17 sierpnia 2013

Pożegnanie z Afryką - Karen Blixen


Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 304

Pożegnanie z Afryką to autobiograficzna powieść, przybliżająca losy Karen Blixen – duńskiej baronowej, która kilkadziesiąt lat życia spędziła na farmie kawy w Kenii. Autorka spisała najważniejsze wydarzenia, anegdoty, a także przemyślenia i refleksje na temat mieszkańców Afryki. Jej działo zyskało ogromną popularność, do historii przeszła też ekranizacja, w której główne role otrzymali Meryl Streep i Robert Redford. Film widziałam wiele lat temu i słabo go pamiętam, ale z tego, co zdążyłam się zorientować historia zilustrowana na ekranie znacznie różni się od wydarzeń z powieści. Przede wszystkim u Blixen nie ma wątku miłosnego, jej opowieść skupia na Czarnym Lądzie i jemu jest całkowicie podporządkowana. Autorka wprowadza czytelnika w swój świat dzięki bogatym opisom przyrody, tradycji tubylczych plemion oraz charakterystyce ludzi mieszkających i pracujących na farmie. Przez kilkanaście lat samodzielnego prowadzenia farmy Karen Blixen poznała nie tylko obyczaje, ale również mentalność Masajów i Kikujusów, co pozwoliło jej dostrzec różnice między afrykańskim a europejskim stylem życia w pierwszej połowie XX wieku.

Mam problem z oceną tej książki, ponieważ niemal w równym stopniu mnie oczarowała, co znudziła. Zdaję sobie sprawę, że wydaje się to niezrozumiałe, a nawet niemożliwe, ale takie właśnie odczucia towarzyszyły mi od pierwszej strony powieści. Zachwyciłam się pięknymi, bardzo pobudzającymi wyobraźnię opisami kenijskiego krajobrazu, w którym dominują ogromne góry Ngong; wspomnieniami afrykańskiego klimatu z czystym i orzeźwiającym powietrzem na wysokości oraz palącym słońcem na równinie, a także wtrąceniami o majestatycznych, dumnych, ale bardzo niebezpiecznych zwierzętach, które autorka kilkukrotnie spotkała na swojej drodze. Zainteresowanie wzbudziły również fragmenty, poświęcone różnicom w pojmowaniu i postrzeganiu świata przez tubylcze plemiona oraz coraz liczniej przybywających na ich ziemie Europejczyków. Kikujusi odznaczają się zupełnie innym poczuciem sprawiedliwości niż biali ludzie. Dla mieszkańca Europy kontekst, w jakim zbrodnia została popełniona oraz motywy sprawcy są kluczowe w orzekaniu o winie lub niewinności. Natomiast w Afryce wygląda to zupełnie inaczej. Nieważne czy śmierć człowieka nastąpiła w wyniku nieszczęśliwego wypadku czy było to zabójstwo z zimną krwią, ponieważ istotne jest to, by rodzina zmarłego otrzymała odszkodowanie. Każde przewinienie musi zostać opłacone odpowiednią ilością bydła i kóz nawet, jeśli trudno obarczyć odpowiedzialnością za tragiczne zdarzenie konkretną osobę. Oczywiście takich przykładów odmienności jest w książce więcej. Karen Blixen przybliża stosunek Afrykańczyków do śmierci, do ich zależności od kaprysów białego człowieka, a także do bogactwa i wszelkich dóbr materialnych. Cenię tę powieść właśnie za refleksje o codzienności w Afryce i przypomnienie, że człowieka i przyrodę łączy magiczna, nierozerwalna więź.

Niestety równocześnie z zainteresowaniem odczuwałam także nudę wynikającą z bardzo spokojnej i pozbawionej napięcia narracji. Często zabierałam się za czytanie Pożegnania z Afryką z musu, ponieważ nie chciałam porzucać lektury bez dobrnięcia do ostatniej strony. Historia Karen Blixen nie wzbudziła we mnie takich emocji, na jakie byłam nastawiona. Jej obserwacje i przemyślenia są ciekawe, jednakże zabrakło dynamizmu, bym nie mogła się od książki oderwać lub myślała o opisanych wydarzenia po odłożeniu powieści na bok. Przeszkadzała mi także bardzo skąpa ilość informacji, jakie autorka zawarła o sobie samej. W książce Blixen nie ma ani słowa na temat okoliczności przyjazdu narratorki do Afryki czy początków samodzielnego zarządzania farmą. Rozpoczynając znajomość z tą powieścią czytelnik od razu zostaje rzucony na głęboką wodę. Karen Blixen jest właścicielką farmy i to właściwie wszystko, co o niej wiadomo. Trudno także o jednoznaczne stwierdzenie, jaki duńska baronowa miała stosunek do Afrykanów pracujących na farmie. Z jednej strony była przywiązana do niektórych osób, zawoziła swoich ludzi do szpitala, gdy zaszła taka konieczność; wstawiała się za nimi w urzędach czy rozsądzała wybuchające często między Kikujusami spory. Ale z drugiej, czasami wyczuwałam w niej wyższość i niechęć do tubylczej ludności. Rozumiem, że niemal sto lat temu stosunek Europejczyków do mieszkańców Czarnego Lądu był zupełnie inny niż obecnie, jednak pewne stwierdzenia autorki mi się nie podobały.

Plusem recenzowanej książki z pewnością jest styl, w jakim została napisana. Zazwyczaj powieści autobiograficzne, opierające się w dużej mierze na relacjach z pobytu w egzotycznych miejscach, cechują się prostymi, czasami nieporadnymi opisami. W przypadku Pożegnania z Afryką nie ma mowy o braku finezji czy zdolności pisarskich. Karen Blixen potrafi zauroczyć swoją opowieścią zarówno, gdy szczegółowo odtwarza jakieś ważne wydarzenia jak i przedstawia krótkie, anegdotyczne opowiastki. Mimo tego brakowało mi szybszego tempa akcji i większej koncentracji na uczuciach i emocjach bohaterów. Spodziewałam się, że pierwszoosobowa narracja umożliwi mi dokładne poznanie świata Blixen. Niestety tak się nie stało i bardzo nad tym ubolewam, bo autorka tej książki pisać potrafi i na pewno podołałaby takiemu wyzwaniu. W ostatecznym rozrachunku Pożegnanie z Afryką ma, moim zdaniem, więcej plusów niż minusów, ale uprzedzam, że nie jest to porywająca czy głęboko poruszająca książka. Odznacza się kilkoma naprawdę dobrymi momentami, zawiera intrygujące i pouczające spostrzeżenia, pozwalające spojrzeć na Afrykę z innej perspektywy, ale wyraźnie dostrzegalne są również mankamenty. Jeśli oczekujecie książki skupionej tylko i wyłącznie na niektórych aspektach afrykańskiej rzeczywistości w latach 20. i 30. XX wieku, to historia napisana przez Karen Blixen prawdopodobnie będzie Wam się podobać. Jednak licząc na coś bardziej rozbudowanego, zawierającego szerszy kontekst i bogatszą charakterystykę bohaterów, powinniście poszukać innej opowieści.

Ocena: 4 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik

12 sierpnia 2013

Spójrz na mnie - Yrsa Sigurđardóttir


Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 464


Na książkach Yrsy Sigurđardóttir jeszcze nigdy się nie zawiodłam, więc należy ona do niezbyt licznego grona moich ulubionych pisarzy, po których powieści sięgam bez jakichkolwiek obaw. Spójrz na mnie to już piąta odsłona przygód Thory Gudmundsdottir – prawniczki w średnim wieku, wykazującej ogromny zapał do podejmowania niejasnych i skomplikowanych kryminalnych spraw. Tym razem z Thorą kontaktuje się osadzony w szpitalu psychiatrycznym więzień, który chciałby, żeby sąd ponownie przyjrzał się śledztwu dotyczącemu tragicznego pożaru ośrodka dla niepełnosprawnych. Przed rokiem doszczętnemu spaleniu uległa nowoczesna placówka dla ciężko chorych, a odpowiedzialnością za to wydarzenie obarczono młodego chłopaka cierpiącego na zespół Downa. Thora zgadza się przyjrzeć tej sprawie bliżej, ale początkowo jest sceptycznie nastawiona do możliwości przeprowadzenia rewizji. Dopiero z czasem odkrywa jak wiele rzeczy w śledztwie zostało zaniedbanych i zbyt szybko wyciszonych. Sąd orzekł, że chłopak z zespołem Downa z premedytacją pozbawił życia kilku osób, podpalając cały budynek, ale według prawniczki wydarzenia przebiegły zupełnie inaczej.

Uwielbiam powieści Sigurđardóttir, ponieważ od pierwszej do ostatniej strony są skupione na wątku kryminalnym. Pisarka nie próbuje wciskać kilku historii na raz, nie wprowadza mnóstwa postaci, nad którymi trudno później zapanować i nie stara się wypełnić książki mało znaczącymi wydarzeniami. A przy tym konstruuje fabuły skomplikowane, inteligentne, motywujące czytelnika do ruszenia głową i samodzielnego wytypowania mordercy. Od tej charakterystyki nie odbiega również recenzowana książka, co po raz kolejny utwierdziło mnie w przekonaniu, że królowa nordyckiego kryminału jest tylko jedna. Spójrz na mnie ma rewelacyjny początek, dzięki któremu historia zaintrygowała mnie od pierwszego zdania. Kilka rozpoczynających powieść stron, to ukłon w stronę klasycznego ghost story i mimo że później autorka skierowała fabułę na tory kryminalne, to wątek nadprzyrodzony ciągle miałam w pamięci i z niecierpliwością czekałam na połączenie tych dwóch spraw. Oczywiście książka skupia się na próbie dowiedzenia niewinności niepełnosprawnego umysłowo chłopca i wszelkie horrorowe motywy znajdują się na marginesie, ale nie ukrywam, że takim wstępem powieść od razu zaskarbiła sobie moją przychylność.

Jak się okazało później pierwsze wrażenie było jak najbardziej trafne, ponieważ nie mogłam się od lektury oderwać i najchętniej całość przeczytałabym w ciągu kilku godzin. Z jednej strony wszystko w tej historii wydaje się jasne. Skazany na pobyt w zakładzie psychiatrycznym Jakob prawdopodobnie nie był zdolny do świadomego podpalenia ośrodka i zamordowania ciężko chorych pensjonariuszy. Należy, więc wysnuć wniosek, że zabójca wciąż jest na wolności, a niedopatrzenia policjantów i prawników nie wynikają jedynie z ich opieszałości. Ale z drugiej strony, pojawiają się przesłanki poddające w wątpliwość wcześniejsze założenia. Czytając Spójrz na mnie często zmieniałam zdanie, co do okoliczności pożaru i późniejszych wydarzeń, a i tak nie udało mi się rozwiązać zaserwowanej przez islandzką pisarkę zagadki. Yrsa Sigurđardóttir przygotowała bowiem zawiłą i wieloaspektową intrygę, w którą zamieszani zostali przeróżni bohaterowie. Dzięki temu odgadnięcie któregoś z motywów lub przewidzenie rozwoju wypadków w jakimś momencie, nie psują przyjemności płynącej z poznawania zaskakujących rozwiązań. Autorka umiejętnie dawkuje fakty, podsyca ciekawość i trochę bawi się z czytelnikiem, pozwalając mu czasami nabrać przekonania, że wszystkie elementy układanki już dopasował, zyskał pełen ogląd sytuacji. Dopiero później Yrsa ujawnia prawdziwe, budzące grozę wyjaśnienie.

Główną bohaterkę darzę dużą sympatią, ponieważ Thora jest kobietą zdecydowaną, odważną, inteligentną i znającą się na swoim fachu. Ponadto potrafi zachować zimną krew, gdy tego wymagają okoliczności i nie waha się podjąć zadania trudnego czy z pozoru beznadziejnego. Wydaje mi się, że Thora budzi pozytywne odczucia u wielu czytelników, ponieważ autorka wykreowała bardzo prawdziwą i uniwersalną postać prawniczki, mającej takie same rozterki, smutki czy radości jak każdy normalny człowiek. Podobnie odbieram nieco zwariowaną rodzinkę bohaterki i w tej części brakowało mi większej koncentracji na dzieciach Thory, jej kilkuletnim wnuku czy wreszcie partnerze, który z racji tego, że nie jest Islandczykiem, czasami popełniał zabawne gafy. W Spójrz na mnie niewiele fragmentów autorka poświęciła postaciom drugoplanowym, całą uwagę skupiając na sprawie Jakoba i jego udziale w podpaleniu. Pisarka wyraźnie zaznaczyła również wpływ światowego kryzysu na gospodarkę Islandii. Do tej pory większość obywateli żyła na średnim lub wysokim poziomie, ale po upadku systemu bankowego ich sytuacja diametralnie się zmieniła. Nie wszyscy bohaterowie potrafią sobie poradzić z trudnościami lub pogodzić się z tym, że w gorszych czasach państwo wspiera ośrodki dla niepełnosprawnych zamiast bankrutujących obywateli.

Stosunek do osób niepełnosprawnych umysłowo lub fizycznie to kolejny ważny temat podjęty w tej powieści. Yrsa Sigurđardóttir pokazuje, że ludzie mają problem z zajęciem jakiejkolwiek postawy wobec osoby, która cierpi na różne dysfunkcje. Jedni obawiają się, że nieznajomość odpowiedniego słownictwa może urazić i sprawić ogromną przykrość, inni natomiast nie mają ani krzty wrażliwości i uważają, że chorującego, np. na autyzm można traktować przedmiotowo. Pisarka nie unika także opisywania bolesnych doświadczeń, jak ból po stracie dziecka czy wymagających wiele dyplomacji kontaktów z osobą, która może komunikować się ze światem jedynie poprzez ruchy gałek ocznych. Książka zawiera także opis bulwersujących praktyk, do jakich dochodziło w ośrodkach i zakładach, mających z założenia stanowić azyl dla niepełnosprawnych. Spójrz na mnie to fantastyczna, sprawnie napisana historia kryminalna, poruszająca także zagadnienia trudne, ale niezwykle istotne. Islandzka pisarka po raz kolejny udowodniła, że ma prawdziwy talent i potrafi sprawnie połączyć obserwacje dotyczące całego społeczeństwa z zaskakującą i zawiłą intrygą, w którą zamieszani są niemal wszyscy bohaterowie. Jeśli jeszcze nie mieliście sposobności, by poznać twórczość Yrsy Sigurđardóttir, to najwyższy czas pomóc losowi i taką okazję stworzyć. Gwarantuję, że się nie zawiedziecie na jej powieściach.

Ocena: 5 / 6

Cykl z Thorą Gudmundsdottir:

1. Trzeci znak
2. Weź moją duszę
5. Spójrz na mnie
6. Statek śmierci 

5 sierpnia 2013

Jeśli tylko potrafiłyby mówić - James Herriot


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 268

Od czasu, gdy wyrosłam z książek dla dzieci i przestałam czytać bajkowe historie o mówiących czworonogach, ożywionych przedmiotach czy innych osobliwościach, nie sięgnęłam po opowieść, w której zwierzęta byłyby głównymi bohaterami. A szkoda, bo recenzowana książka udowodniła, że poznawanie przygód zwierzaków może dostarczyć wielu wzruszeń i pozytywnych emocji także dorosłemu czytelnikowi. Pierwszą powieść z cyklu Wszystkie stworzenia duże i małe nabyłam jakiś czas temu pod wpływem pozytywnej recenzji opublikowanej na jednym z blogów i mglistego wspomnienia serialu emitowanego dawno temu w telewizji. Swoim zwyczajem, ukryłam ją wśród mnóstwa innych nieprzeczytanych pozycji, odkładając na bliżej nieokreśloną przyszłość. Dzięki wyzwaniu czytelniczemu, tym razem stawiającemu wymóg poznania powieści ze zwierzęcym bohaterem, przypomniałam sobie o tej lekturze i przenosiłam się do spokojnego, angielskiego miasteczka, w którym świeżo upieczony lekarz weterynarii podejmuje pierwszą pracę.

James Alfred Wight piszący pod pseudonimem James Herriot stworzył bohatera, będącego jego alter ego. Dwudziestotrzyletni młody mężczyzna przybywa do niewielkiego osady Darrowby położonej w Yorkshire. Jest rok 1937, zdobycie pracy w zawodzie weterynarza graniczy z cudem, ale Jamesowi udaje się dostać posadę asystenta u doktora Siegfrieda Farnona – impulsywnego, ale sympatycznego i cieszącego się szacunkiem farmerów miejscowego weterynarza. Herriot jest ogromnie szczęśliwy z powodu zatrudnienia, chciałby jak najszybciej przekuć nabytą na studia wiedzę teoretyczną w praktykę, ale zanim to będzie możliwe, musi przekonać do siebie mieszkańców Darrowby, poznać rytm pracy na wsi i przywyknąć do tego, że każdy rolnik uważa się za eksperta od chorób zwierzęcych.

Dość sporym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że akcja tej powieści rozgrywa się u schyłku lat 30. XX wieku. Właściwie nie wiem, dlaczego, ale spodziewałam się wydarzeń osadzonych w czasach bardziej współczesnych, więc na początku poczułam się lekko zdezorientowana. Jednak szybko okazało się, że zarówno czas jak i miejsce akcji są ogromnymi atutami dzieła Jamesa Herriota. W pierwszej połowie XX wieku praca weterynarza w niewielkim stopniu przypominała jego obecne obowiązki, zwłaszcza, jeśli praktykował na wsi. Zamiast czystych, jasnych i dobrze wyposażonych gabinetów lekarze musieli pracować często w zaniedbanych i pozbawionych światła budynkach gospodarczych lub na polach pod gołym niebem, ponieważ ich pacjentami w większości były krowy, konie i prosiaki. Wówczas mało, kto zaprzątał sobie głowę zdrowiem kota czy psa, nie mówiąc już o innych mniejszych stworzeniach. Przed poznaniem tej książki nie zdawałam sobie sprawy z tego, że obcowanie z chorym koniem lub obolałą krową może być dla weterynarze tak niebezpieczne. Bohater powieści wielokrotnie pada ofiarą kopnięć, ugryzień oraz innych urazów i niedogodności wynikających z agresywności cierpiącego czworonoga. Jednak pomimo takich zdarzeń James Herriot naprawdę kocha swoje zajecie i ogromną radość czerpie z pomagania zwierzętom, zarówno tym gospodarskim jak i domowym. Z książki Jeśli tylko potrafiłyby mówić bije ogromna miłość i przywiązanie do wszystkich przedstawicieli zwierzęcego świata, co uważam za bardzo duży plus powieści.

Pisarz nakreślił obraz rzeczywistości jednocześnie spokojnej i barwnej. Ta historia nie obfituje w zaskakujące czy dramatyczne zwroty akcji, a mimo tego budzi zainteresowanie. Książka podzielona jest na kilkadziesiąt krótkich rozdziałów, których bohaterem niemal za każdym razem jest inny czworonożny pacjent. Dzięki temu czytelnik zostaje zaznajomiony z przeróżnymi mniej lub bardziej poważnymi przypadkami chorób. Oczywiście nie znaczy to, że książka składa się jedynie z opisów dolegliwości zwierząt, ponieważ można w niej znaleźć także zwyczajne, życiowe historie o ludzkim przywiązaniu do swoich pupili oraz anegdoty, przypominające, że każde stworzenie ma swój rozum i czasami jest w stanie przechytrzyć człowieka. Jeśli jesteście ciekawi, co należy zrobić, by wkupić się w łaski pekińczyka, jak zdobyć zaufanie farmerów lub interesują was ludowe mądrości na temat odpowiedniej opieki nad zwierzętami, to jest to lektura w sam raz dla was. Teoretycznie to James Herriot jest głównym bohaterem, ale jego osoba schodzi na dalszy plan, gdy do akcji wkraczają narowiste konie, spokojne, melancholijne krowy czy też nieprzewidywalne prosiaki. Autor na szczęście ustrzegł się drażniącego błędu, jakim jest kreowanie przejaskrawionego obrazu życia na wsi. James Herriot zachował umiar i w pokazywaniu trudności, z jakimi bohater musiał się zmierzyć, i sielankowości płynącej z obcowania z naturą oraz prostymi, życzliwymi ludźmi. Jeśli tylko potrafiłyby mówić to ciepła, pozytywna i niepozbawiona humoru historia, która z pewnością przypadnie do gustu wszystkim szukającym pogodnej, ale realistycznej opowieści o życiu na wsi w latach 30.
 
Autor całkowicie skupił się na kwestiach związanych ze zwierzętami, więc o młodym weterynarzu, jego przełożonym Farnonie czy kimkolwiek innym nie napisał zbyt wiele. Rozumiem, że to celowe działanie, ponieważ to zwierzęta są najważniejsze w tej książce, ale czasami odczuwałam w trakcie lektury niedosyt związany z charakterystyką postaci. Mimo tego udało mi się zbudować portret zarówno Herriota jak i Farnona. Temu pierwszemu brakuje wciąż pewności siebie i wiary w swoje możliwości, ale już widać, że będzie doskonałym fachowcem, ponieważ za każdym razem sumiennie i z zaangażowaniem wykonuje swoje obowiązki. Natomiast ten drugi ma ogromnie wybuchowy charakter, ale również kocha zajmowanie się czworonożnymi podopiecznymi i stara się przekazać swoją wiedzę bystremu asystentowi. Język powieści nie należy do zbyt wyszukanych, ale pasuje do podejmowanej tematyki. Herriot czasami raczy czytelnika dość sugestywnymi opisami metod leczenia zwierząt, wykonywanych operacji lub dolegliwości pacjentów, więc co wrażliwszym odbiorcom może się to nie spodobać, ale ogólnie prosty styl dobrze sprawdza się w tej książce. Jeśli tylko potrafiłyby mówić polecam chcącym poznać historię spokojną, pełną serdeczności i pasji, w której głównymi bohaterami są wszystkie stworzenia małe i duże.

Ocena: 4,5 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik

2 sierpnia 2013

Zacisze 13 - Olga Rudnicka


Wydawnictwo: Prószyński Media
Liczba stron: 264

Kiedyś wspominałam już, że nie przepadam za tak zwanymi kryminałami na wesoło. Nie przekonują mnie bohaterki cechujące się skłonnością do histerii oraz lubujące się w wymyślaniu absurdalnych teorii spiskowych. Perypetie takich postaci zamiast śmiechu wywołują we mnie frustrację, ponieważ nie potrafię spokojnie czytać o absurdalnych i bezsensownych działaniach poszczególnych bohaterów czy też o zupełnie nieprawdopodobnych zbiegach okoliczności. Ale od każdej reguły jest wyjątek, więc nawet ja czasami próbuję przekonać się do literatury, która na co dzień mojego uznania nie znajduje. Parę lat temu w wyniku takiej próby polubienia historii kryminalnej na wesoło, natknęłam się na debiutancką powieść Olgi Rudnickiej, pt. Martwe jezioro. Ze zdziwieniem odnotowałam, że całkiem dobrze bawiłam się w trakcie czytania tej książki, mimo że właściwie niczym charakterystycznym się nie wyróżnia. Później przyszedł czas na poznanie kontynuacji, noszącej osobliwy tytuł Czy ten rudy kot to pies?, która także zapewniła mi potrzebną dawkę relaksu i odprężenia. Od tamtej pory z sympatią patrzę na sklepowe półki wypełnione powieściami Rudnickiej i od czasu do czasu postanawiam przenieść się do rzeczywistości rodem z kryminalnej komedii omyłek.

Marta Żywek ma powody ku temu, by swoją przeszłość starannie ukrywać przed innymi. Mimo że w Śremie mieszka już od dwóch lat, to nie utrzymuje kontaktów z nikim poza koleżanką z pracy. Kobieta ceni sobie anonimowość, ciszę i spokój, dlatego z chęcią poddaje się codziennej rutynie, wyznaczonej przez godziny pracy oraz plan spacerów z psem. Niestety pewnego dnia z trudem wypracowana równowaga zostaje zachwiana, gdy Marta znajduje w ogrodzie zwłoki. Bohaterka nie ma zamiaru informować policji, że na terenie jej posesji leży martwy mężczyzna, więc nie pozostaje jej nic innego jak pozbyć się ciała na własną rękę. Samo ukrycie trupa stanowi nie lada wyzwanie, a Marta musi sprostać jeszcze wielu innym osobliwymi zadaniom, wśród których wymienić należy wymknięcie się z rąk bandytów, poznanie tożsamości denata oraz spotkanie ze znienawidzonym były mężem.

Zapewne większość z Was domyśla się, że recenzowanej dzisiaj powieści nie należy brać na poważnie. Wydarzenia wykreowane przez Olgę Rudnicką z pewnością nie mogłyby mieć miejsca w rzeczywistości, więc przed rozpoczęciem lektury dobrze wiedzieć, że w tej książce jedna nieprawdopodobna sytuacja goni drugą i próżno szukać logicznej motywacji czy dojrzałości w postępowaniu bohaterów. Zamiast tego można liczyć na bardzo dynamiczną akcję, zapewniającą kilka godzin rozrywki. Nie było momentu, w którym poczułabym się znużona historią opisaną w Zaciszu 13, co uważam za duży plus, ponieważ podobne opowieści raczej nie przykuwają mojej uwagi na dłużej. Olga Rudnicka zadbała o to, żeby historia obfitowała w wiele osobliwych zdarzeń. Czytelnik staje się świadkiem licznych napaści i prób włamania, spotkań oko w oko z groźnymi przestępcami, a także reakcji na odnalezienie zwłok w przydomowym ogródku. Tak szybko rozwijająca się akcja sprawiła, że książkę przeczytałam w kilka godzin, jest to więc odpowiednia lektura na leniwy, wakacyjny dzień.

Zacisze 13 nie dostarcza ogromu emocji, poczynania bohaterów śledziłam z zainteresowaniem, ale bez przymusu natychmiastowego dowiedzenia się, co będzie dalej. Na okładce napisano, że jest to „niezwykle zaskakująca czarna komedia z wątkiem kryminalnym”. Wątek kryminalny jest, elementy komedii również, ale o jakimkolwiek zaskoczeniu nie może być mowy. Intrygę można przejrzeć jeszcze przed połową powieści, mimo że autorka w kilku miejscach stara się ją skomplikować lub przedstawić wyjaśnienie, mające być dla czytelnika niespodzianką. Nie uważam, żeby przewidywalność była dużym minusem w przypadku tego typu powieści, ale jednak miło byłoby, gdyby pojawiła się nuta zaskoczenia. Pochwalę natomiast zakończenie, które rozbudza chęć poznania dalszych losów bohaterów, urywając historię w idealnym momencie. Z jednej strony niemal wszystkie wątki zostały już na końcu zamknięte, ale z drugiej jest jeszcze jedna sprawa, która zapewne znalazła rozwinięcie w kontynuacji.
 
Bohaterowie Zacisza 13 nie odznaczają się szczególnie zapadającymi w pamięć cechami. Przeszłość Marty Żywek intryguje tylko na początku, kiedy czytelnik jeszcze nie wie, z jakiego powodu kobieta zdecydowała się izolować od ludzi. Również jej przyjaciółka Aneta odgrywa ważną rolę w tej historii, ale i o niej nie można zbyt wiele powiedzieć. Mimo tego bohaterki wzbudziły moją sympatię, ponieważ są zdecydowane, nie boją się podejmować ryzyka i próbują radzić sobie z wszelkimi kłopotami same. Bardzo przypadły mi do gustu ich dialogi. Marta i Aneta często dogadują sobie nawzajem, ironizują i sprzeczają się, co ubarwia powieść i wprowadza element humorystyczny. Zacisze 13 wpisuje się w nurt literackich komedii kryminalnych, więc na rzeczy takie pobieżna charakterystyka bohaterów czy nieprawdopodobne zbiegi okoliczności należy przymknąć oko, żeby cieszyć się lekturą. Moim zdaniem autorka nie ustrzegła się jednak kilku irytujących potknięć, wśród których największą uwagę zwraca nachalna reklama swojej wcześniejszej powieści. Może teraz przesadzam, ale uważam, że jeden z bohaterów nie powinien mówić wprost, że właśnie czyta Martwe jezioro, ponieważ to w ogóle nie pasuje do sytuacji tej wypowiedzi. Lepiej byłoby, gdyby Rudnicka w jakiś sposób przytoczyła historię ze swojej debiutanckiej książki, a nie w tak sztuczny sposób ją promowała. Zacisze 13 może się podobać, ale może też irytować, wszystko zależy od nastawienia czytelnika. W mojej ocenie plusy i minusy niemal się równoważą, więc jeśli szukacie nieskomplikowanej opowieści z wątkiem kryminalnym potraktowanym lekko i niepoważnie, to polecam sięgnięcie po książkę Olgi Rudnickiej. W innym przypadku chyba lepiej sięgnąć po inną opowieść.

Tutaj  można przeczytać moją opinię o powieści "Czy ten rudy kot to pies?". Celowo nie użyłam słowa "recenzję", bo to początki blogowania i pierwsze próby mojej pisaniny :P

Ocena: 3 / 6