7 kwietnia 2026

Piękna brzydota - Alice Feeney

 

Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 368 
Pierwsze wydanie: 2025
Polska premiera: 2025 

Grady Green jest poczytnym pisarzem i szczęśliwym mężem. Kiedy pewnego wieczoru otrzymuje od wydawcy wiadomość, że jego książka znalazła się na liście bestsellerów New York Timesa natychmiast dzwoni do żony, żeby jej o tym powiedzieć. Abby odbiera telefon, gratuluje, zapewniając, że już wraca do domu i zaraz będzie na miejscu. Rozmowę przerywa jednak dziwne zdarzenie. Abby dostrzega leżącą na drodze kobietę, więc zatrzymuje samochód i wychodzi, żeby sprawdzić, co się stało. Grady ma złe przeczucia, błaga ukochaną, żeby zadzwoniła po odpowiednie służby z samochodu. Jednak kobieta ignoruje jego ostrzeżenia, wysiada i… słuch po niej ginie. Policja znajduje tylko porzucony pojazd oraz czerwony płaszcz należący do Abby. Mija rok. Grady jest cieniem samego siebie. Zrozpaczony, pogrążony w czymś na kształt żałoby, mimo że ciała żony nie odnaleziono, ogarnięty absolutną niemocą twórczą i długami. Jego agentka daje mu ostatnią szansę, proponując wyjazd do domku ulokowanego na maleńkiej szkockiej wyspie o nazwie Amberly. Grady przyjmuje propozycję, mając nadzieję, że zmiana otoczenia pomoże mu wrócić do pisania. Okazuje się jednak, że wyspa ma swoje tajemnice, a bohater coraz bardziej zatraca się w swojej tęsknocie, bo tuż po przyjeździe widzi kobietę wyglądającą dokładnie tak jak Abby.

To moje drugie spotkanie z twórczością Alice Feeney i drugi raz zostałam oszukana. Podobnie jak w Papier, kamień, nożyce rozwiązanie intrygi oraz większość zwrotów akcji opiera się na tym, że pisarka na początku podaje pewien zestaw informacji na temat bohaterów, potem rozwija historię zgodnie z tymi faktami, a następnie wszystko kwestionuje, zaprzeczając sama sobie. Mam wrażenie, że tak postępuje teraz co drugi popularny autor thrillerów (np. Freida McFadden, Riley Sager, Ruth Ware, a z polskiego podwórka Izabela Janiszewska), więc nie wiem czy to ja nie rozumiem już konwencji gatunkowej, czy jednak wymagania czytelników obniżyły się do tego stopnia, że nie trzeba tworzyć spójnej i sensownej historii, bo ważne, żeby końcowy plot twist był szokujący. Ostrzegam, że w recenzji pojawiają się spoilery, ponieważ czuję się w obowiązku wytłumaczyć, dlaczego podważam logikę tej powieści.

Kiedy zaczęłam czytać i okazało się, że podobnie jak w Papier, kamień, nożyce znów głównym bohaterem jest pisarz w kryzysie twórczym, który znajduje się w niemalże odciętym od świata miejscu, a jego towarzyszem jest czarny labrador, mina mi zrzedła. Obawiałam się powtórki z rozrywki i w zasadzie nie myliłam się. Nie wiem czy w każdej książce autorka serwuje ten sam zestaw tematów, ale podobieństwo między tymi dwiema historiami jest uderzające. Pomimo tego byłam zadowolona z lektury przez jakiś czas, ponieważ lubię opowieści o bohaterach trafiających w nowe, dziwne miejsca, z których nie tak łatwo się wydostać. Opisy wyspy Amberly z jej piękną przyrodą na czele oraz nieprzewidywalną pogodą bardzo do mnie trafiły, podobnie jak rzucane co jakiś czas uwagi, że mieszkańcy tego urokliwego zakątka są dość osobliwi. Grady ma wrażenie bycia obserwowanym, niby wszyscy są uprzejmi i chętni do rozmowy, ale jednocześnie między wierszami dają mu odczuć, że jego obecność im przeszkadza. Na dodatek dość szybko okazuje się, że opuszczenie Amberly nie będzie takie proste, a łączność ze stałym lądem można uzyskać jedynie za pośrednictwem listów odbieranych przez łódź pocztową.

Przez ten czas akcja toczy się dość powoli, ale nie przeszkadzało mi to. Doceniam horrorową atmosferę wprowadzaną za każdym razem, kiedy bohater czuje się nieswojo w otoczeniu starych drzew, gdy gubi drogę, bo nagle pojawiła się mgła uniemożliwiająca odnalezienie ścieżki czy znajduje w domu coś, czego na pewno wcześniej tam nie było. Od początku Grady kreowany jest na postać, której czytelnik współczuje. Wielokrotnie zostaje podkreślone w narracji, że mężczyzna bardzo kochał swoją żonę i nie potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji. Wprawdzie później wychodzą na jaw pewne rysy na ich pozornie idealnym związku, ale autorka nie daje żadnej wskazówki, by podejrzewać, że Grady mógł skrzywdzić Abby. Niestety to właśnie na tym założeniu opiera się zwrot akcji oraz rozwiązanie intrygi. Być może niektórzy spróbują wyjaśniać ten zabieg istnieniem narratora niewiarygodnego, ale w moim odczuciu jest różnica pomiędzy takim przedstawieniem wydarzeń czy postaci, by zaskoczyć czytelnika manipulacją lub ukazaniem jednostronnej perspektywy, a podawaniem kompletnie fałszywych informacji. Oceńcie sami:

W pierwszym rozdziale dowiadujemy się, że Grady dzwoni do żony, żeby pochwalić się dobrymi nowinami. Oboje rozmawiają miło, jest powiedziane, że mężczyzna znajduje się w domu, a Abby w samochodzie, ale za chwilę też do domu dotrze. Małżonkowie rzekomo ciągle są na linii, kiedy Abby mówi, że na drodze leży jakaś kobieta. Grady krzyczy do niej, żeby pod żadnym pozorem nie wysiadała, ale ona go nie słucha i podchodzi do ciała. Przerażony Grady słyszy w słuchawce czyjeś kroki, ale Abby nie odpowiada. Wybiega więc z domu i gdy dociera do feralnego miejsca, widzi porzucony samochód i ani śladu żony. Tak autorka przedstawia okoliczności zaginięcia, pokazując czytelnikowi relacje między bohaterami i ustanawiając punkt wyjścia całej opowieści. W zakończeniu okazuje się natomiast, że to Grady w kobiecym przebraniu (!!!) leżał na tej drodze, czekając na samochód Abby i kiedy żona wysiadła z intencją udzielenia pomocy nieznajomej, bohater przytknął jej do nosa nasączoną chloroformem szmatkę i zepchnął z klifu. Abby okazała się jednak na tyle wysportowana, że spadając, przytrzymała się gałęzi(!!!), a następnie wdrapała na górę, skontaktowała się ze swoją matką chrzestną (a jednocześnie agentką Grady’ego) i wylądowała na wyspie Amberly. Mam uwierzyć w to, że Abby nie zorientowała się, że leżąca na drodze „kobieta”, to jej mąż, który na dodatek krzyczy do słuchawki? Grady zdążył w jednej sekundzie otumanić żonę chloroformem i zepchnąć ją z klifu, ale nie sprawdził czy rzeczywiście spadła? Abby posiada jakieś nadludzkie moce, że odurzona „łapie się gałęzi”, a potem jakby nigdy nic wraca na drogę? To przecież nie ma żadnego sensu.

W książce jest mnóstwo takich idiotycznych zwrotów akcji i część wynika właśnie z oszukiwania czytelnika. Drugi przykład to rozdziały pisanie z perspektywy Abby, w których kobieta rzuca nieco światła na swoje małżeństwo. To z tych fragmentów dowiadujemy się, że bohaterka od dawna czuje się przytłoczona, nieszczęśliwa, a przede wszystkim pragnie zostać matką, co jest problemem, bo jej mąż dzieci nie chce. W finale okazuje się, że to wcale nie Abby-żona Grady’ego jest bohaterką tych rozdziałów tylko Abby-matka chrzestna i agentka literacka, która wprawdzie do tej pory miała na imię Kitty, ale teraz nagle czytelnik dostaje informacje, że Kitty to tylko pseudonim, a kobieta ma na imię Abby. To oznacza, że wszystkie informacje jakie przyswoiliśmy z retrospekcji (która swoją drogą rozgrywa się na tydzień przed zaginięciem) na temat małżeństwa Grady’ego i Abby są nieprawdziwe, bo to Kitty opisuje swoje byłe małżeństwo z pewnym poczytnym pisarzem. Jak można takie głupoty wciskać? Uwielbiam jak autor sprytnie zwodzi czytelnika, jak umieszcza drobne sugestie w różnych miejscach powieści, żeby potem ujawnić misterną intrygę. Natomiast Alice Feeney ucieka się do oszustwa. Nie sztuką jest napisanie thrillera tak, żeby uzyskać zaskakujące zakończenie, kiedy w ogóle nie bierze się pod uwagę logiki wydarzeń oraz wiarygodności zachowania postaci, które zostały wykreowane.

W Pięknej brzydocie jest jeszcze kilka innych irytujących nieścisłości psujących odbiór, np. podobał mi się pomysł na opisanie społeczności złożonej z samych kobiet, które miały tak złe doświadczenia z mężczyznami, że postanowiły zamieszkać z dala od nich. Po co jednak dodawać do tego wątek mężczyzny potrzebnego, żeby na tę społeczność zarabiał? Autorka lubuje się też w telenowelowych rozwiązaniach, bo oprócz przebieranek i usypiania chloroformem mamy też ciążę z zaskoczenia, duchy domagające się sprawiedliwości, mężatki tworzące lesbijskie związki, molestowanie seksualne i traumy z przeszłości. Brakowało tylko, żeby któraś z postaci cierpiała na utratę pamięci. Drugie spotkanie z twórczością Alice Feeney uważam za nieudane, bo wszystkie plusy bledną przy tym cwaniackim przepisie na zaskakiwanie czytelnika. Najchętniej dałabym sobie spokój z książkami autorki, ale mam w swoich zbiorach jeszcze dwie, więc pewnie kiedyś po nie sięgnę.

Ocena: 2 / 6 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz