Powieść Christiny Sweeney-Baird powstała krótko przed wybuchem pandemii koronawirusa i niektórzy uważają, że autorka niejako przewidziała przyszłość. Byłabym ostrożna z takimi wnioskami, ale stawiając się na miejscu pisarki, pewnie poczułabym się nieswojo na myśl, że jeszcze trzy lata temu rzeczywistość, przynajmniej w pewnym stopniu, przypominała moją fikcję. Autorka bowiem napisała o przerażająco śmiertelnej zarazie dziesiątkującej mężczyzn. Wszystko zaczyna się w Szkocji w roku 2025, kiedy doktor Amanda MacLean orientuje się, że zaskakująco wielu pacjentów umiera tuż po przyjęciu do szpitala. Z niewyjaśnionych przyczyn mężczyźni w różnym wieku nagle doświadczają objawów przypominających grypę, a po kilku dniach umierają. Wszyscy. Lekarka reaguje błyskawicznie, powiadamiając odpowiednie służby, ale zostaje zlekceważona. Wkrótce zachorowania odnotowuje się na całym świecie i w ciągu paru miesięcy znika świat jaki znamy. Populacja mężczyzn kurczy się w zastraszającym tempie, gdyż niewielu szczęśliwców okazuje się naturalnie odpornych. Pogrążone w żałobie kobiety muszą poradzić sobie nie tylko ze stratą bliskich, ale też koniecznością zmiany pracy oraz utrzymania struktur społecznych, by poszczególne kraje nie pogrążyły się w anarchii i chaosie.
