23 października 2013

Grakademia 3 już w najbliższy weekend!

Stali czytelnicy bloga zapewne wiedzą, że jestem organizatorką wydarzenia o nazwie Grakademia, które skupia się na promowaniu pozytywnego wizerunku gier komputerowych oraz udowadnianiu, że można badać je w ten sam sposób, co teksty należące do innych mediów. W ten weekend w Łodzi odbędzie się kolejna edycja imprezy. Serdecznie zapraszam do uczestnictwa, ponieważ Grakademia tym razem trwa 2 dni, więc obfituje w znacznie więcej atrakcji niż zazwyczaj :) Przygotowaliśmy część konferencyjną z interesującymi wystąpieniami badaczy gier, twórców, miłośników gier planszowych oraz osób zajmujących się marketingiem; turnieje zarówno w produkcje popularne jak i niezależne oraz strefę pokazową. Jeszcze raz zachęcam do wzięcia udziału oraz promowania Grakademii w sieci :) Poniżej znajdziecie krótką notkę z opisem wydarzenia oraz programem. Zajrzyjcie też koniecznie na naszą stronę internetową  oraz profil wydarzenia na facebooku.




26 i 27 października w Łodzi odbędzie się trzecia edycja wydarzenia przeznaczonego dla graczy - Grakademii. Naszym celem jest propagowanie naukowego podejścia do gier, promowanie publicystyki im poświęconej, zaprezentowanie odmiennych punktów widzenia, dlatego do udziału w evencie zapraszamy twórców, publicystów, recenzentów, badaczy i e-sportowców aby zapewnić naszym gościom możliwość wymiany poglądów w szerokim i różnorodnym gronie ekspertów, a naszym uczestnikom atrakcyjne prelekcje podejmujące niejednorodną tematykę.

Grakademia 3 będzie składać się z trzech modułów: dwudniowej konferencji, strefy pokazowej i turniejowej. W trakcie wydarzenia uczestnicy będą mogli wysłuchać prelekcji, dyskusji, włączyć się do rozmowy z zaproszonymi ekspertami, spędzić czas w strefie free-play testując nowsze i starsze produkcje oraz wziąć udział w konkursach i turniejach z nagrodami.

Udział w Grakademii będzie bezpłatny. 

Program części konferencyjnej:

Sobota 26.10.2013

Arena Laser Games

11:00 Piotr Kubiński (UW)- Emersja, czyli parę słów o łamaniu przyzwyczajeń.

11:30 Jacek Jankowski (nk.pl) - Jak zarabiać na grach społecznościowych?

12:00 Paweł Schreiber (Jawne Sny) - Jeśli nie film, to co?

12:30 - 13:00 - Przerwa

13:00 Piotr Berliński (StartMoney), Piotr Babieno (Freeky Games) - Freeky Games - przykład spółki produkującej gry, która wprowadza na rynek nowy produkt przy współpracy z inwestorem – Funduszem StartMoney.

13:30 Adam Saczko (CD-Action) - Idealny recenzent, czyli ja.

14:00 Piotr Sterczewski (Jawne Sny) - Zabij terrorystę, zbuduj imperium, obniż podatki. Kilka uwag o związkach gier i ideologii.

14:30 - 15:30 - Przerwa obiadowa

MS2

15:30 Maciej Butscher - Digital Entertainment Cluster w Krakowie

16:00 Michał Tuszowski (Klub Graczy Marauder) - Gry bitewne - z czym to się je? WH40k, WFB, PG i inne.

16:30 Michał Staniszewski (Plastic) - Krótkie i burzliwe małżeństwo demosceny i gamedevu - czyli kto, z kim i dlaczego?

17:00 - 17:15 - Przerwa

17:15 - 18:30 Panel dyskusyjny: Kompetencje gracza - czego uczą i wymagają od nas gry? Jak znajomość kultury popularnej, sztuki oraz mediów wpływa na nasz odbiór elektronicznej rozrywki.

Niedziela 27.10.2013

MS2

11:00 Dominik Głowacki (1ndie World) - Tematy obyczajowe i familijne w grach wideo

11:30 Shadow Cube - Indyk na trzydzieści osób, czyli o tym jak studenci na RPG-a się porwali.

12:00 Łukasz Spierewka, Jakub Ziembiński (SUPERHOT) - Game jamy. Co masz robić 2 lata, zrób w 2 dni.

12:30 - 13:00 - Przerwa

13:00 Konrad Krawczyk (KNBG) - Przebój czy niewypał, co decyduje o sukcesie lub porażce gier komputerowych?

13:30 Maria B. Garda (KNBG) - Nostalgia i gry komputerowe

14:00 Kamil Jędrasiak (KNBG) - Sabotażysta Michaël Samyn – czyli o tym, jak niegry działają na szkodę całej branży.

14:30 - 15:30 - Przerwa obiadowa

15:30 Magdalena Mazur-Milewska (Akadamia Free2Play) - Akademia Free2Play, czyli game design dla każdego (liczby, cel, rezultaty).

16:00 Tomasz Kaczmarek (ZTG) - Co może być uważane za udane użycie "formy" komiksu w grach wideo?

16:30 Tomasz Drabik (Save Project) - Rola przemocy i kontrowersji w grach - gratyfikacja czy narracja?

17:00 - 17:15 - Przerwa

17:15 - 18:30 Panel dyskusyjny: Edukacja growa, czyli o młodych twórcach, badaczach i krytykach gier komputerowych.

Strefa free-play:
Arena Laser Games
Niedziela 27.10.2013
Turniej Gran Turismo 5 – zapisy godz. 11:00, start rozgrywek planowany na godzinę 12:00.

17 października 2013

Sklepik z niespodzianką. Adela - Katarzyna Michalak


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 288

Odnoszę wrażenie, że twórczość Katarzyny Michalak ma tyle samo zwolenniczek, co przeciwniczek. Nieprzypadkowo używam formy żeńskiej, ponieważ trudno mi sobie wyobrazić, by Panowie chętnie sięgali po historie z serii owocowej czy też słonecznej, chociaż nie pochwalam dzielenia książek, filmów czy gier na damskie i męskie. Czytając różne recenzje powieści Pani Michalak często czułam dyskomfort spowodowany tym, że nie mogę zabrać głosu w licznych, czasami burzliwych dyskusjach, ponieważ poznałam jedynie jedną jej książkę, co stanowi raczej marną podstawę do formułowania wniosków. Tym rodzynkiem była pierwsza część cyklu Sklepik z niespodzianką, którą recenzowałam w lipcu 2011 roku. Wiem, że ponad dwa lata przerwy to zadziwiająco długi okres czasu jak na doczytywanie serii, ale w myśl powiedzenia, że lepiej późno niż wcale, parę dni temu wreszcie sięgnęłam po kontynuację.

Na początku byłam lekko zdezorientowana, ponieważ opowieść zaczyna się dokładnie w momencie, w którym została zarzucona w pierwszej części. Tak długa przerwa zatarła nieco w mojej pamięci szczegóły, ale na szczęście szybko odtworzyłam sobie najważniejsze wątki, a wśród nich szokujące wkroczenie na scenę Anny Potockiej. W Pogodnej aż roi się od intryg, skrywanych tajemnic i pretensji. Tym razem przyjaźń głównych bohaterek zostaje wystawiona na próbę, ponieważ niemal każda z nich ukrywa coś przed koleżankami. Bogusia nie może pogodzić się z nagłym powrotem żony Wiktora, w którym zdążyła zakochać się bez pamięci. Miejscowa piękność o imieniu Konstancja zmaga się z niechcianą ciążą i nieodpowiedzialnym ojcem dziecka. Lidka zaczyna zachowywać się coraz dziwniej. Niegdyś życzliwa wszystkim pani weterynarz, przemieniła się w sypiącą uszczypliwościami zołzę, która rani najbliższe osoby. Natomiast Adeli los nie oszczędza, zsyłając na jej barki kolejne kłopoty i zmartwienia. Piękna, zamożna i niezależna kobieta musi zastanowić się, co jest dla niej w życiu najważniejsze oraz podjąć szereg ważnych decyzji. Jedno jest pewne – nad uroczą nadmorską miejscowością gromadzą się czarne chmury i każda z postaci będzie musiała je jakimś sposobem zwalczyć.

W drugiej części serii bohaterki muszą stawić czoła całej masie problemów. Autorka żadnej z nich nie pozwoliła na sielankowe życie w otoczeniu malowniczej przyrody i życzliwych ludzi. Co rusz na przyjaciółki spada cios, po którym niełatwo się pozbierać. Jednak po każdej burzy w końcu wychodzi słońce, więc bohaterki ostatecznie też przezwyciężają wszelkie trudności i to w iście brawurowym stylu. Katarzyna Michalak popuszcza wodze fantazji, tworząc nieprawdopodobne rozwiązania w sytuacjach dla każdego człowieka granicznych. Ciężka choroba staje się przyczyną całkowitej odmiany stylu życia i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że metamorfoza dokonuje się z dnia na dzień, po prostu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Lekiem na kłopoty małżeńskie jest podjęcie wszystkich pieniędzy z konta i wyruszenie w spontaniczną podróż do ciepłych krajów. Natomiast problemy sercowe zawsze można zagłuszyć kolejną filiżanką pysznej czekolady i kawałkiem ciasta o uroczej nazwie. Przykładów nierealnego zachowania czy bardzo mało prawdopodobnego rozwoju wydarzeń mogłabym podać mnóstwo, ale przecież wszyscy wiedzą, że u tej pisarki tak już po prostu jest. I to od czytelnika zależy czy woli racjonalną, poukładaną rzeczywistość, w której absolutnie nie ma miejsca szaleństwa i nagłe zmiany, czy też od czasu do czasu ma ochotę przenieść się do świata znacznie prostszego i przyjemniejszego.

Nie przepadam za ociekającymi słodyczą historiami, w których bohaterom udaje się osiągnąć wszystko, czego zapragną. Jednak tę książkę potraktowałam bardziej jak baśń dla dorosłych i ciepłą opowieść o tym, że z każdej sytuacji można znaleźć wyjście i nigdy nie należy się poddawać. Wówczas przestały mnie drażnić naciągane rozwiązania, będące niezbędne do szczęśliwego zakończenia. Polubiłam bohaterki Sklepiku z niespodzianką. Zgodnie z tytułem książka skupia się na Adeli, ale nie oznacza to, że pisarka zapomniała o jej przyjaciółkach. Energiczne kobiety w różnym wieku pomagają sobie nawzajem, mimo że czasami wybuchają między nimi sprzeczki i kłótnie. Oczekiwałam nieco większego napięcia na linii Bogusia-Adela, ponieważ w pewnym sensie Wiktor jest kością niezgody między nimi, ale autorka raczej delikatnie zasygnalizowała ten wątek, pokazując że kobieca przyjaźń jest silniejsza niż zazdrość. Lepiej poznałam Adelę, zrozumiałam dlaczego w jej życiu nie było miejsca na miłość, ale mimo tego metamorfoza atrakcyjnej femme fatale w zwyczajną kobietę nie do końca mnie przekonała. Panna Niwska zbyt szybko zmieniła swoje podejście do bardzo wielu ważnych kwestii. Nie pojmuję też, z jakiego powodu postanowiła pozbyć się pięknego jaguara na rzecz zwyczajnego fiata pandy. Najwyraźniej Pani Michalak uważa, że luksusowe samochody nie pasują do szczęśliwych i spełnionych kobiet. Jednak postacią, która zaciekawiła mnie w tej części najbardziej jest Lidka. Dotychczas była to spokojna i życzliwa lekarka, która nie miała wielkiego wpływu na fabułę. Jednak teraz Lidka pokazała drugie, ciekawsze oblicze i mam nadzieję, że w kolejnej książce jej wątek został intrygująco rozwinięty. Zresztą zakończenie jest emocjonujące, więc na pewno nie będę czekać kolejnych dwóch lat, by przeczytać ostatnią powieść z cyklu.

Katarzyna Michalak pisze prosto, ale niewymuszenie. Nie skupia się na opisach, ponieważ więcej miejsca poświęca na dialogi czy też przepisy. Poprzednio autorka zdradziła receptury na słodkości do picia i jedzenia, teraz podzieliła się z czytelniczkami sposobami na niecodzienne kąpiele pomagające zachować urodę. Z przymrużeniem oka czytałam o wannach pełnych mleka czy roztapiających się żelków, traktując te fragmenty jako sympatyczny przerywnik. Sklepik z niespodzianką. Bogusia może zostać odebrany jako książka naiwna i banalna lub optymistyczna i dająca nadzieję. Mnie spodobała się taka bajkowa opowieść o sile miłości i przyjaźni, dzięki którym można przezwyciężyć każde kłopoty. Na jesienną chandrę to książka jak znalazł.

Ocena: 4 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwań: Trójka e-pik oraz Polacy nie gęsi

13 października 2013

Statek śmierci - Yrsa Sigurđardóttir


Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 334

W Lizbonie siedem osób weszło na pokład luksusowego jachtu z nadzieją, że za kilka dni znajdą się na Islandii. Gdy nocą do portu w Reykjaviku wpływa oczekiwany statek, okazuje się, że jest on pusty. Nigdzie nie ma śladów wypadku lub walki, wydaje się jakby ludzie, którzy nim płynęli po prostu wyparowali. Prawniczka Thora Gudmundsdottir została poproszona przez starsze małżeństwo o zbadanie sprawy, ponieważ na statku przebywał ich syn Egir z rodziną. Nikt nie ma pojęcia, co też przytrafiło się pasażerom i załodze. Może sztorm zmył ich z pokładu i wszyscy wylądowali w ciemnych, przeraźliwie zimnych wodach Oceanu Atlantyckiego? A może mieli wypadek, ale skorzystali z łodzi ratunkowych i wciąż czekają na pomoc? Teorie mnożą się w zastraszającym tempie, jednak racjonalnych wyjaśnień wciąż brak. Pewne jest natomiast to, że cokolwiek wydarzyło się w ciągu kilkudniowego rejsu, miało poważne konsekwencje dla wszystkich, którzy wybrali się w tę podróż.

Zaczynając lekturę Statku śmierci spodziewałam się świetnie napisanej, skomplikowanej i trzymającej w napięciu historii. W końcu autorką książki jest Yrsa Sigurđardóttir – pisarka, której jak na razie nie zdarzyło się stworzenie słabej czy niedopracowanej powieści. Nie myliłam się przewidując, że najnowsze dzieło dostarczy mi wielu mocnych wrażeń, rozbudzi wyobraźnię i zaspokoi apetyt na nieprzewidywalną intrygę. Islandzka autorka jest w znakomitej formie, jeśli uważacie się za fanów kryminałów oraz thrillerów, to nie możecie zwlekać z przeczytaniem tej książki. Gwarantuję, że już po poznaniu kilku pierwszych stron ciarki przejdą wam po plecach i poczujecie się nieswojo we własnym domu. Statek śmierci nie jest horrorem, ale podobnie jak w innych książkach Yrsy, w kilku fragmentach pojawiają się elementy budzące grozę, sugerujące obecność czegoś nadprzyrodzonego. Później autorka podsuwa logiczne wyjaśnienie, ale bardzo lubię tą lekką dwuznaczność, ponieważ czytelnik może wybrać czy przyjąć do wiadomości podszepty rozumu, czy jednak zostawić margines na pewną dozę niezwykłości.

W powieści przeplatają się dwa wątki, idealnie łączące się ze sobą na kilkudziesięciu ostatnich stronach. Pierwszym jest oczywiście śledztwo Tory, która próbuje ustalić czy rodzina jej klientów przeżyła podróż, czy jednak po drodze zdarzyło się coś, co wyklucza nadzieję na szczęśliwy powrót pasażerów statku. Drugi wątek koncentruje się właśnie na uczestnikach feralnego rejsu, co buduje ogromne napięcie. Czytając naprzemiennie o poczynaniach prawniczki i losach Egira oraz jego żony i córek, głowiłam się nad rozwiązaniem zagadki, ale oczywiście Yrsa wywiodła mnie w pole, ponieważ takiego obrotu spraw nie przewidziałam. Pisarka stopniowo ujawnia kolejne makabryczne szczegóły, podrzuca tropy i zostawia czytelnika ze świadomością, że na jachcie wydarzyło się coś okropnego. Na dodatek odbiorca poznaje sytuację z perspektywy Egira, który do ostatniej chwili nie ma pojęcia, o co chodzi i jak bronić się przed zagrożeniem. To wszystko sprawia, że lektura tej książki jest niesamowicie emocjonująca. Razem z bohaterem drżałam na dźwięk kroków za drzwiami, biłam się z myślami czy lepiej obserwować członków załogi, czy zamknąć się z rodziną w kajucie, by w razie czego móc ochronić najbliższych przed niebezpieczeństwem. Yrsa Sigurđardóttir mistrzowsko opisała zmianę jaka nastąpiła na statku. Początkowo miał to być zwyczajny rejs, nic nie zapowiadało kłopotów. Odległość dzieląca Islandię od Lizbony jest ogromna, ale na pokładzie luksusowej łodzi wszystko powinno pójść jak z płatka. Stopniowo Egira zaczęło ogarniać przeczucie, że jednak coś jest nie w porządku. Dziwne komunikaty radaru i innych maszyn naprowadzających, znikające z kajut przedmioty, a także podejrzane zachowanie załogi wzbudziły jego czujność. Czytając o tych pierwszych zapowiedziach tragicznych zdarzeń czułam się jakbym była obecna na pechowym statku. Udzieliła mi się atmosfera niepewności i narastającego zagrożenia. Niechętnie przerywałam lekturę, ponieważ historia napisana przez Yrsę całkowicie pochłaniała moją uwagę i nie pozwalała myśleć o obowiązkach czy nawet innych rozrywkach. Liczyło się tylko to, by jak najszybciej poznać zakończenie, dowiedzieć się jakie tajemnice skrywa luksusowy jacht.

Pisarka nie zapomniała również o Thorze Gudmundsdottir i jej dochodzeniu. Pisałam już kiedyś, że bardzo lubię tę postać, ponieważ kobieta jest samodzielna, bystra i dociekliwa. W Statku śmierci Thora nie ma tylu okazji, co zazwyczaj do popisania się swoimi zdolnościami, ale mimo tego z przyjemnością czytałam również rozdziały, w których to ona gra pierwsze skrzypce. Podoba mi się charakterystyka tej postaci i umiejętne dawkowanie informacji o jej życiu prywatnym. W powieściach Yrsy najważniejsza jest intryga kryminalna, więc akcja podporządkowana jest wydarzeniom związanym z aktualnie prowadzoną przez Thorę sprawą. Niemniej pisarka umiejętnie wplata też odniesienia do sytuacji rodzinnej prawniczki, jej zmagań z kapryśną sekretarką Bellą lub zwyczajnymi, prozaicznymi czynnościami. Te wiadomości umieszczone są gdzieś na marginesie, ale budują wieź czytelnika z postacią i sprawiają, że z sympatią myśli się o kolejnych książkach z serii. Mam nadzieję, że cykl będzie nadal rozwijany, na okładce tej pozycji zamieszczono informację, że wkrótce pojawią się dwa pełnometrażowe filmy oraz serial na podstawie książek Sigurđardóttir. Nie mogę się już doczekać premier. Statek śmierci po prostu mnie zachwycił. Nie znalazłam ani jednego niewiarygodnego fragmentu czy motywu, ani razu nie skrzywiłam się z niesmakiem, że coś tu nie pasuje. Wręcz przeciwnie, po raz kolejny dałam się porwać zajmującej historii i zaskakującemu finałowi. Pod względem językowym również niczego nie mogę tej powieści zarzucić. Autorka potrafi kreować atmosferę zagrożenia, opisywać makabryczne zdarzenia tak, że przed oczami stają konkretne, budzące przerażenie obrazy oraz łagodzić zbyt wielkie napięcie ironiczną czy humorystyczną uwagą. Yrsa jest jedną z bardziej utalentowanych pisarek kryminałów, więc nie zwlekajcie z poznaniem jej twórczości.

Ocena: 6 / 6

Cykl z Thorą Gudmundsdottir: 

1. Trzeci znak
2. Weź moją duszę

Książka przeczytana w ramach wyzwań: Trójka e-pik, Czytamy kryminały, Kryminalne wyzwanie

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater


5 października 2013

Garść informacji :)

Pierwsza informacja dotyczy konkursu urodzinowego. Niestety nikt się do niego nie zgłosił. Widocznie albo zadanie było zbyt trudne, albo nagrody nieciekawe. Trudno, blog skończył 3 lata, a książki zostają ze mną :P 

Druga ważna rzecz to nowy system komentowania. Wprowadziłam disqus, co pewnie już zauważyliście. Jeszcze do niedawna sama byłam przeciwna zmienianiu czegoś w kwestii komentarzy, ale disqus pojawił się na wielu blogach, do których regularnie zaglądam i przyznam, że spodobał mi się. Dzięki niemu można w łatwy sposób dowiedzieć się o odpowiedziach do swoich komentarzy, bez konieczności subskrybowania każdego posta, który nas zainteresował. Dopiero uczę się obsługi disqusa, więc jeśli zauważycie, że coś nie działa, coś można poprawić itd, to proszę o sugestię :) Zachęcam do utworzenia sobie własnego konta, żeby móc korzystać z udogodnień. Jeśli ktoś też chciałby zainstalować disgus na swoim blogu to polecam tę instrukcję. Gwarantuję, że dzięki niej nawet bez jakiejkolwiek informatycznej wiedzy poradzicie sobie z przenosinami komentarzy. 

Życzę udanego, obfitego w rewelacyjne lektury weekendu i oczywiście liczę na dyskusję :)

3 października 2013

Strefa szaleństwa - Joy Fielding


Wydawnictwo: Świat Ksiażki
Liczba stron: 352

Tytułowa „Strefa szaleństwa” to nazwa jednego z barów w Miami Beach, w którym główni bohaterowie spotykają się pewnego wieczoru. Jeff oraz jego przyjaciel Tom bardzo często przychodzą do tego lokalu w poszukiwaniu alkoholu i dobrej zabawy. Tym razem towarzyszy im Will – przyrodni brat Jeffa, który przed kilkoma dniami niespodziewanie przyjechał do Miami. Po kilku głębszych mężczyźni zauważają, że niedaleko nich siedzi piękna i najwyraźniej samotna kobieta. Postanawiają ją poderwać, a na dodatek robią zakład o to, komu uda się spędzić noc z tajemniczą nieznajomą. Przy pomocy barmanki Kristin nawiązują kontakt z śliczną Suzy, lecz nie wiedzą, że głupi i z pozoru niewinny zakład będzie miał ogromny wpływ na ich życie. Jeden wieczór spędzony w „Strefie szaleństwa” okaże się początkiem serii nieprzewidywalnych, dziwnych wydarzeń, których konsekwencji żadna z postaci nie przewidziała.

O twórczości Joy Fielding słyszałam wielokrotnie, czytałam też kilkanaście pochlebnych recenzji jej powieści, więc postanowiłam zapoznać się z którąś z książek i sprawdzić czy rzeczywiście pisarka potrafi kreować sensacyjne historie, w których zawiera trafne spostrzeżenia dotyczące ludzkich charakterów. Nie pamiętam z jakiego powodu kupiłam akurat Strefę szaleństwa, ale był to dobry wybór. Rozpoczęłam lekturę z zamiarem przeczytania dwóch lub trzech rozdziałów i odłożenia książki na później, ale tak bardzo pochłonęła mnie ta historia, że przerwałam czytanie dopiero, gdy uświadomiłam sobie, że niemal dwieście stron już za mną. Co ciekawe akcja powieści wcale nie rozwija się szybko. Tempo następujących po sobie zdarzeń jest średnie, również trudno o zaskoczenie na samym początku. A mimo to nie mogłam się oderwać od lektury. Wszystkiemu winne jest ogromne, wyczuwalne od pierwszej strony napięcie. Przeczucie, że wydarzy się coś złego nie opuszczało mnie już od fragmentu, w którym Jeff, Tom i Will zawierają znajomość z Suzy. Długo przyszło mi czekać na potwierdzenie obaw, ale finał jest naprawdę mocny. Opracowywałam różne warianty rozwiązania intrygi i dalszych losów bohaterów, jednak scenariusza wymyślonego przez Fielding się nie spodziewałam.

Powieść należy do historii jednowątkowych, a tym dość trudno utrzymać moją uwagę i zazwyczaj w połowie książki zaczynam narzekać na monotonię. W przypadku Strefy szaleństwa nic takiego nie miało miejsca, więc poczytuję to za dużą zaletę. Pisarka stworzyła wyrazistych, chociaż nieskomplikowanych bohaterów. Ten brak złożoności nie objawia się jednak tym, że łatwo odgadnąć jak postaci będą się zachowywać, ale sprawia, że postaci reprezentują pewne typy osobowości. Jeff jest nałogowym podrywaczem, nie przepuści żadnej atrakcyjnej kobiecie, mimo że ma już partnerkę. Mężczyzna wiele wycierpiał jako dziecko, gdy matka go porzuciła i zupełnie jak rzecz odesłała do domu ojca i macochy. Jeff potrzebuje nieustannego dowartościowania, które umie zapewnić sobie tylko poprzez jednonocne przygody. Jednak zaledwie po kilku spotkaniach z Susan coś się w nim zaczęło zmieniać. Czy to możliwe, żeby po raz pierwszy się zakochał? Jego przyrodni brat Will dorastał w poczuciu, że jest mięczakiem, maminsynkiem wymagającym ciągłej troski, dlatego z podziwem patrzył na starszego Jeffa. Próbował mu dorównać, pragnął wzorować się na jego zachowaniu, jednak w dorosłym życiu drogi braci rozeszły się na dobre.  Jego niespodziewany przyjazd do Miami Beach miał być drugą szansą, ostatnim momentem na złapanie kontaktu i naprawienie relacji, ale na drodze pojawiła się Susan, a braterska więź po raz kolejny została wystawiona na próbę. Natomiast Tom to przykład żałosnego, agresywnego nieudacznika, który psuje wszystko, czego się dotknie. Mężczyzna nie potrafi kontrolować swojego zachowania, jest nieprzewidywalnym i zdeprawowanym furiatem. W mojej ocenie to zdecydowanie najbardziej antypatyczna postać w powieści. Oczywiście nie zapominam także o Kristin i Susan, ale nie mogę zbyt wiele napisać na ich temat, żeby nie popsuć wam niespodzianki. Zdradzę jedynie, że postępowanie bohaterek dziwiło mnie do samego końca i to głównie dzięki nim powieść jest tak nieprzewidywalna.

Pierwsze spotkanie z pisarstwem Joy Fielding uważam za udane, chociaż Strefa szaleństwa nie ma szans na zapisanie się w historii literatury. Powieść nie jest wybitna pod żadnym względem, w niektórych miejscach autorce zdarzyły się też niewielkie potknięcia, ale nie sądzę, żeby miało to duże znaczenie, jeśli szukacie sensacyjnej opowieści na jeden wieczór. Pisarka poruszyła kwestie, takie jak skrywana zazdrość i narastające latami pretensje, przemoc domowa, wojenna trauma czy wpływ warunków w jakich dziecko dorasta na jego późniejsze życie. Niezaprzeczalnie są to tematy poważne i Fielding użyła ich w odpowiedni sposób, ale jej dzieła raczej nie można nazwać powieścią psychologiczną. Lepiej nastawić się na dobrze napisaną, ciekawą, ale czasami powierzchowną historię, o której dość szybko się zapomina. Pod względem językowym jest nieźle. Sposób wysławiania się i często używane zwroty zostały dopasowane do charakterów postaci. Jeff i Tom przerzucają się wulgarnymi żartami i niewybrednymi komentarzami, ale Will używa już zupełnie innego języka, co podkreśla jego indywidualność. Nie przypuszczałam, że ta książka za jednym zamachem skradnie mi kilka godzin wolnego czasu. Nie jest to historia doskonała, ale ma kilka naprawdę świetnych momentów. Jeśli tylko macie ochotę przenieść się do upalnego Miami Beach i poznać Susy, która zdecydowanie ukrywa coś przed swoimi nowymi znajomymi, to nie zwlekajcie zbyt długo – strefa szaleństwa już na was czeka.

Ocena: 4,5 / 6 

Dzisiaj jest ostatnia szansa na wzięcie udziału w konkursie!

29 września 2013

Arkadia - Iwona Michałowska


Wydawnictwo: Videograf
Liczba stron: 256

Helena trafiła do więzienia, ponieważ zabiła człowieka. Jednak kobieta nie pamięta ani tego zdarzenia, ani żadnego innego, bo regulamin placówki nakazuje poddawać zbrodniarki procedurze wymazania wszelkich wspomnień, żeby mogły wyzwolić się z grzechów przeszłości i zacząć wszystko od początku. Bohaterka nie ma pojęcia, kim jest, ile ma lat, jakie życie prowadziła wcześniej. Wie jedynie, że dopuściła się morderstwa i teraz musi ponieść karę za ten czyn. Życie w zakładzie nie należy do łatwych, ale za więziennymi murami też nie jest wcale lepiej. Liczne i rozległe powodzie systematycznie pozbawiają kolejne kontynenty ogromnych połaci ziemi. Woda wdziera się brutalnie na ląd, cywilizacja chyli się ku upadkowi, a wielkie miasta w niczym nie przypominają już zamożnych metropolii. Mimo tego Helena stopniowo buduje swoją tożsamość od nowa. Po pewnym czasie czuje się na swój sposób szczęśliwa i pogodzona z losem. Ale wtedy przychodzi cios, który odbiera bohaterce wszelką chęć do życia.

Sięgnęłam po powieść Iwony Michałowskiej głównie z powodu napisu na okładce, który teoretycznie nie pozostawia wątpliwości, co do gatunku tej historii. Pod tytułem widnieje bowiem hasło „powieść apokaliptyczna”. Skuszona obietnicą historii o upadku naszego świata i narodzinach nowego porządku, rozpoczęłam lekturę. Na początku byłam bardzo zadowolona i w krótkim czasie pochłonęłam kilkadziesiąt pierwszych stron. Niestety później z niepokojem zaczęłam zauważać, że Arkadia raczej nie jest powieścią apokaliptyczną jakiej się spodziewałam. Zamiast rozbudowanych opisów nowej rzeczywistości, struktur społecznych i wszelkich detali, które pomogłyby mi wyobrazić sobie ten inny świat, autorka umieściła bohaterki w zamkniętej przestrzeni i skupiła się na przedstawieniu łączących ich relacji. Kiedy zorientowałam się w jakim kierunku podąża historia, poczułam się trochę oszukana i zawiedziona, bo przecież nie tego oczekiwałam. Postanowiłam jednak dać tej książce szansę i czerpać przyjemność z poznawania postaci oraz zagłębiania się w ich uczucia. Udało się. Śledząc losy Heleny i innych więźniarek, zapomniałam o swoich wcześniejszych wymaganiach, pozwalając porwać się historii. Skłamałabym twierdząc, że wszystko mi się w niej podobało, ale elementów na plus jest wystarczająco dużo, żeby Arkadię polecić amatorom wzruszających opowieści o potrzebie miłości, akceptacji i zrozumienia.

Pozytywny lub negatywny odbiór tej książki w dużej mierze zależy od nastawienia czytelnika. Jeśli chcielibyście poznać oryginalną i dopracowaną wizję znanej nam cywilizacji, która stopniowo zanika to możecie się rozczarować, ponieważ Iwona Michałowska nie rozwinęła wielu istotnych motywów. Niewiele wiadomo o życiu na walczącej o każdy kawałek suchego lądu, przeludnionej Ziemi. Pisarka nie zdradziła odbiorcy od jak dawna trwa taka sytuacja, co ją spowodowało i czy ludzie podejmują jakiekolwiek działania, by wszystko wróciło do normalności. Podobnie jest z koncepcją resocjalizacji przestępców poprzez wymazywanie ich wspomnień lub całkowite kasowanie tożsamości. Helena, a także wszystkie inne więźniarki przeszły przez tak zwaną ciemnię, czyli miejsce, w którym pamięć zostaje usunięta, ale próżno szukać w powieści opisu działania tej metody. Tak po prostu jest i już. Podejrzewam, że autorka Arkadii po prostu nie chciała rozwijać powieści w tym kierunku, dlatego nie poświęciła zbyt wiele uwagi na opis realiów życia w wykreowanej przez siebie rzeczywistości. Zamiast tego opowiedziała historię o dokonywaniu wyborów moralnych, poczuciu solidarności, walce o godne warunki i wreszcie o poszukiwaniu miłości, nawet w okolicznościach wyjątkowo niesprzyjających uczuciom. Przed sięgnięciem po książkę warto więc wiedzieć, że jest to powieść, w której największy nacisk położono na psychikę bohaterów i ich sposób radzenia sobie w sytuacjach granicznych, takich jak pobyt w więzieniu, odseparowanie od ukochanej osoby, choroba najbliższych czy utrata wiedzy o własnej przeszłości.

Muszę przyznać, że autorka Arkadii wykreowała świetne bohaterki i nie na darmo używam rodzaju żeńskiego, bo to kobiety są w tej książce najważniejsze. Helena, inne dziewczyny z więzienia, dyrektorka zakładu, strażniczki i wychowawczynie stanowią niezwykle barwną galerię postaci. Kobiety niesamowicie różnią się między sobą. Każda z nich ma odmienny sposób na przetrwanie w trudnych czasach i inaczej radzi sobie z problemami. Wydawałoby się, że Helena jest złym człowiekiem, bo przecież dopuściła się zbrodni, ale jej zaangażowanie w poprawę warunków w więzieniu oraz troska o słabsze dziewczyny, przeczą temu wyobrażeniu. Również pozostałe przestępczynie często wykazują się znacznie większą empatią niż wychowawczynie, których zadaniem powinno być pomaganie skazanym w powrocie do życia w społeczeństwie. Iwona Michałowska opisała jak wygląda rzeczywistość, gdy trzeba dostosować się do narzuconych odgórnie nakazów i zakazów oraz nieustannie przebywać w otoczeniu wielu, niekoniecznie lubianych osób. Nietrudno o konflikty i zatargi, gdy górę biorą negatywne emocje. Wyizolowana grupa sprzyja też tworzeniu się hierarchii, w której zawsze ktoś musi stać najniżej i stanowić cel ataków osób potrafiących rozładowywać napięcie jedynie przez agresję i znęcanie się zarówno psychiczne jak i fizyczne nad słabszymi.

Rozpoczynając lekturę Arkadii nie spodziewałam się takiej dawki wzruszeń i refleksji. Pisarka poświęciła swoją książkę na analizę przeróżnych relacji jakie tworzą się między ludźmi. Pokazała jak w siłę rośnie nienawiść, jak zwycięża obojętność, ale przypomniała także, że istnieje jeszcze miłość, która daje siłę, nadzieję i pozwala przetrwać ciężkie chwile. Nawet, jeśli uczucie nie ma przyszłości i z góry wiadomo, że ktoś lub coś wkrótce zakochanych rozdzieli. Ogromną zaletą historii wykreowanej przez Iwonę Michałowską jest całkowity brak banałów, patosu oraz ckliwości. W tym przypadku opowieść o uczuciach została stonowana lekko szorstkim, potocznym językiem i dialogami, wśród których niewiele jest miłosnych wyznań czy zapewnień o ogromnej tęsknocie. Bohaterki przeżywają silne, skrajne emocje. W jednej chwili cieszą się bliskością ukochanej kobiety, a już za moment muszą pogodzić się z jej odejściem. Smutek, żałoba, rozgoryczenie, poczucie beznadziei mieszają się z przebłyskami radości, szczęścia oraz wiary w to, że można normalnie żyć, nawet jeśli domem stało się więzienie. Nie takiej historii spodziewałam się po Arkadii, ale absolutnie nie żałuję czasu poświęconego na jej przeczytanie.

Ocena: 4,5 / 6

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.


Przypominam o trwającym konkursie!