Smutek i rozkosz rozpoczyna się w momencie, gdy główna bohaterka zostaje opuszczona przez męża tuż po swoich czterdziestych urodzinach. Martha od zawsze czuła, że nie pasuje do otoczenia i nie umie odnaleźć się wśród innych ludzi, bo „coś” jest z nią nie tak. Nie miała ochoty ani studiować, ani pracować, ani podróżować, ani szukać przyjaźni i nowych znajomości. Martha wolała zaszyć się w swoim pokoju stopniowo pogrążając się w smutku i beznadziei. Wielokrotnie próbowała być taka jak inni, ale za każdym razem ponosiła porażkę. Dopiero najnowsza diagnoza psychiatryczna rzuca światło na jej chorobę, dając nadzieję, że kobieta będzie mogła wieść stabilne życie. Tylko czy jeszcze nie jest za późno na to, co dla niej najważniejsze?
Mam ambiwalentne odczucia względem tej powieści, ponieważ uważam, że byłaby znacznie ciekawsza gdyby została lepiej napisana. Opis fabuły jest lakoniczny nie tylko w obawie przed spoilerami, ale również dlatego, że w książce tak naprawdę nie dzieje się wiele. Prawie wszystko jest przedstawione w taki sposób, że główna bohaterka w zasadzie opowiada swoje życie. Byłam bardzo, ale to bardzo rozczarowana kiedy po wyrazistym początku, czyli momencie, gdy Patrick odchodzi od Marthy nastąpiło cofnięcie do czasów dzieciństwa bohaterki, potem lat nastoletnich, okresu studiów, pierwszych nieudanych związków i beznadziejnych niskopłatnych prac. To nawet nie są retrospekcje, które przeplatałyby się z wątkiem teraźniejszym tylko przez ¾ powieści Martha relacjonuje na co poświęciła 40 lat swojego życia. To jest oczywiście moment, w którym powinnam zżyć się z postacią, zrozumieć jej rozterki, problemy oraz wczuć się w epizody tajemniczej choroby wyłączającej ją z wszelkich aktywności. Niestety tak się nie stało, więc przez pierwsze 40 % lektury na poważnie zastanawiałam się czy nie przestać się męczyć i nie porzucić czytania. Nie zrobiłam tego, bo naprawdę nie lubię zostawiać niedokończonych książek, ale byłam mocno sfrustrowana tą historią.
Kiedy wspomniałam o relacjonowaniu to dokładnie tak wygląda treść powieści. Zamiast interesującego przedstawienia członków rodziny Marthy, ważnych dialogów czy opisu przełomowych momentów, dostałam suchą kronikę, z której dowiemy się, że kobieta nie znosi swojej matki, ma teoretycznie dobry kontakt z siostrą, ale w praktyce w ogóle nie widać ich rzekomej bliskości, całymi dniami nie robi nic konstruktywnego i zdaje się, że nikt z bliskich nie widzi w tym nic dziwnego. Oczywiście są też wzmianki o partnerach, ale tak wyzute z emocji, że te związki Marthy przypominają bardziej kontrakty niż relacje zbudowane na uczuciach. Zanim doczytałam do momentu, w którym Patrick zostaje mężem kobiety to prawie umarłam z nudów. Uważam, że dużo lepiej byłoby, gdyby autorka oddała głos innym postaciom, pozwalając spojrzeć na protagonistkę ich oczami. Być może wówczas lepiej zrozumiałabym dynamikę ich relacji, ale też z większą ciekawością czytałabym o losach poszczególnych postaci.
Z drugiej jednak strony autorka poruszyła ważny temat, przez co powieść miała lepsze momenty, coś na kształt przebłysków sprawiających, że mimo wszystko czytałam dalej. Pomimo całego mojego znużenia oraz niechęci do Marthy, współczułam jej choroby i wydawało mi się, że momentami rozumiem jej postępowanie. Największy plus Smutku i rozkoszy to właśnie zwrócenie uwagi na temat zaburzeń psychicznych oraz pokazanie jak rujnują życie osoby nimi dotkniętej. Otoczenie mówi kobiecie, żeby wzięła się w garść, żeby zaczęła żyć jak inni. Bliscy ją wspierają, ale jednocześnie czują się bezsilni oraz zmęczeni ciągłymi atakami smutku, płaczu; tym, że Martha tygodniami nie wychodzi z domu albo w ogóle nie jest w stanie wstać z łóżka. Meg Mason celowo nie podaje nazwy choroby na jaką cierpi bohaterka, ale wydaje mi się, że zostawia dość czytelne wskazówki. Podobał mi się wątek „przebudzenia” Marthy, bo kiedy dostaje wreszcie diagnozę oraz rozpoczyna leczenie to nagle wszystkie elementy układanki zaczynają wskakiwać na swoje miejsce, a kobieta odzyskuje kontrolę nad sobą. Plus za zakończenie, ponieważ nie jest cukierkowe, ale daje nadzieję na to, że nigdy nie jest za późno na działanie, leczenie, otrząśnięcie się z poważnych problemów i trudnych sytuacji.
Trudno mi natomiast ocenić wątek macierzyństwa, który początkowo wydaje się dość marginalny. Ot, siostra Marthy jest matką czwórki dzieci, ale bohaterka nie chce własnego potomstwa i wydaje się, że to jej świadoma decyzja. Natomiast pod koniec powieści autorka serwuje jakiś fikołek logiczny pod tytułem (SPOILER): „jednak Martha od zawsze pragnęła zostać matką”. Nigdzie wcześniej nie jest to zasygnalizowane, więc dla mnie taki zwrot akcji nie ma sensu. Kiedy kobieta zachodzi w niechcianą ciążę, jest przerażona tym faktem i komunikuje mężowi, że dokona aborcji. Ostatecznie nie musi wybierać się na zabieg, bo traci ciążę naturalnie. Rozumiem, że odczuwa silne emocje związane z tym zdarzeniem i w jakiś sposób tęskni za nienarodzonym dzieckiem, ale to wszystko jest przedstawione w formie mieszanki trudnych emocji i opisywania Marthy jako przybitej faktem poronienia, ale jednocześnie czującej ulgę, że nie będzie mieć dziecka. Pod koniec historii dowiadujemy się natomiast, że Martha rzekomo zawsze pragnęła potomstwa tylko powstrzymywała się przed tą decyzją z powodu swojej choroby. I nagle mamy przyjąć, że największym marzeniem kobiety jest urodzenie dziecka. Jakim cudem? Skąd taki wątek skoro wcześniej wielokrotnie jest powiedziane, że pozostaje bezdzietną z wyboru?
Dziwna jest to książka i nie do końca potrafię się do niej ustosunkować. W opisie wydawcy pojawia się informacja, że to zabawna historia. Moim zdaniem zupełnie nie, ponieważ to gorzka i smutna opowieść, w której nie ma nic zabawnego. Nie polecam, ani nie odradzam lektury, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że autorce po prostu zabrakło umiejętności pisarskich i gdyby lepiej rozłożyła akcenty fabularne albo miała bardziej zajmujący styl, historia trafiłaby do mnie bardziej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz