22 czerwca 2015

Las Zębów i Rąk - Carrie Ryan


Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 348
Rok pierwszego wydania: 2009
Rok polskiej premiery: 2011

Jako nastolatka jak ognia unikałam powieści teoretycznie przeznaczonych dla czytelników w tym wieku. Mając te siedemnaście czy osiemnaście lat, czytałam głównie kryminały oraz thrillery i do głowy nie przyszłoby mi, żeby sięgnąć po coś z półki opatrzonej hasłem „literatura młodzieżowa”. Za to teraz, przekroczywszy magiczny próg ćwierćwiecza, poczułam chęć poznania tych wszystkich książek, na które kiedyś nie chciałam nawet spojrzeć. Oczywiście ulubionych gatunków nie porzucam, ale mam wrażenie, że będę łaskawszym okiem spoglądać na powieści młodzieżowe, przynajmniej przez jakiś czas. Co ciekawe, widocznie przewidziałam to nagłe zainteresowanie historiami dla nastolatków, bo w swojej biblioteczce odnalazłam kilka przykurzonych i zapomnianych egzemplarzy, które obecnie wydają się idealne do tego, by zapomnieć o natłoku obowiązków, goniących terminach oraz innych nieprzyjemnych sprawach i zatopić się w inny świat, w którym moje problemy są bohaterom zupełnie obce.

Bohaterka powieści Las Zębów i Rąk nie musi martwić się ani pracą, ani szkołą, ani finansami, ale to nie znaczy, że jej egzystencja jest pasmem szczęścia i radości. Mary, podobnie jak inni mieszkańcy wioski, żyje bowiem w nieustannym strachu przed Nieuświęconymi, którzy kłębią się przy ogrodzeniu otaczającym domostwa i tylko czekają aż ktoś znajdzie się na tyle blisko siatki, by można było go pochwycić i zatopić zęby w żywym ciele. Mary doskonale wie, że ugryzienie skutkuje zainfekowaniem i śmiercią, a następnie powrotem i dołączeniem do szeregu nieumarłych potworów. Jednak mimo tej świadomości, dziewczyna marzy o tym, by móc wybrać się za ogrodzenie i zbadać ten niebezpieczny, nieprzystępny teren, bo przecież niewielka wioska nie może być jedynym ludzkim siedliskiem. Zapewne jej pragnienie zostałoby jedynie niezrealizowaną fantazją, gdyby nie pewne tragiczne wydarzenie, które wprawdzie niszczy cały świat Mary, ale daje też okazję do wyjścia poza siatkę i poznania, co kryje się w ostępach tytułowego lasu.

Sięgając po powieść Carrie Ryan nie miałam wielkiego pojęcia o fabule, bo książkę kupiłam tak dawno temu, że zdążyłam już zapomnieć, co mnie w niej zaciekawiło. Nie wiedziałam więc, że Las Zębów i Rąk to w zasadzie historia przetrwania w postapokaliptycznej rzeczywistości, mimo że okraszona licznymi nastoletnimi dylematami oraz zalążkiem miłosnego trójkąta. Kiedy tylko zorientowałam się, że Nieuświęceni to po prostu zombiaki ukryte pod bardziej wyszukaną nazwą, a Mary jest całkiem ciekawie zbudowaną postacią, poczułam, że ten swoisty horror w wersji light może mi się spodobać. Oczywiście od razu muszę uprzedzić, że dzieło Ryan nie jest ani powieścią grozy z prawdziwego zdarzenia, ani typowym przedstawicielem fantastyki postapokaliptycznej, bo na pierwszy plan wysuwają się kwestie związane z uczuciami i emocjami nastoletniej dziewczyny, a świat po tzw. Powrocie nie został zbyt dokładnie scharakteryzowany. Jednak pomimo tego uważam, że książka zasługuje na uwagę, ponieważ pisarka nie boi się wystawiać swoich postaci na kolejne próby, doświadczać ich dramatycznymi przeżyciami oraz zmuszać do podejmowania trudnych decyzji, a cała ta fantastyczna otoczka dodaje historii pazura, sprawiając, że losy Mary oraz jej towarzyszy nie są czytelnikowi obojętne.

Czuję niedosyt związany brakiem szczegółowych informacji o tym, co spowodowało upadek cywilizacji, skąd wzięli się Nieuświęceni, kto zbudował i zabezpieczył osadę w środku lasu, a przede wszystkim, co tak naprawdę wiedziały sprawujące władzę w osadzie Siostry. Las Zębów i Rąk to dopiero pierwsza część trylogii, więc mam nadzieję, że jeszcze poznam odpowiedzi na te pytania, chociaż nieco martwi mnie fakt, że akcja kolejnego tomu rozgrywa się kilkanaście lat później i dotyczy już innych bohaterów. Nie chciałabym definitywnie rozstawać się z Mary, zwłaszcza że zakończenie pierwszej części nie jest jednoznaczne i sądzę, że przydałoby się wyjaśnienie kilku spraw. Przyznam też, że dziewczyna wzbudziła moją sympatię i choć nie jest to postać wykreowana idealnie, to nie mogę odmówić pisarce ciekawego pomysłu na protagonistkę powieści. Otóż Mary nie jest mimozą szukającą oparcia na męskim ramieniu, ale nie jest również kolejną nastoletnią wybawicielką świata, która odrzuca własne marzenia i zagłusza uczucia w imię poświęcenia dla dobra ogółu społeczeństwa. Podoba mi się, że autorka nie wybrała żadnego z tych dwóch schematów i stworzyła postać nieco bardziej wiarygodną. Dziewczyna wprawdzie szamocze się pomiędzy chęcią porzucenia wioski i uniknięcia przewidywalnej egzystencji żony i matki, a miłością do chłopaka zaręczonego z inną, ale jestem w stanie ją zrozumieć. W końcu, kto miałby odwagę zdecydowanie odrzucić wszystko, co zna od dzieciństwa; opuścić bliskich i wyruszyć w nieznane, skąd nie będzie już powrotu? Mnie z pewnością nie byłoby na to stać, więc tym bardziej rozumiem, że bohaterka czuje się rozdarta pomiędzy własnymi pragnieniami a dobrem rodziny i przyjaciół.

Nie lubię, tak popularnego ostatnio, wikłania bohaterów w trójkąty miłosne. Zazwyczaj konfiguracja obejmuje niezdecydowaną dziewczynę i dwóch skrajnie różnych, lecz pociągających chłopaków, co wydaje mi się niesamowicie nudne i oklepane. Amerykańska pisarka również sięgnęła po ten motyw, ale nie był on dla mnie drażniący z dwóch powodów. Po pierwsze, dynamiczna akcja nie pozwala na zbyt długie zatrzymywanie się przy uczuciach bohaterki. Owszem, czytelnik dokładnie wie, co dzieje się w sercu i umyśle dziewczyny, ale autorce udało się uniknąć przegadanych i nużących fragmentów. Po drugie, Mary ma nieco więcej charakteru i nie jest niczym chorągiewka na wietrze, co oznacza, że ona wie, którego z adoratorów pragnie. Naturalnie, z pewnego powodu nie może być ze swoim wybrankiem, ale to już inna kwestia. Carrie Ryan zrobiła z Mary ciekawą świata oraz odważną osobę, co przypadło mi do gustu, jednak ubolewam nad papierowością całej reszty postaci. Mam wrażenie, że towarzysze dziewczyny zostali wpleceni do historii tylko po to, by pewne wydarzenia mogły mieć miejsce. Ani jej przyjaciółka, ani brat, ani rywale o jej względy nie odznaczają się niczym szczególnym. Szkoda, że pisarka nie pokusiła się o dokładniejsze charakterystyki, albo wplecenie jakiegoś wątku pobocznego, bo choć zmagania Mary z nieprzyjaznym światem są interesujące, to jednak powieść jest skoncentrowana wyłącznie na niej, a moim zdaniem przydałaby się jakaś inna barwna postać lub wyrazisty motyw niezwiązany bezpośrednio z działaniami dziewczyny.

Styl Ryan nie należy do wyszukanych, ale pasuje do tego typu historii. Autorka bez problemu odmalowuje dynamiczne, pełne napięcia sceny, w których Nieuświęceni depczą bohaterce po piętach. Nieźle radzi sobie również w opisach uczuć Mary, chociaż nie miałabym nic przeciwko ograniczeniu wszelkich potknięć i fizycznych dolegliwości dziewczyny, bo ilekroć trzeba działać szybko, bohaterka wywraca się, zdziera skórę z kolan, nie może złapać oddechu itp. Rozumiem, że przez te opisy autorka chciała uświadomić czytelnikom, że Mary znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, ale przesada też nie jest dobra. Na Las Zębów i Rąk składają się wartka akcja, atmosfera grozy wywołana atakami zombie i świadomością bohaterów, że śmierć czai się na każdym kroku, a także silne emocje pojawiające się zarówno w związku z wątkiem romantycznym, jak i przerażającymi momentami, gdy któraś z postaci zostaje zainfekowana. Moim zdaniem historia jest interesująca i angażująca, dlatego polecam pomimo pewnych minusów oraz niedociągnięć. 

Ocena: 4.5 / 6

Trylogia Las Zębów i Rąk:

2. Śmiercionośne fale
3. The Dark and Hollow Places

16 czerwca 2015

Czarna Dalia - James Ellroy


Wydawnictwo: C&T
Liczba stron: 352
Rok pierwszego wydania: 1987
Rok polskiej premiery: 1998

Mam słabość do historii noir przedstawiających losy balansujących na granicy prawa detektywów uwikłanych w niezwykle skomplikowane sprawy, w których ważną rolę odgrywają piękne, lecz niebezpieczne i nieszczere kobiety. Ponurą wymowę tych literackich i filmowych opowieści dopełnia obraz mrocznego, odpychającego miasta portretowanego jako siedlisko zła i rozpusty kontrolowane przez najpotężniejszych gangsterów w okolicy. O ile filmy wpisujące się w gatunek kina noir w większości nie są mi obce, o tyle związana z nimi literatura hard-boiled to pole wciąż przeze mnie niezgłębione. W ramach nadrabiania zaległości sięgnęłam więc po Czarną Dalię – powieść amerykańskiego pisarza, który inspirował się prawdziwą, do dziś niewyjaśnioną historią okrutnego morderstwa młodej kobiety. W styczniu 1947 roku w Los Angeles odnaleziono przecięte na pół, zmasakrowane ciało ofiary zidentyfikowanej jako Elizabeth Short. Sprawa wstrząsnęła opinią publiczną i przez wiele tygodni nie schodziła z pierwszych stron gazet, jednak morderca nigdy nie został ujęty. Prasa szybko nadała kobiecie przydomek Czarna Dalia ze względu na noszone przez nią charakterystyczne, czarne sukienki, a zagadka jej śmierci przeszła do historii, na dobre zadamawiając się w amerykańskiej popkulturze.

Powieść Ellroya w naturalny sposób łączy ze sobą prawdę z fikcją literacką. Autor zgrabnie manewruje pomiędzy tymi dwoma polami, dbając o to, żeby elementy takie jak okoliczności śmierci kobiety czy też późniejsze szaleństwo medialne zostały opisane zgodnie z ówczesną rzeczywistością. Oczywiście podaje również własną interpretację tragicznego zdarzenia, więc czytelnicy nie muszą obawiać się, że zagadka pozostanie bez rozwiązania. Niestety próg wejścia w tę historię jest dosyć wysoki, dlatego że zaangażowanie się w wydarzenia zajmuje sporo czasu. Kilkadziesiąt pierwszych stron skutecznie może zniechęcić mniej wytrwałych odbiorców, ponieważ na początku pisarz skupia się na przedstawieniu głównego bohatera, wprowadzeniu go w obowiązki oraz zasady, których pracownicy konkretnego wydziału muszą przestrzegać. W związku z tym oczekiwany wątek Czarnej Dalii pojawia się dopiero około siedemdziesiątej strony, a zanim to nastąpi, należy jeszcze przebrnąć przez szczegółowe opisy walk bokserskich oraz okoliczności, w jakich młody funkcjonariusz Bucky Bleichert poznaje swojego partnera Lee Blancharda.

Nie interesuję się boksem, więc bez wstydu przyznam, że kilkanaście stron poświęconych walkom, zakładom i opisom możliwości poszczególnych zawodników było dla mnie sporym wyzwaniem. Niestety autor uczynił głównego bohatera nie tylko policjantem badającym okoliczności śmierci panny Short, ale także dość znanym w mieście bokserem, więc musiałam się przemęczyć i jakoś znieść te wstawki o sporcie. Pewnym utrudnieniem był także specyficzny styl, bowiem Ellroy jedne wydarzenia opisał z przesadną dokładnością (wspomniane walki bokserskie), a inne czasem nakreślił zbyt powierzchownie, przez co nie zawsze motywacje bohaterów były dla mnie jasne. Nie da się ukryć, że Czarna Dalia nie jest powieścią bez wad, ale nie chciałabym odradzać lektury, ponieważ dla amatorów mocnych historii osadzonych w realiach powojennej Ameryki, ta pozycja może być strzałem w dziesiątkę.

Książka ma mocno pesymistycznych wydźwięk, ale mam wrażenie, że dzięki temu jest nieco bardziej prawdziwa pod pewnymi względami. Czytając o śledztwie prowadzonym przez Bleicherta byłam w stanie uwierzyć, że praca policjanta z Los Angeles u progu lat 50. odznaczała się pasmem rozczarowań, upokorzeń i trudnych decyzji. James Ellroy nakreślił przerażającą wizję miasta kontrolowanego przez przestępców, brutalnych policjantów oraz skorumpowanych polityków, z którymi trzeba się w pewnych sprawach dogadywać, by inne mogły zostać zamknięte, a winni wtrąceni do więzienia. Autor pokazał misterną sieć zależności oplatającą policjantów i gangsterów, prowadzącą do tego, że czasami trudno odróżnić, kto jest dobrym, a kto złym charakterem. Zresztą chyba mogę się pokusić o stwierdzenie, że w tej powieści nie ma szlachetnych i godnych podziwu postaci. Każdy ma coś na sumieniu, każdy podjął jakąś niemoralną decyzje lub po prostu zszedł na drogę przestępstwa, zapewniającą łatwe pieniądze i wygodne życie. U Ellroya Los Angeles jest miastem sprzyjającym wszelkim przestępstwom i występkom, łamiącym życie młodym kobietom spragnionym kariery w Hollywood oraz mężczyznom chcącym bez wysiłku dorobić się dużego majątku. 

Historia w stylu noir nie może obyć się bez charakterystycznej postaci femme fatale. W tym przypadku mamy do czynienia z więcej niż jedną kobietą fatalną, doprowadzającą mężczyzn do zguby, co przydaje całej opowieści dreszczu emocji. Najpierw czytelnik poznaje pannę Kay Lake, która teoretycznie jest związana z Blanchardem, ale w praktyce swoim zainteresowaniem obdarza również jego nowego partnera. Przyznam, że ten trójkąt miłosny jest nieco bardziej skomplikowany niż to może się wydawać, chociaż zachowanie bohaterów częściej mnie irytowało niż ciekawiło, więc nie mogę uznać tego wątku za specjalnie satysfakcjonujący. Na szczęście później na scenę wkracza Madeline Sprague – rozkapryszona córka milionera, której ulubionym wieczornym zajęciem jest runda po barach i pubach w poszukiwaniu kochanka na jedną noc. Oczywiście w pewnym momencie drogi Bucky’ego i Madeleine przecinają się, a wówczas akcja nabiera rumieńców. Wprawdzie ofiarę morderstwa trudno nazwać femme fatale, ale charakterystyka Elizabeth Short, wyłaniająca się w toku opowieści również daje do myślenia.

Intryga kryminalna w Czarnej Dalii zaskoczyła mnie jednocześnie pozytywnie i negatywnie. Pozytywnie, ponieważ okazała się znacznie bardziej skomplikowana niż przewidywałam na początku. Pod koniec doceniłam to, że pisarz tyle czasu poświęcił na opisanie stosunków panujących na wydziale, relacji pomiędzy poszczególnymi pracownikami itd., gdyż w zakończeniu wszystko to okazało się istotne. Co więcej, większość sytuacji ma też drugie dno, więc polecam czytać uważnie i nie wierzyć we wszystko, co mówią bohaterowie. Nie spodobało mi się natomiast wskazanie TAKIEJ postaci na zabójcę Elizabeth Short. Nie przekonały mnie podane wyjaśnienia i nie usatysfakcjonowała decyzja głównego bohatera, który zadecydował o losie mordercy. Moim zdaniem akurat ta osoba ani trochę nie jest wiarygodna w roli bezlitosnego, zimnokrwistego rzeźnika.

Nie ukrywam, że po Czarnej Dalii spodziewałam się czegoś nieco innego, ale nie mogę też wyłącznie narzekać, ponieważ otrzymałam mroczną opowieść o ludzkich słabościach, niespełnionych marzeniach i decyzjach, które mają nieodwracalny wpływ na losy protagonistów. Książkę polecam fanom hard-boiled fiction i innych opowieści z wątkiem kryminalnym, a sama rozważam obejrzenie ekranizacji. 

Ocena: 3.5 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwania Czytam literaturę sprzed XXI wieku.

http://esperazna.blogspot.com/2015/02/wyzwanie-czytam-literature-sprzed-xxi.html

26 maja 2015

Modlitwa o lepsze dni - Jennifer Clement


Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 320
Rok pierwszego wydania: 2014
Rok polskiej premiery: 2014

Kilka lat temu w blogosferze głośno było o Jennifer Clement za sprawą jej powieści Trucizną mnie uwodzisz, opowiadającej historię zakazanej miłości rozgrywającej się w egzotycznej, fascynującej, ale też niebezpiecznej stolicy Meksyku. Z dużymi oczekiwaniami sięgnęłam po wspomnianą książkę i choć spodobał mi się styl pisania Clement, to sama historia nie wywołała spodziewanego wrażenia, a niedostępność innych jej dzieł na naszym rynku, spowodowała, że wkrótce zapomniałam o autorce. Niedawno jednak jej nazwisko po raz kolejny zaczęło pojawiać się w blogowych wpisach, a ja poczułam chęć ponownego spotkania z twórczością Clement. Tym razem pisarka stworzyła opowieść inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami, stanowiącymi codzienność wielu meksykańskich, ubogich kobiet żyjących w stanie Guerrero. Miejsce to (jak prawdopodobnie cały Meksyk) znajduje się pod całkowitą kontrolą karteli narkotykowych. Mafijni bossowie są niebywale zuchwali i okrutni, gdyż doskonale wiedzą, że mogą zrobić cokolwiek z ludźmi mieszkającymi na ich terenie i nie spotka ich za to żadna kara. Codziennością Meksykanek z Guerrero jest więc strach przed porwaniami, gwałtami i rabunkami oraz walka o zdobycie pieniędzy pozwalających wieść skromne życie.

Bohaterką powieści autorka uczyniła młodą dziewczynę o imieniu Ladydi, która wraz z matką mieszka w niewielkiej wiosce oddalonej od Acapulco o godzinę jazdy samochodem. Jej ojciec opuścił rodzinę dawno temu i podobnie jak wszyscy inni mężczyźni z wioski, wyemigrował do Stanów Zjednoczonych i wkrótce zapomniał o swoich bliskich. Ladydi musi nosić chłopięce ubrania, brudzić twarz i oszpecać ciało, a w razie zagrożenia wskakiwać do dziury wykopanej w ziemi, by ustrzec się przed porwaniami, mającymi miejsce tak często, że nikt już się nie dziwi, gdy pewnego ranka okazuje się, że zniknęła kolejna młoda, ładna dziewczyna. Takie jest właśnie życie w Guerrero. Palące słońce, jadowite skorpiony i pająki, wszędobylskie insekty oraz częste odgłosy nadjeżdżających luksusowych samochodów z przyciemnianymi szybami, wiozących potężnych narkotykowych bossów, wyznaczają rytm dnia. W postaci Ladydi pisarka zamknęła głosy setek kobiet, z którymi przez dziesięć lat przeprowadzała rozmowy, obnażając tragiczne oblicze ich codzienności oraz brak perspektyw na lepsze życie.

Modlitwa o lepsze dni składa się z trzech części, z których każda zawiera jakieś przełomowe dla bohaterki wydarzenie. Pierwsza część w wielu miejscach przypominała mi reportaż. Wpływ na to odczucie z pewnością miała pierwszoosobowa narracja, ale czytając kilkadziesiąt pierwszych stron miałam wrażenie, że Ladydi siedzi obok mnie i spokojnym, niezdradzającym emocji głosem opowiada o wszystkich zdarzeniach, które dla mnie są makabryczne i szokujące, ale dla wielu Meksykanek stanowią kolejny element ich niełatwej egzystencji. Historia wyłaniająca się z tej relacji jest po prostu wstrząsająca, nawet jeśli nie wszystko w rzeczywistości odbywa się tak, jak zostało to przedstawione. Nie mam wątpliwości, że w niektórych rejonach Meksyku dziewczynki muszą udawać chłopców, a kobiety walczyć o przetrwanie, wiedząc, że są zdane jedynie na siebie. W tym świecie policja nie przyjdzie z pomocą zwykłym ludziom, a lekarze czy nauczyciele nie odważą się przybyć na tereny znajdujące się pod wpływem karteli. Jestem zaskoczona, ale te skojarzenia z reportażem uznaję za plus powieści. Jennifer Clement rozbudziła we mnie chęć sięgnięcia po publikacje z zakresu literatury faktu, zwłaszcza te traktujące o meksykańskich realiach. Jeśli znacie jakiś dobry tytuł, nie wahajcie się polecić mi go w komentarzach.

Kolejne dwie części książki znacznie bardziej przypominają fikcyjną historię, ponieważ gdzieś zatraca się to poczucie, że narratorka znajduje się na wyciągnięcie ręki czytelnika. Mimo tego dalej z zaciekawieniem czytałam o Ladydi, poznając jej skomplikowaną relację z matką czy najbliższymi koleżankami, a także dowiadując się jak smakuje gorycz spowodowana porzuceniem przez ukochanego. Myślę, że warto w tym miejscu wspomnieć, że choć losy bohaterów są nierozerwalnie związane z meksykańską rzeczywistością, to autorka koncentruje się również na uniwersalnych tematach takich jak miłość, zdrada, poczucie bliskości, samotność czy nieuchronność pewnych wydarzeń. Przez całą fabułę przewija się też wątek mafijnych porachunków, ale to nie jest powieść o gangsterach. Clement nie próbuje wniknąć w świat zbrodniarzy czy opisać hierarchię rządzącą kartelami, bo w kręgu jej zainteresowań znajdują się zwykli ludzie zmuszeni żyć w ciągłym zagrożeniu ze strony przestępców, którzy w każdej chwili mogą wejść do czyjegoś domu i bezkarnie dokonać krwawej masakry.

Powieść Jennifer Clement wyróżnia się pozytywnie także pod względem stylu. Pisarka potrafi czarować poetyckimi zdaniami, niemającymi jednak najmniejszego rysu zadęcia czy przeintelektualizowania. Autorka nie stosuje kwiecistych metafor ani wydumanych porównań, co mnie akurat bardzo odpowiada. Niemal każde napisane przez nią zdanie zawiera tę nutę poetyckości, a jednocześnie jest niezwykle trafne i pokazuje odmienne spojrzenie na codzienne, zwykłe sprawy. Clement pisze tak, że nagle okazuje się, iż każdy detal i każda obserwacja mają znaczenie, bo w jej powieści nie ma zbędnych słów. Autorka jest oszczędna, ale dosadna w wymowie, przez co pomimo braku pędzącej akcji, ani przez chwilę nie nudziłam się w trakcie lektury, z uwagą śledząc relację młodziutkiej Ladydi. Cieszę się, że zdecydowałam się przeczytać tę książkę i polecam ją wszystkim chcącym dowiedzieć się jak wygląda życie ubogich meksykańskich kobiet; przekonać się, że bez względu na miejsce zamieszkania wszyscy pragniemy bezpieczeństwa i miłości, a także poznać wyjątkowy talent pisarski Jennifer Clement. 

Ocena : 5 / 6

Inne powieści Jennifer Clement:

Prawdziwa historia oparta na kłamstwach 

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza.


http://muza.com.pl/literatura-faktu-i-reportaz/1810-modlitwa-o-lepsze-dni-9788377587799.html?dosiakksiazkowo

17 maja 2015

On - Łukasz Henel


Wydawnictwo: Videograf
Liczba stron: 288
Rok pierwszego wydania: 2013

Łukasz Henel nie należy do grona najbardziej rozpoznawalnych polskich pisarzy horrorów, ale co jakiś czas jego nazwisko pojawia się w blogowych wpisach poświęconych rodzimej literaturze grozy, dzięki czemu i mnie w oko wpadły tytuły powieści jego autorstwa. Przygodę z twórczością Henela postanowiłam zacząć od książki On, opowiadającej historię poznańskiego biznesmena, który pewnej deszczowej nocy przez przypadek natrafia na stary, opuszczony pałac położony w samym sercu leśnej głuszy. Tomasz z zawodu jest optykiem, ale widok majestatycznej budowli niemal natychmiast budzi w nim chęć zmiany dotychczasowego życia i zajęcia się zupełnie nowym rodzajem działalności. W rekordowo szybkim czasie mężczyzna staje się właścicielem pałacu, który po gruntownym remoncie zostaje przekształcony w stylowy hotel, mający zapewnić odpoczynek gościom spragnionym ciszy i spokoju. Niestety zanim jeszcze przedsięwzięcie ruszy na dobre, Tomasz przekonuje się, że zarówno z samym budynkiem jak i otaczającym go lasem coś jest nie w porządku. Każdej nocy dzieją się przerażające, niewytłumaczalne wydarzenia, wskazujące na obecność nadnaturalnej istoty o wyraźnie złych zamiarach. Oliwy do ognia dodaje także dziwne zachowanie mieszkańców pobliskiej wioski. Bohater zostaje postawiony przed ogromnie trudnym zadaniem – musi skonfrontować się z nieczystymi siłami, jeśli chce zachować nie tylko pałac, ale także zdrowie i życie. 

W powieści pojawia się tak wiele różnych motywów i elementów mających wzbudzić w czytelniku poczucie grozy, że nie sposób nad wszystkimi zapanować. Wyraźnie widać, że autor ma głowę pełną pomysłów, co oczywiście należy zapisać mu na plus, ale szkoda, że wszystkie koncepty postanowił zrealizować za jednym zamachem i upchnąć je w jednej historii. Moim zdaniem już sam nawiedzony pałac wystarczyłby do tego, żeby zbudować atmosferę niepokoju i zagrożenia, ale Łukasz Henel wyszedł z innego założenia, dokładając jeszcze do opowieści przeklęty medalion, kobietę będącą ni to wiedźmą, ni wampirzycą, mrożące krew w żyłach miejscowe legendy, a także wątki okultystyczne związane z wywoływaniem duchów, opętaniem i złem przybierającym namacalną postać. Moim zdaniem pisarz zdecydowanie przedobrzył, ponieważ taki natłok elementów powoduje chaos i uniemożliwia logiczne prowadzenie akcji. Każdy z tych pomysłów osobno mógłby sprawdzić się jako dobry, trzymający w napięciu horror, ale połączenie ich w jedną całość sprawiło, że powieść stała się takim przeglądem najpopularniejszych chwytów wykorzystywanych w tekstach grozy, co raczej nie wyszło jej na dobre. 

Zastrzeżenia mam również do kreacji głównego bohatera, ponieważ jego zachowanie dość mocno odbiega od realizmu. Wyobrażacie sobie, że ktokolwiek z uporem maniaka powraca do miejsca, w którym kilkukrotnie o mały włos nie stracił życia? Rozumiem, że Tomasz włożył w remont pałacu wszystkie oszczędności i nie chce poddać się bez walki, ale jednak bardziej logicznym rozwiązaniem byłoby szukanie pomocy u kogoś zajmującego się na przykład egzorcyzmami, niż nieustannie pchanie się w ręce nieczystej siły, która uśmierciła już kilka osób. Reakcja protagonisty na zgony mające miejsce na terenie jego posesji to drugi przykład kompletnie niewiarygodnego zachowania. Mężczyzna wydaje się w zasadzie nieporuszony faktem, że tuż przed jego hotelem oraz wewnątrz budynku kilka osób zmarło w niewyjaśnionych okolicznościach. Zdziwiła mnie również jego skłonność do szukania pozornie racjonalnych wyjaśnień wszystkich dziwnych zdarzeń, mimo że na własne oczy widział to tajemnicze coś, potrafiące roztaczać obezwładniający chłód i mrok, kontrolować pogodę, a nawet zabijać niewinnych ludzi. W horrorach bohaterowie prawie zawsze na początku bagatelizują niepokojące sygnały, nie przyjmując do wiadomości, że mają do czynienia z duchem lub demonem, jednak taki stan nie może trwać zbyt długo, bo postaci robią się śmieszne, a ich perypetie przestają angażować. Niestety w książce Henela faza wyparcia została niepotrzebnie wydłużona, przez co Tomasz jawi się jako naiwny i niezbyt bystry bohater.

Zdecydowanie lepiej wypada postać miejscowego wikariusza, który od pewnego momentu angażuje się w pomoc głównemu bohaterowi. Ksiądz Jacek sprawia wrażenie inteligentnego, dobrego i uczynnego człowieka, który ratuje bliźniego z opresji, ale czy na pewno jego intencje są czyste? Mimo że wikary pojawia się stosunkowo późno, to jego postać wiele wnosi do powieści. Autorowi udało się zasiać w czytelniku niepokój związany z motywacjami księdza i jego podejrzanym zachowaniem, co sprawiło, że historia natychmiast stała się ciekawsza i mniej przewidywalna. Muszę też zwrócić uwagę, że choć Henel nie dysponuje mistrzowskim warsztatem literackim, to jednak jest w stanie zbudować atmosferę zagrożenia. Przyznam, że czułam się nieswojo, czytając o uwięzionym we własnym pałacu bohaterze, o zalegającej wokół nieprzeniknionej ciemności czy też o szaleńczych biegach przez ogromny, nawiedzony las. W pomysłach Henela jest spory potencjał i mam nadzieję, że w kolejnych książkach został odpowiednio wykorzystany. 

Na koniec recenzji słowo o stylu i języku. Łukasz Henel nie ustrzegł się drobnych potknięć stylistycznych oraz redundancji, kiedy w kilku miejscach powtarza te same informacje. Niepotrzebnie też podaje nieistotne dla rozwoju akcji szczegóły związane z czynnościami wykonywanymi przez bohatera. Nie ukrywam, że mam alergię na wszelkie wyliczenia informujące czytelnika, że np. mężczyzna zszedł do kuchni, otworzył okno, zrobił trzy kanapki z serem, wrócił do salonu oglądać telewizję, a potem zasnął. Oczywiście teraz trochę przesadzam i aż tak nachalnego raportu z działań bohatera nie znajdziecie w książce On, ale czasami Henel pisze w podobny sposób, który moim zdaniem daleki jest od naturalności. W ogólnym rozrachunku powieść wypada dość przeciętnie zarówno w warstwie fabularnej, jak i językowej, ale mimo tego nie uważam, żeby czas poświęcony na tę lekturę był czasem zmarnowanym. Książkę polecam głównie miłośnikom gatunku chcącym poznać pióro kolejnego polskiego pisarza grozy oraz czerpać przyjemność z rozpoznawania typowych dla horroru motywów, od których aż roi się w tej historii. 

Ocena: 3 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwania Modern Terror

http://sniacy-za-dnia.blogspot.com/2014/12/modern-terror-wyzwanie-2015-nr-iii.html

9 maja 2015

Niechciani - Yrsa Sigurđardóttir


Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 336
Rok pierwszego wydania: 2012
Rok polskiej premiery: 2014

Do tej pory Yrsę Sigurđardóttir stawiałam na równi z innymi cenionymi przeze mnie pisarzami kryminałów i thrillerów, ale po przeczytaniu Niechcianych, mam wrażenie, że islandzkiej autorce należy się wyróżnienie i specjalne traktowanie. Jej powieści to gwarancja świetnie zarysowanych charakterów postaci, ciekawej i wielowarstwowej fabuły zawierającej nie tylko zagadkę kryminalną, ale także obserwacje odnoszące się do różnych zjawisk oraz postaw społecznych, a także niespodziewanych zwrotów akcji, burzących wypracowane wcześniej hipotezy. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdy tak wysoko ceni książki Sigurđardóttir, ale dla mnie to świetne, dobrze przemyślane i dopracowane w każdym szczególe historie. Najnowsze dzieło pisarki również takie jest, dlatego z czystym sumieniem i bez najmniejszego wahania polecam je wszystkim miłośnikom opowieści o grzechach sprzed lat oraz uśpionych demonach przeszłości dających o sobie znać w najmniej spodziewany sposób.

Obawiałam się nieco sięgnięcia po Niechcianych, ponieważ to pierwsza czytana przeze mnie książka Yrsy, w której nie występuje odważna prawniczka Thora Gudmundsdóttir. Na szczęście pisarka doskonale poradziła sobie z historią nienależącą do głównego cyklu, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że autorka zasługuje na tytuł współczesnej królowej kryminałów. Tym razem powieść koncentruje się na mężczyźnie, który niespodziewanie musi zaopiekować się swoją jedenastoletnią córką Run, co dla niego oznacza przyśpieszony kurs ojcostwa przekształcający weekendowego tatusia w odpowiedzialnego rodzica. Nagła śmierć byłej żony wprowadziła w życie Ódinna prawdziwy chaos, z którym bohater nie potrafi sobie poradzić. Jakby tego było mało mężczyzna otrzymuje w pracy zlecenie zbadania warunków panujących w prowadzonym wiele lat temu domu wychowawczym dla chłopców położonym w odludnej wsi Krókur. Rutynowa sprawa zmienia się niespodziewanie w poważne zadanie, gdy okazuje się, że w latach 70. doszło w Krókur do śmiertelnego wypadku. Ódinn przeczuwa, że nie wszystko zostało ujawnione w oficjalnych dokumentach, dlatego przeprowadza własne śledztwo. W tym samym czasie wokół niego zaczynają dziać się dziwne, niepokojące rzeczy. Czy to możliwe, że bohater w jakiś sposób jest związany z tragedią sprzed lat? 

Początek książki raczej nie zapowiada emocji, jakie historia wyzwala w czytelniku na samym końcu. Fragmenty rozgrywające się współcześnie, czyli te dotyczące Ódinna i jego córki przeplatają się z retrospekcjami, w czasie których na pierwszy plan wysuwają się wydarzenia z Krókur. Oba te wątki świetnie się uzupełniają, a pisarka naprzemiennie kieruje uwagę czytelnika na samotnego ojca starającego się nawiązać kontakt z córką i pomóc jej w przeżyciu żałoby po matce oraz na pracowników i wychowanków domu w Krókur, których los również nie oszczędza. Początkowo powieść sprawia wrażenie spokojnej, melancholijnej, uświadamiającej czytelnikowi, że w zasadzie każdy bohater cierpi z powodu samotności czy niezrozumienia ze strony bliskich, ale później pisarka odsłania również tę bardziej mroczną stronę historii i wówczas do głosu dochodzą silne emocje. Znam twórczość Yrsy, więc wydawałoby się, że powinnam wiedzieć, czego mogę się po jej książkach spodziewać, ale i tak finał Niechcianych ogromnie mnie zaskoczył. Autorka kompletnie uśpiła moją czujność, sprawiając, że nie spodziewałam się takiego obrotu wydarzeń. Moim zdaniem nie ma nic lepszego w kryminale jak zaskakujący, ale logiczny i dobrze umotywowany zwrot akcji. W tej historii pojawia się właśnie taki zabieg, więc jestem usatysfakcjonowana poziomem komplikacji związanych z intrygą kryminalną oraz nieszablonowym rozwiązaniem zastosowanym przez Yrsę.

Jestem fanką książek Sigurđardóttir również ze względu na jej bardzo subtelne, ale idealnie wpasowujące się w nastrój opowieści, sugestie, że pewne zdarzenia wynikają z ingerencji nadprzyrodzonych sił. Wprawdzie żadnego jej dzieła nie nazwałabym powieścią grozy, bo jednak w centrum uwagi zawsze znajduje się sprawa zabójstwa, w którym nie maczały rąk żadne upiory czy inne zjawy, ale mimo tego pisarka często daje podstawy do twierdzenia, że wokół bohaterów unosi się specyficzna aura niesamowitości. Niezidentyfikowane cienie tańczące na ścianach, dziwne szepty i szelesty rozlegające się w pustym mieszkaniu, a także niewytłumaczalne przeczucia nękają Ódinna, który zaczyna zastanawiać się czy przypadkiem wszystko w porządku z jego zdrowiem psychicznym. Atmosfery niepokoju dopełnia również niesprzyjająca, wręcz wroga bohaterom aura. Wydaje się jakby trzaskający mróz czy przenikliwy wiatr obecny podczas śnieżycy dodatkowo podkreślał samotność, pustkę i grozę otaczającą bohaterów. Uwielbiam taki nienachalny, ale wyrazisty styl, w którym każde słowo ma znaczenie. Moim zdaniem Yrsa do perfekcji opanowała sztukę pisania kryminałów doprawionych szczyptą horroru.

Historia opowiedziana w Niechcianych jest smutna i przytłaczająca. Z jednej strony bohaterowie są odpowiedzialni za swój los, więc pewnych kłopotów mogliby uniknąć, gdyby wykazali się odpowiedzialnością i pamiętali, że każdy czyn ma swoje konsekwencje. Ale z drugiej, niektóre wydarzenia były im po prostu pisane, a w takim przypadku nie można ustrzec się przed nieszczęściem. Dla Ódinna lepiej byłoby, gdyby nigdy nie zajął się sprawą ośrodka w Krókur i nie próbował rozwiązać zagadki śmierci dwóch młodych ludzi. Stało się jednak inaczej i mężczyzna musi zmierzyć się z ciężarem zdobytej wiedzy. Pisarka nie wprowadziła do swojej opowieści zbyt wielu postaci, ale ten swoisty minimalizm zadziałał na korzyść fabuły. Dzięki ograniczonej ilości ważnych bohaterów, mogłam skupić się na analizie każdego wydarzenia i zwrócić uwagę na tę mroczną pętlę zacieśniającą się zarówno wokół Ódinna, jak i innych protagonistów. 

Mam nadzieję, że udało mi się was zachęcić do sięgnięcia po tę książkę, ponieważ to kawał dobrej kryminalnej literatury, pokazującej w jaki sposób przeszłość potrafi namieszać w życiu człowieka. Na samym początku historia nie jest zbyt dynamiczna, ale z każdą stroną pochłania czytelnika bardziej i bardziej, by na końcu zafundować mu emocjonalną huśtawkę sprawiającą, że w jednej chwili odbiorca współczuje bohaterom, a za moment przeklina ich podłe charaktery i ubolewa nad słabością ludzkiej natury. Islandzka pisarka po raz kolejny udowadnia, że zło może czaić się w każdej, nawet pozornie niewinnej i łagodnej osobie. 

Ocena: 5.5 / 6

Cykl z Thorą Gudmundsdóttir:
 
1. Trzeci znak
2. Weź moją duszę


Inne powieści Yrsy Sigurđardóttir:

Pamiętam cię

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza

http://muza.com.pl/thriller/1808-niechciani-9788377587775.html?dosiakksiazkowo

3 maja 2015

Kaiken - Jean-Christophe Grangé


Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 528
Rok pierwszego wydania: 2012
Rok polskiej premiery: 2014

Gdybym była członkinią jakiegoś literackiego klubu dyskusyjnego, bez najmniejszego wahania zaproponowałabym, żeby przedmiotem kolejnej rozmowy była powieść Kaiken. Autor zawarł w niej tyle różnych wątków, opisał wiele dylematów i skrajnych postaw bohaterów, a przy tym skonstruował misterną, rozbudowaną intrygę kryminalną, sprawiając że materiału do rozmowy starczyłoby na wiele godzin. Jean-Christophe Grangé postanowił rozpocząć akcję tam, gdzie większość innych pisarzy thrillerów wszystko wyjaśnia i w spektakularny sposób kończy historię. Otóż pierwsze strony tej książki przenoszą czytelnika w sam środek policyjnego pościgu za domniemanym seryjnym zabójcą. Prowadzący śledztwo Olivier Passan zaplanował nieoficjalną obławę na mężczyznę podejrzanego o brutalne zamordowanie kilku kobiet w zaawansowanej ciąży. Jednak czy Guillard jest rzeczywiście Akuszerem, czy może to Passan popadł w obsesję na jego temat i prześladuje zupełnie niewinnego człowieka? Czy prowadzone przez policjanta śledztwo ma wpływ na niepokojące zdarzenia dotykające jego własną rodzinę? Jaki związek z tym wszystkim ma jego żona Naoko?

Przez cały czas lektury pytań związanych z kolejnymi wydarzeniami miałam mnóstwo. O ile na początku wydawało mi się, że mniej więcej wiem, w jakim kierunku będzie zmierzać akcja, o tyle od połowy książki nie byłam już pewna niczego. Pisarz niesamowicie zręcznie manipuluje czytelnikiem, tak by ten przypadkiem czegoś nie przewidział i za szybko nie wpadł na rozwiązanie zagadki. Bardzo podobała mi się taka gra z odbiorcą, ponieważ dzięki niej wciąż jestem w stanie emocjonować się kryminalną intrygą, mimo że przeczytałam już wiele historii należących do tego gatunku. Grangé po mistrzowsku podrzuca fałszywe tropy i przyznam, że dałam się nabrać na wszystkie jego chwyty. W pewnym momencie byłam przekonana, że wiem już prawie wszystko, zaczęłam nawet zżymać się na nieporadność bohaterów, którzy nie dostrzegali oczywistych (moim zdaniem) sygnałów. Naturalnie zostałam wyprowadzona w pole i żadne z moich podejrzeń nie okazało się właściwe. Uważam, że już samo to stanowi silną podstawę do polecenia tej książki. Jeśli przeczytaliście w swoim życiu mnóstwo opowieści z wątkiem kryminalnym w roli głównej i jesteście przekonani, że nic was nie zaskoczy, sprawdźcie, co przygotował dla was Grangé. 

Wracając jednak do kwestii materiału na zajmującą debatę, to trzeba przyznać, że pisarz postarał się o to, żeby jego bohaterowie byli nietuzinkowi pod każdym względem. Olivier Passan to typ mężczyzny z problemami, co nie jest nowością w kryminałach, ale Grangé nie zadowolił się bohaterem mającym pospolite kłopoty, jak na przykład nadużywanie alkoholu czy doskwierająca samotność. Passan charakteryzuje się znacznie bardziej złożoną i skomplikowaną naturą, co sprawia, że dręczące go demony to bardziej destrukcyjna siła niż po prostu problemy czy gorszy czas w życiu. Oficer jest porywczy, nie panuje nad sobą w oficjalnych sytuacjach, ma swoje obsesje sprowadzające go na złą drogę, ale jednocześnie jest niezwykle skuteczny, co czyni z niego postać wymykającą się określonym kategoriom. Również inni protagoniści zostali nakreśleni w bardzo niejednoznaczny sposób. Każdy z nich skrywa jakąś tajemnice, często jest to szokujący sekret, którego ujawnienie może zmienić życie nie tylko samych bohaterów, ale także ich najbliższych. Nie mam żadnych zastrzeżeń do kreacji postaci. Francuski pisarz stworzył galerię barwnych, oryginalnych oraz niebezpiecznych bohaterów, o których można rozmawiać godzinami, analizując ich postawy i podjęte decyzje.

W tej powieści ogromną rolę odgrywa także japońska kultura, będąca dla Passana czymś tak odległym, egzotycznym i fascynującym, że aż idealnym. Kaiken obfituje w mnóstwo interesujących informacji o życiu prowadzonym przez Japończyków, którzy z jednej strony są zapatrzeni na świat Zachodu, amerykańską popkulturę oraz coraz to nowsze i lepsze elektroniczne gadżety, ale z drugiej – pamiętają o wartościach z przeszłości, takich jak honor czy tradycyjne wychowanie. Ta specyficzna, intrygująca aura „japońskości” dodaje całej historii charakteru. Przy tym została idealnie spleciona z akcją, więc ani przez chwilę nie odczułam, by jakakolwiek informacja była zbędna. Tak jak w kreacji bohaterów, tak i w tym przypadku Grangé ustrzegł się jednowymiarowości i sterotypizacji, chociaż początkowo obawiałam się, że uległ pokusie gloryfikacji tradycyjnych japońskich wartości oraz potępienia stylu życia prowadzonego przez większość młodych ludzi. Na szczęście po raz kolejny moje przypuszczenia się nie sprawdziły i również ten wątek okazał się czymś znacznie ciekawszym niż myślałam na początku. Kaiken to wieloznaczna, dopracowana w każdym szczególe powieść, która ma szansę spodobać się nie tylko amatorom thrillerów, ale także wszystkim lubiącym skomplikowane intrygi, wyrazistych bohaterów oraz wątki prowokujące do przemyśleń. 

Ocena: 5 / 6

Recenzja została wcześniej opublikowana w serwisie BiblioNETka.pl.

29 kwietnia 2015

Starcie królów - George R.R. Martin


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 1022
Rok pierwszego wydania: 1998
Rok polskiej premiery: 2000

Długo opierałam się przed sięgnięciem po pierwszy tom Pieśni Lodu i Ognia, kiedy jednak w końcu skapitulowałam i postanowiłam przekonać się, o co tyle szumu, okazało się, że opowieść pełna intryg, spisków, zdrad i wielkich przemian, pochłonęła mnie bez reszty. W ciągu kilku dni przeczytałam opasłą Grę o tron, zachwycając się bogactwem świata oraz skomplikowanymi charakterami bohaterów, co zaowocowało tym, że nabrałam ogromnej ochoty na poznanie kolejnych tomów sagi. Kilka dni temu skończyłam czytać Starcie królów, ale niestety tym razem jestem nieco rozczarowana, ponieważ powieść nie wywarła na mnie takiego wrażenia jak pierwsza część. Teoretycznie nie mam się do czego przyczepić, ponieważ pisarz konsekwentnie rozwija swoją historię, dbając o to, by każdemu z ważniejszych bohaterów poświęcić wystarczającą ilość uwagi, a akcję urozmaicić niespodziewanymi wydarzeniami, ale w praktyce czasami czułam się znużona i nieco przytłoczona lekturą.

Może nie bez znaczenia jest fakt, że ze względu na natłok obowiązków oraz liczne wyjazdy, książkę czytałam na raty, więc nie miałam okazji do tego, by zanurzyć się w opowieści na kilka godzin. Niemniej nie wydaje mi się to aż tak ważne, bo jednak dostrzegam pewne mankamenty pisarstwa Martina i to głównie one sprawiły, że historia nie porwała mnie tak, jak tego oczekiwałam. O fabule tej części nie będę zbyt dużo pisać, ponieważ nie sposób przybliżyć większości wątków bez spoilerowania, więc ograniczę się tylko do zarysu zdarzeń. Sytuacja w Zachodnim Królestwie pogarsza się z każdym dniem. Od kiedy na tronie nie zasiada Robert Baratheon, władza marzy się wielu mniej lub bardziej uprawnionym do tronu lordom. Niemal każdy potężny i zamożny pan ogłasza się królem i żąda posłuchu wśród ludu, co owocuje licznymi starciami oraz bitwami nawet pomiędzy dawnymi sprzymierzeńcami i przyjaciółmi. Oczywiście główną osią konfliktu pozostaje walka tocząca się między Lannisterami, Robbem Starkiem oraz braćmi Roberta Baratheona, jednakże ujawniają się również ambicje innych rodów, sprawiając, że życie Sansy, Aryi, Brana i Rickona Starków znajduje się w ogromnym niebezpieczeństwie.

W Starciu królów dzieje się naprawdę wiele. Bohaterowie rosną w siłę i tracą majątki, spiskują i sami padają ofiarami dworskich intryg, kochają, by za chwilę nienawidzić i szykować się do zemsty. Martinowi nie brakuje pomysłów na uatrakcyjnienie historii poprzez pokazanie całej palety emocji oraz odczuć poszczególnych postaci. Uwielbiam jego książki za te niesamowicie dokładne i szczegółowe przedstawienia psychiki bohaterów z naciskiem na ich stopniowe, ale świetnie zarysowane metamorfozy, dokonujące się pod wpływem dramatycznych wydarzeń. Jestem ogromnie zadowolona z faktu, że wszystkie te przemiany są tak wiarygodne i zrozumiałe. Po lekturze tej części z podziwem patrzę na dziesięcioletnią Aryię, której hart ducha, spryt oraz inteligencja pozwalają przetrwać w trudnych okolicznościach i znaleźć wyjście z każdej sytuacji. Podoba mi się również metamorfoza Tyriona, stającego się wytrawnym strategiem, świadomym tego, że piastowana funkcja może przynieść mu więcej szkody niż pożytku. Czuję litość na myśl o naiwnej Sansie, która nawet w najstraszniejszych koszmarach nie przewidziała jaki los ją spotka i złość, gdy przypomnę sobie rozdartą, zrezygnowaną Catelyn. Jeszcze długo mogłabym tak wymieniać, bo bohaterów jest bez liku i w zasadzie każdy odgrywa ważną rolę w tej powieści.

Niestety czasami nie mogłam pozbyć się wrażenia, że poświęcenie uwagi postaciom negatywnie odbiło się na dynamice akcji. Wprawdzie nie nazwałabym Starcia królów nudną książką, bo jak już wcześniej sygnalizowałam, autorowi nie brakuje pomysłów i talentu pisarskiego, ale sądzę, że niektóre fragmenty są zbyt długie, a przez to historia sztucznie rozciągnięta. Zaczynam rozumieć, dlaczego tworzenie tego cyklu zajmuje Martinowi tyle czasu skoro każde wydarzenie musi być pieczołowicie opisane, a później jeszcze przedyskutowane lub przemyślane przez wielu bohaterów. Tym sposobem każda większa walka jest zapowiadana na długo przed tym zanim do niej dojdzie, więc można stracić cierpliwość w oczekiwaniu na te najistotniejsze momenty. Recenzując Grę o tron wspomniałam, że nie do końca pasuje mi podział powieści na rozdziały stanowiące w zasadzie zamknięte fragmenty historii. Podtrzymuję tę opinie również w odniesieniu do kontynuacji, ponieważ często czułam się wybita z opowieści przez całkowitą zmianę miejsca akcji oraz postaci występujących w danym rozdziale. Wolałabym, żeby Martin skupił się na dłużej na jednym wątku, a dopiero potem przeszedł do kolejnego zamiast nieustannie nimi żonglować.

Oczywiście opisane powyżej zastrzeżenie nie wpływają negatywnie na moją chęć przebywania w Siedmiu Królestwach i poznawania dalszych losów bohaterów, bo Martin stworzył niesamowicie bogatą oraz złożoną opowieść, która słusznie budzi podziw i zachwyt czytelników. Sama jestem oczarowana wizją autora, mocą jego wyobraźni, a także umiejętnościami pozwalającymi na zaplanowanie każdego szczegółu i łączenie wątków w odpowiednim momencie. Starcie królów okazało się dla mnie mniej pasjonujące niż Gra o tron, ale póki co sympatii do tego cyklu mi nie brakuje i z pewnością nadal będę sięgać po kolejne części serii. 

Ocena: 4.5 / 6

Cykl "Pieśń lodu i ognia"
3.1 Nawałnica mieczy: Stal i śnieg
3.2. Nawałnica mieczy: Krew i złoto
4.1 Uczta dla wron: Cienie śmierci
4.2 Uczta dla wron: Sieć spisków
5.1 Taniec ze smokami: Część I
5.2. Taniec ze smokami: Część II

Książka przeczytana w ramach wyzwania Czytam literaturę sprzed XXI wieku.

http://esperazna.blogspot.com/2015/02/wyzwanie-czytam-literature-sprzed-xxi.html