Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Darda Stefan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Darda Stefan. Pokaż wszystkie posty

17 sierpnia 2015

Starzyzna - Stefan Darda


Wydawnictwo: Videograf
Liczba stron: 272
Rok pierwszego wydania: 2010

Recenzując pierwszą część cyklu Stefana Dardy, napisałam, że w kolejnym tomie spodziewam się większej dawki grozy oraz napięcia. Miałam wrażenie, że Słoneczna Dolina to udany wstęp do mrocznej i emocjonującej historii, opowiadającej o losach mieszkańców pewnej wsi, którzy padli ofiarą klątwy zatajenia oraz warszawskiego dziennikarza, walczącego o ich uratowanie. Niestety najwyraźniej myliłam się w swoich przypuszczeniach, ponieważ Starzyzna ani nie jest bardziej przerażająca, ani ciekawsza, ani lepiej napisana niż pierwsza powieść z serii i z przykrością muszę stwierdzić, że znów mam problem z twórczością Dardy. Kontynuacja opowieści rozczarowała mnie pod kilkoma względami, a mój zawód jest tym większy, że Słoneczna Dolina to naprawdę niezła rzecz i miałam nadzieję, że cały cykl trzyma wysoki poziom.

Fabuła jest ściśle powiązana z wydarzeniami z wcześniejszego tytułu, dlatego dobrze jest nie robić zbyt dużych przerw między tymi książkami, ponieważ autor raczej nie pomaga czytelnikowi w przypomnieniu sobie szczegółów historii. Ponadto zwłaszcza początek Starzyzny napisany jest dość chaotycznie, dlatego dopiero po kilkudziesięciu stronach, odtworzyłam wszystkie ważne zdarzenia z udziałem głównych postaci, uszeregowałam chronologię wypadków i na dobre rozeznałam się w sytuacji. Moim zdaniem ten zamęt to po prostu niepotrzebna komplikacja, która niczemu dobremu nie służy. Wystarczyłoby, żeby każdy z rozdziałów został opatrzony datą i już znacznie łatwiej byłoby zaangażować się w historię, składającą się z niechronologicznej relacji kilku bohaterów. Irytowała mnie dezorientacja spowodowana częstym brakiem informacji, kto w danej chwili przytacza poszczególne zdarzenia i w jakim czasie to wszystko się rozgrywa. Mam wrażenie, że Darda na siłę chciał poplątać pewne zdarzenia, ale nie sądzę, żeby to była dobra decyzja, bo ta prosta w gruncie rzeczy opowieść sama w sobie jest interesująca i nie potrzebuje takich zabiegów.

W tej części najważniejszy wątek dotyczy starań Witolda Uchmanna, który po zapoznaniu się z losami mieszkańców niewielkiej osady, postanawia zdjąć ciążącą na nich klątwę zatajenia. Mężczyzna miał już do czynienia z niebezpiecznymi postaciami nawiedzającymi okolicę wioski, dlatego dobrze wie, że jego zadanie będzie bardzo trudne. Nie spodziewa się jednak, że sam trafi do uwięzionej w czasowej pętli Starzyzny, a jego misja stanie się również walką o własne życie. Muszę przyznać, że cała tajemnica związana z przeklętą wsią i konsekwencjami, jakie miejscowi musieli ponieść za swoje zachowanie, zainteresowała mnie już od pierwszej części, dlatego cieszę się, że w tej powieści autor udzielił odpowiedzi na większość nurtujących mnie kwestii. Dowiedziałam się, co takiego uczynili ludzie ze Starzyzny, kto był najbardziej zaangażowany, kto „tylko” przyglądał się biegowi zdarzeń, a kto musiał milczeć i udawać, że nie wie co się dzieje, jeśli nie chciał, żeby jego sekret wyszedł na światło dziennie. Stefan Darda miał naprawdę dobry pomysł na historię z dreszczykiem, dlatego mimo minusów, które zauważyłam, książkę czytałam z zainteresowaniem, chcąc jak najszybciej poznać zakończenie. Parę rozwiązań uważam za lekko naciągane, bo trudno mi uwierzyć, że ludzie żyjący na początku lat 50. XX wieku ślepo wierzyli we wszystko, co mówił lokalny ksiądz, nie mieli pojęcia czym jest zaćmienie słońca i z rezerwą odnosili się do wynalazku jakim jest samochód. Ale rozumiem, że te elementy pomogły w logicznym wytłumaczeniu zachowania postaci, a tym samym przekonania czytelnika, że ich bierność miała swoje uzasadnienie, więc nie jest to wada, którą uważam za największą bolączkę powieści

Nie mogę jednak wybaczyć kompletnego braku atmosfery grozy. Gdzie napięcie, strach, emocje i niepokój o los protagonistów? Z chwilą, gdy zagadka klątwy została wyjaśniona jakby wszystkie cechy horroru nagle zniknęły z tej książki. Co z tego, że pojawiają się nadprzyrodzone postaci, jak fragmenty opisujące ich aktywność pozbawione są polotu i aury niesamowitości. Nie bałam się w trakcie lektury ani przez chwilę, nie przeżywałam spotkań Uchmanna z dziwnymi widmami o nieludzkich oczach, po prostu nie czułam, że czytam powieść grozy. W Słonecznej Dolinie autor udowodnił, że potrafi zaniepokoić czytelnika chociażby poprzez opisy złowieszczej pogody, tajemnicze zachowanie poszczególnych osób czy inne sygnały zwiastujące, że nadchodzi niebezpieczeństwo. Tutaj niestety tego nie ma i dlatego moja ocena nie może być wyższa. Nie ukrywam też, że twórczość Stefana Dardy nie zawsze do mnie trafia ze względu na styl jakim posługuje się pisarz. Tym razem również mam zastrzeżenia warsztatowe, ponieważ autor nie ustrzegł się powtórzeń, które umieszczone w sąsiadujących ze sobą zdaniach bardzo rzucają się w oczy. W trakcie pisania łatwo przeoczyć, że jakiegoś słowa lub zwrotu używamy za często, ale przecież własny tekst czyta się zazwyczaj kilka razy, więc błędy powinny zostać wyłapane.

Niektóre dialogi również rażą sztucznością i niedopasowaniem do sytuacji. Dość niezręcznie to brzmi, gdy Uchmann spotyka na swojej drodze rzekomo przerażającego, groźnego upiora i rzuca do niego nonszalancko: „Hej frajerze!”. Pisarz pokusił się także o wprowadzenie gwary i dlatego wszyscy mieszkańcy wsi wypowiadają się w specyficzny sposób. Nie jestem ekspertką od języka, więc nie potrafię stwierdzić czy Dardzie udał się ten zabieg, ale nie będę kryć, że po czasie z trudem znosiłam te wszystkie: „żem mówił”, „robim”, „spełniliżeśmy”. Nie jestem także pewna czy to już gwara, czy raczej regionalizmy, dlatego będę wdzięczna, jeśli ktoś w komentarzu rzuci nieco światła na tę kwestię. Niemniej takie rozwiązanie było na dłuższą metę męczące, chociaż rozumiem, że autor zapewne chciał podkreślić, iż mieszkańcy Starzyzny niejako nie pasują do dzisiejszych czasów. Sięgając po kontynuację Słonecznej Doliny spodziewałam się znacznie lepszej powieści, a niestety otrzymałam kolejnego średniaka, który broni się jedynie ciekawym pomysłem. Zapewne zdecyduję się na lekturę następnych dwóch tomów, ale tym razem postaram się nie robić sobie przedwczesnych nadziei. Nie odważę się także polecać Czarnego Wygonu, sami musicie ocenić czy ta seria może wam coś ciekawego zaoferować. 

Ocena: 3 / 6

Cykl Czarny Wygon:
 2. Starzyzna
3. Bisy
4. Bisy II


Książka przeczytana w ramach wyzwania Modern Terror.

http://sniacy-za-dnia.blogspot.com/2014/12/modern-terror-wyzwanie-2015-nr-iii.html

12 grudnia 2014

Słoneczna Dolina - Stefan Darda


Wydawnictwo: Videograf II
Liczba stron: 272

Ponad dwa lata temu sięgnęłam po debiutancką powieść Stefana Dardy, ale niestety dość mocno rozczarowałam się historią opisaną w Domu na Wyrębach. Nie podobał mi się styl autora, nie zachwyciła mnie fabuła i przyznam, że zniechęciłam się do twórczości bodaj najpopularniejszego obecnie polskiego pisarza grozy. Mimo tego postanowiłam, że dam Dardzie drugą szansę, ponieważ zewsząd docierały do mnie opinie, że jego książki są warte poznania. Doszłam też do wniosku, że nie powinnam uprzedzać się do całego dorobku literackiego tylko z powodu jednej nieudanej pozycji, więc zdecydowałam, że przeczytam pierwszy tom cyklu Czarny Wygon.

Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów związanych z fabułą, ponieważ uważam, że im mniej potencjalny odbiorca wie przed rozpoczęciem lektury horroru, tym większa szansa, że odczuje silne emocje w trakcie czytania. W związku z tym mogę jedynie napisać, że głównym bohaterem powieści jest dziennikarz Witold Uchmann, który przybył do niewielkiej miejscowości położonej w południowo-wschodniej Polsce, by zebrać materiały do artykułu o paranormalnych zjawiskach mających miejsce w okolicach Roztocza. O całej sprawie powiadomił bohatera tajemniczy informator, obiecujący spotkanie oraz dostarczenie brulionu z ważnymi notatkami, jak tylko dziennikarz pojawi się w Zwierzyńcu. Uchmann skwapliwie skorzystał z propozycji, mając nadzieję na znalezienie tematu pozwalającego wzmocnić swoją pozycję w redakcji i choć na chwilę uwolnić się od utyskiwań szefa. Na miejscu okazało się jednak, że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana i niebezpieczna niż bohater początkowo przypuszczał.

Mam nadzieję, że taki zarys fabuły wystarczy, żeby zaintrygować was tą powieścią. Wprawdzie Słoneczna Dolina nie jest pozbawiona wad, ale wypada znacznie lepiej niż debiutancki Dom na Wyrębach, co dla mnie jest już sygnałem, że najwyższy czas porzucić uprzedzenia do twórczości Dardy i zacząć kompletować pozostałe części cyklu. Poprawa stylu oraz znacznie bardziej urozmaicone słownictwo to pierwsza pozytywna rzecz, jaką zaobserwowałam już po przeczytaniu kilkunastu stron. Ogromnie się cieszę, że pisarz zrezygnował ze szczegółowego wymieniania kolejnych czynności wykonywanych przez bohatera na rzecz naturalnego, dobrze współgrającego z akcją opisu, dopełniającego charakterystykę Uchmanna. Tym samym to, co tak bardzo irytowało mnie w debiucie pana Dardy, zostało wyeliminowane, więc mogłam całkowicie skupić się na historii. Przyznaję również, że autorowi udało się stworzyć atmosferę niepokoju. Może nie jest to groza w najczystszej postaci i czytelnik nie musi posiadać specjalnie mocnych nerwów, żeby dotrwać do końca opowieści, ale w kilku momentach rzeczywiście ciarki przebiegają po plecach. Trudno bowiem o obojętność, gdy główny bohater wybiera się do lasu nawiedzanego przez dziwne istoty lub uczestniczy w wydarzeniach, o których na samą myśl robi się człowiekowi nieprzyjemnie.

Drugim, bardzo dużym plusem Słonecznej Doliny jest świetny pomysł na historię. Przekazany Witoldowi brulion zawiera osobną opowieść, którą czytelnik poznaje wraz z głównym bohaterem. A skoro pojawia się kolejna fabuła, to oczywistym jest, iż na scenę wkroczą również nowe postacie. Oczywiście te dwa wątki tylko pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego, dlatego w pewnym momencie następuje zgrabne połączenie obu historii. Podejrzewam, że odbiorca zaznajomiony z konwencją grozy od razu wychwyci w czym rzecz, a tym samym pewne wydarzenia nie będą dla niego zaskoczeniem, ale wierzcie mi na słowo, to nie wpłynie negatywnie na przyjemność czerpaną z lektury. Śmiem twierdzić, iż będzie wręcz przeciwnie, ponieważ czasami znajomość schematów buduje napięcie, a czytelnik tylko czeka, by potwierdzić swoje przypuszczenia lub też poznać kolejną metodę na udane wykorzystanie znanego w horrorze motywu. Moim zdaniem tak właśnie dzieje się w tej książce. Niby wiedziałam w jaki sposób wątek Uchmanna i historia, którą on czyta, będą ze sobą związane, ale i tak z niecierpliwością czekałam na wyjawienie wszystkich szczegółów oraz nadchodzący moment kulminacyjny. 

Nie obraziłabym się, gdyby powieść budziła nieco więcej przerażenia. Mam świadomość, że poczucie grozy w horrorze, to bardzo zindywidualizowana kwestia i pisarz nigdy nie dogodzi wszystkim czytelnikom, ale Darda potrafi podsycić ciekawość, zbudować napięcie oraz w plastyczny sposób opisać poszczególne wydarzenia, więc aż się prosi, żeby nieco podkręcić pewne elementy. Nie będę jednak jakoś szczególnie marudzić, bo mam nieodparte wrażenie, że Słoneczna Dolina to dopiero rozgrzewka przed znacznie bardziej mroczną drugą częścią cyklu. Mogę się mylić, ale coś mi mówi, że ta książka jest swego rodzaju wstępem, a więcej atrakcji czeka na mnie w tomie Starzyzna. Z pewnością na takie odczucia wpłynęło zakończenie, zawierające porządny cliffhanger. Już nie mogę doczekać się rozwinięcia motywu miejsca zawieszonego pomiędzy światem żywych i umarłych, pogłębionej charakterystyki dziwnych istot pojawiających się na Roztoczu, a także wyjaśnienia, czym jest klątwa zatajenia. Interesują mnie również losy głównych bohaterów, pomimo tego że trudno obdarzyć ich sympatią. Zarówno Uchmann, jak i Rafał Grela wzbudzili we mnie litość i współczucie, ale z pewnością nie polubiłam żadnego z nich. Po raz kolejny nie mogę czegoś wyjaśnić do końca, więc wybaczcie, że nie napiszę, dlaczego oceniam ich zachowanie dość surowo. Najlepiej będzie, jak przeczytacie książkę i wówczas podyskutujemy na temat ich postaw oraz charakterów :)

Jak dotąd głównie chwalę dzieło Stefana Dardy, ale niestety muszę też nieco ponarzekać. Wydaje mi się, że pisarz zbyt szybko pozwolił wszystkim swoim bohaterom uwierzyć w nadprzyrodzone, niewytłumaczalne zjawiska i wydarzenia, o których usłyszeli. Zabrakło mi momentu, w którym protagoniści zakwestionowaliby informacje niemające nic wspólnego z racjonalnym postrzeganiem rzeczywistości lub chociaż wyrazili jakieś większe zdziwienie. U Dardy postaci nie wpadają w panikę na wieść, iż trafili w czasoprzestrzenną pętlę bez wyjścia, nie są wystarczającą przerażeni widokiem ni to zjaw, ni demonów i ogólnie wykazują nadspodziewaną tolerancję dla wszelkich tego typu zjawisk. Moim zdaniem taka postawa jest mało wiarygodna, a na dodatek nie buduje nastroju grozy, ponieważ czytelnik nie odczuwa przerażenia, jeśli teoretycznie straszne rzeczy nie robią na postaciach większego wrażenia. Jednak pomimo tego Słoneczną Dolinę przeczytałam z dużym zainteresowaniem i wreszcie zaczynam dostrzegać potencjał w twórczości autora. Jeśli jeszcze nie znacie pierwszej części cyklu Czarny Wygon, polecam. 

Ocena: 4.5 / 6

Cykl Czarny Wygon:

 2. Starzyzna
3. Bisy
4. Bisy II


Książka przeczytana w ramach wyzwania Z półki.

15 kwietnia 2012

Dom na wyrębach - Stefan Darda


Wydawnictwo: VIDEOGRAF II
Liczba stron: 288

O powieściach Stefana Dardy dowiedziałam się dzięki licznym blogowym recenzjom, w których miłośnicy literatury grozy chwalili jego twórczość. Zachęcona tyloma pozytywnymi opiniami z niecierpliwością czekałam na moment, w którym będę mogła zanurzyć się w świat wykreowany przez Dardę. Wybór na padł na Dom na wyrębach, który według opisu na okładce utrzymany jest w klimacie prozy Stephena Kinga. Nie potrzebując lepszej rekomendacji z ochotą zabrałam się za lekturę, licząc na naprawdę mocną i trzymającą w napięciu historię. 

Czterdziestoletni Marek Leśniewski do niedawna był znudzonym i nieoczekującym już wiele od życia pracownikiem naukowym. Ciepła posadka na uczelni i wieloletnie małżeństwo zapewniało tak zwaną stabilizację, która z biegiem czasu zmieniła się w niepokojącą rutynę. Nieprzemyślany romans zburzył spokojne życie Leśniewskiego, zmuszając go nie tylko do zmiany stanu cywilnego, ale także wyprowadzki z wygodnego apartamentu. Mężczyzna w ciągu paru dni stał się właścicielem domu z ogrodem w Wyrębach – miejscowości położonej niedaleko Lublina. Wioska nie należy jednak do spokojnych i urokliwych, o czym Leśniewski przekonuje się już w kilka dni po przybyciu. Nieprzeniknione mgły, gęste lasy, zaniedbany cmentarz, a przede wszystkim osobliwy sąsiad to tylko niektóre z „atrakcji”, czekających na nowego mieszkańca. 

Z przykrością muszę zaznaczyć już na wstępie, że książka Stefana Dardy nie spełniła moich oczekiwań. Dom na wyrębach nie jest powieść złą czy też nie wartą przeczytania, ale posiada kilka irytujących właściwości, które psuły przyjemność z lektury. Fabuła brzmi interesująco w opisie, ale niestety aż do połowy książki niemal żadne z obiecanych, budujących napięcie wydarzeń nie ma miejsca. Pierwszą część powieści wspominam, jako nudny i nic niewnoszący do historii ciąg czynności wykonywanych przez głównego bohatera, od czasu do czasu przeplatany wzmiankami o warunkach pogodowych w Wyrębach lub Lublinie. Zakładam, że autor chciał wytworzyć odpowiedni nastrój przed kolejnymi wypadkami, tzw. ciszę przed burzą, jednak mnie ten dość obszerny fragment powieści po prostu znużył. Całe szczęście, że później akcja nabiera tempa i wreszcie coś zaczyna się dziać. Kiedy tylko pisarz zdecydował się na postraszenie Leśniewskiego to automatycznie i ja poczułam lekki niepokój, i przestałam myśleć o ilości stron dzielących mnie od zakończenia. Przyznam, że z niejakim zaskoczeniem czytałam o kolejnych niesamowitych przygodach głównego bohatera. Opuszczony dom w sercu leśnej głuszy lub prawie wymarłej wioski nie jest niczym nowym w literaturze grozy. Niemniej Derdzie udało się stworzyć intrygujące fragmenty w oparciu o ten nieco już wyczerpany motyw. Dużym plusem jest to, że autor nawiązuje w książce do słowiańskich podań i legend, dotyczących pewnej istoty. Dawno nie spotkałam jej w żadnej powieści, więc z zadowoleniem przyjęłam takie wytłumaczenie.

Dom na Wyrębach nie obfituje w wielość różnorodnych bohaterów.  Postać Marka Leśniewskiego nie wyróżnia się niczym specjalnym. Ot, zwyczajny mężczyzna w średnim wieku, który układa sobie życie po rozwodzie i ma nadzieję, że przeprowadzka na wieś okaże się pozytywną zmianą. Ciekawszym bohaterem jest z pewnością tajemniczy sąsiad – Jaszczuk, o którym we wsi krążą niepokojące plotki. Nie chcę zdradzić zbyt wiele na jego temat, ale to dzięki tej postaci nie porzuciłam lektury po kilkudziesięciu pierwszych stronach. Derda stopniowo i umiejętnie wprowadza kolejne informacje na temat Jaszczuka, dzięki czemu przez całą powieść pozostaje zagadkową postacią. Inne osoby raczej nie wnoszą nic ważnego do historii i właściwie książka nie ucierpiałaby z powodu ich braku. 

Ustosunkowanie się do użytego w powieści języka sprawiło mi nie lada problem. Męcząca pierwsza części Domu na wyrębach napisana została w stylu, przypominającym sprawozdanie lub raport z wyprawy. Czytelnik dowiaduje się, że Leśniewski kupuje materiały budowlane, każdego dnia wypija kilka piw, odbywa nieciekawe spotkania z przyjacielem z Lublina i zastanawia się, czemu sąsiad nie daje znaków życia. Od czasu do czasu pojawia się wzmianka o niepokojących odgłosach lub odczuciach, ale to kropla w morzu rozwlekłego opisu codzienności Leśniewskiego. Ponadto autor w większości używa tych samych sformułowań lub poszczególnych słów, naprawdę przydałaby się większa różnorodność. W dalszej części książki styl pozostaje w zasadzie ten sam, jednak akcja zdecydowanie przyspiesza, a przytoczone opisy zostają zastąpione przez upiorne i niewytłumaczalne zdarzenia. Kiedy losy bohatera zaintrygowały mnie na tyle, by z uwagą śledzić jego dalsze poczynania, warstwa językowa powieści nie wydawała mi się już tak denerwująca. Z perspektywy zakończenia można odnaleźć wytłumaczenie dla takiego reporterskiego stylu, jednak nie jestem w stanie ocenić czy język to zamierzona stylizacja czy po prostu „tak wyszło”. Jakkolwiek by nie było, nudne raporty z zajęć bohatera porządnie mnie wymęczyły. 

Recenzowana książka to literacki debiut Stefana Dardy, więc daleka jestem od wysnuwania wniosków na temat całej twórczości tego pisarza. Sam pomysł na fabułę jest godny uwagi, a wytworzenie odpowiedniego dla horrorów klimatu dość udane – kluczowe wydarzenia intrygują i wywołują przyspieszenie pulsu w trakcie lektury. Za bardzo dobry pomysł uważam wykorzystanie ludowych wierzeń. Niestety zabrakło lepszej charakterystyki bohaterów, bo opis wykonywanych czynności nijak ma się do portretów psychologicznych, a także większej staranności językowej.

Ocena: 3 / 6