwy do czytanej powieści. Kiedy zauważę coś, co w mojej opinii jest nielogiczne albo niepasujące do dalszego rozwoju akcji, nie potrafię już wyłączyć trybu analizy i po prostu cieszyć się lekturą. Niestety tak było w przypadku mojego pierwszego spotkania z twórczością T.M. Logana, ponieważ zawiązanie intrygi uważam za dość absurdalne. Głównym bohaterem jest Andy, który budzi się w środku nocy z przeświadczeniem, że jego szesnastoletni syn Connor wciąż nie wrócił z imprezy. Dotąd chłopak zawsze dotrzymywał słowa i przed północą był w domu, dlatego jego ojciec jest mocno zaniepokojony, gdy zdaje sobie sprawę, że nie słyszał dźwięku smsa oznaczającego, że nastolatek wrócił do domu, a na parterze wciąż pali się światło. Wystraszony Andy idzie do pokoju syna i z ulgą odnotowuje, że ten śpi w swoim łóżku. Jednak następnego dnia okazuje się, że impreza, w której uczestniczył Connor przybrała niespodziewany obrót. Do pobliskiego lasu weszło pięcioro nastolatków, ale wyszły z niego tylko cztery osoby. Co stało się z tą jedną? Czy Connor ma coś wspólnego z zaginięciem?
