18 kwietnia 2014

Ciemny Eden - Chris Beckett


Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 336

Zwlekałam z przeczytaniem tej powieści nieprzyzwoicie długo, mimo iż wiedziałam, że recenzja powinna ukazać się jak najszybciej. Co jakiś czas brałam książkę Chrisa Becketta do ręki, ale zaraz ją odkładałam na półkę, usprawiedliwiając się, że teraz nie mam ochoty na taką lekturę. Przez pewien czas żałowałam nawet, że zgłosiłam się po egzemplarz recenzencki, bo przecież historie science fiction nie należą do moich ulubionych. W końcu jednak postanowiłam się przemóc i zapoznać z powieścią. Trudno było mi wejść w osobliwy świat wymyślony przez brytyjskiego pisarza. Początkowo bez większego entuzjazmu przewracałam kolejne strony, poznając bohaterów i ich prymitywną egzystencję, ale stopniowo zaczęłam angażować się w opisaną historię. Niepostrzeżenie powieść zawładnęła moim wolnym czasem, zmuszając mnie do tego, bym czytała więcej i więcej. Nawet nie wiem, kiedy przestałam myśleć o tej książce jako o obowiązku, a zaczęłam sięgać po nią w każdej wolnej chwili. Teraz z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że Ciemny Eden to lektura oryginalna i zasługująca na uwagę, choć początek wcale na to nie wskazuje.

Tytułowy Eden to obca, dziwna planeta, na której nie istnieje podział na dzień i noc, ponieważ świat nieustannie spowija mrok. Jedynym źródłem światła są drzewa pompujące z podziemi ciepły sok i świecące swoim własnym blaskiem. Na Edenie mieszka Rodzina, czyli grupa ponad pięciuset ludzi, będących potomkami Toma i Angeli – kosmicznych rozbitków, którzy przylecieli na tę cudaczną planetę z Ziemi. Od pokoleń członkowie Rodziny żyją w ten sam sposób – polują, jedzą, śpią, robią prymitywne narzędzia, rozmnażają się, ale przede wszystkim czekają aż na niebie znów pojawi się ogromny statek i zabierze wszystkich do pięknego, jasnego świata, w którym ludzie mają auta, komputery, radyjo i Py-ront. Jednak nie wszyscy uważają, że najlepiej siedzieć w jednym miejscu i czekać nie wiadomo jak długo. John Czerwoniuch chce czegoś więcej; nie ma określonego planu, ale nie waha się złamać edeńskich praw i postąpić tak, jak jeszcze nikt przed nim.

Książka Becketta nie zauroczyła mnie od pierwszej strony, ale za to im dalej brnęłam w historię, tym bardziej mi się ona podobała. Czytelnik poznaje bohaterów jako jedną, zżytą ze sobą społeczność, która wszystko robi tak, jak nakazali im przodkowie wiele lat temu. Edeńczycy niczego nie ulepszają, nie odkrywają, nie zmieniają, ponieważ żyją nadzieją, że wkrótce przybędzie statek kosmiczny i zabierze ich do lepszego świata. Trwają w ciągłym oczekiwaniu nie rozumiejąc, że Rodzinie potrzeba zmian i to gruntownych. W końcu jeden człowiek dostrzega konieczność rozwijania się, przekraczania kolejnych granic i stawiania sobie wyzwań, ale jak można się domyślać, większość nie podziela jego zdania. Autor świetnie sportretował obraz zbiorowości, w której tradycja ściera się z chęcią odkrywania nowych rzeczy i wprowadzania ulepszeń. Czytając o działaniach podejmowanych przez Johna Czerwoniucha, o decyzjach Rady mających utemperować chłopaka oraz o konsekwencjach wyborów dokonanych zarówno przez jedną, jak i drugą stronę, miałam wrażenie, że tak właśnie rodziła się cywilizacja, którą znamy dzisiaj. Ludzie zaczynali od małych rzeczy, krok po kroku przesuwali granicę udowadniając sobie i innym, że mogą pokonać kolejną przeszkodę. Oczywiście nie wszyscy czuli taką potrzebę, większość wolała po prostu trwać w spokoju, nie przejmując się przyszłością i nie rozmyślając o potencjalnych możliwościach. Jednak ktoś odważny w końcu się znalazł i rutyna została przerwana. Ogromny plus należy się pisarzowi za to, że pokazał pozytywne oraz negatywne skutki zmian, jakie pociągnął nowatorski sposób postrzegania rzeczywistości. Postępowanie zgodnie z tradycją było nudne i uwsteczniające, ale zapewniało bezpieczeństwo. Każdy członek Rodziny znał reguły wspólnego życia i wiedział, że inni będą ich przestrzegać. Zerwanie z przeszłością doprowadziło do chaosu i pojawienia się zła. Nic nie było już takie samo po tym, jak główny bohater podjął pewne decyzje.

Oryginalności całej historii dodaje osobliwy świat wykreowany przez autora. O ile problemy, z którymi zmagają się postaci oraz trapiące ich dylematy są uniwersalne, o tyle wygląd zamieszkiwanej przez nich planety stwarza duże pole do popisu dla wyobraźni odbiorcy. Drzewa z lampionami na gałęziach, zwierzęta z kilkoma parami nóg i dziwnymi czułkami na głowie, surowy klimat oraz niezwykłe właściwości pewnych roślin zapewniają opowieści element tajemniczości i nieprzewidywalności, ponieważ nigdy nie wiadomo, kiedy znów na pierwszy plan wysunie się kolejna przedziwna cecha tego świata.  Pierwszoosobowa narracja prowadzona z perspektywy różnych postaci pozwala na dokładne przedstawienie wszystkich wydarzeń wraz z różnymi ich skutkami. Głównym bohaterem jest wspomniany już John Czerwoniuch, ale na szczęście pisarz pozwolił też dojść do głosu innym mieszkańcom, więc czytelnik może niemal każdą sytuację poznać z kilku punktów widzenia.

Zazwyczaj w recenzjach nie wspominam o tłumaczeniu, ponieważ nie znając oryginalnego tekstu, nie mogę odnosić się do tego problemu. Ponadto pisarze nie mają przecież wpływu na to jak ich dzieła zostaną przełożone, więc ocenianie powieści przez ten pryzmat raczej nie byłoby sprawiedliwe. Jednak teraz zrobię wyjątek, ponieważ uważam, że Ciemny Eden stanowił nie lada wyzwanie dla tłumacza. W książce pojawia się mnóstwo neologizmów, które na dodatek czasem są połączone z imionami, więc domyślam się, że Wojciech M. Próchniewicz musiał się natrudzić, żeby stworzyć polskie odpowiedniki. Moim zdaniem efekt jest świetny, gdyż wszystkie zlepki słów są logiczne i dobrze dopasowane. Powieść napisana jest bardzo prostym językiem, co pewnie nie każdemu przypadnie do gustu. Jednak mnie się wydaje, że to udany zabieg, ponieważ oddaje sposób myślenia ludzi, którzy w większości nie potrafili pisać ani czytać, mieszkali w prymitywnych szałasach i mieli problem z nazwaniem pewnych zjawisk czy emocji. Prosty język nie przekreśla głębi płynącej z tekstu, więc uważam, że Beckett obrał słuszną drogę. Muszę jednak zwrócić uwagę na pewną denerwującą manierę. Otóż, bohaterowie w każdej emocjonującej sytuacji przywołują swoich przodków w dość specyficzny sposób, krzycząc: „Na cycki Geli” lub „Na fiuty Toma i Harry’ego”. Rozumiem, że to element podkreślający prostotę bohaterów, ale stanowczo nadużywany, przez co czasami naprawdę miałam dość, kiedy po raz kolejny widziałam w tekście takie wtrącenia.

W moim odczuciu Ciemny Eden to jedna z oryginalniejszych historii, jakie miałam okazję poznać. Początkowo trudno się w nią zagłębić, ale ten stan nie trwa długo, więc naprawdę warto dać książce Chrisa Becketta szansę. Nie zrażajcie się tym, że to literatura science fiction. Nawet, jeśli na co dzień nie gustujecie w tym gatunku, to opowieść o zmieniającej się społeczności i nowych wyzwaniach podejmowanych przez człowieka może się wam spodobać.

Ocena: 5 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwań Grunt to okładka oraz Klucznik.

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.

10 kwietnia 2014

Zombiefilia - autor zbiorowy


Wydawnictwo: Wydaje.pl
Liczba stron: 366

Kiedy po raz pierwszy natknęłam się na informację, że powstaje projekt o nazwie Zombiefilia, wprost nie posiadałam się z radości, bo przecież opowieści o zombie nigdy za wiele. Plik pobrałam już w dniu premiery, ale oczywiście antologię przeczytałam dopiero teraz, bo wiecznie jakaś inna książka stała na przeszkodzie temu niecodziennemu zbiorowi. Po raz pierwszy recenzuję opowiadania, co wydaje się dość zaskakujące, ponieważ blog prowadzę już ponad trzy lata. Jednak aż do teraz unikałam krótkich form, wychodząc z założenia, że tak prezentowane historie nie przypadną mi do gustu. Marudziłam, że w opowiadaniach autorom na pewno nie udaje się powołać do literackiego życia ciekawych bohaterów czy wprowadzić skomplikowaną fabułę, w związku z czym poświęcanie czasu na krótkie formy narracyjne nie ma sensu. Zmieniłam swoje podejście głównie, dlatego że coraz częściej trafiałam na recenzje przeróżnych horrorowych antologii. Moje uprzedzenia rozwiewały się z każdą pozytywną opinią, a ciekawość rosła, gdy po raz kolejny skrupulatnie notowałam nazwiska autorów i tytuły, które z jakichś powodów przykuły moją uwagę. Myślę, że mogę już spokojnie ogłosić, że ośli upór i bezpodstawna niechęć do opowiadań odeszły w niepamięć, ale pozostał problem napisania rzetelnej i ciekawej recenzji całego zbioru.

Zastanawiałam się czy powinnam dogłębnie zanalizować każde opowiadanie, czy skupić się tylko na tych bardzo dobrych i bardzo złych, a może po prostu ograniczyć się do parozdaniowej wzmianki na temat każdego tekstu. Nie miałabym dylematów, gdyby autorem Zombiefilii była jedna osoba, ale co zrobić z dwudziestoma dwoma pisarzami? Jak ocenić całość? Nie wymyśliłam żadnego genialnego rozwiązania, więc postaram się znaleźć złoty środek i odnieść się do każdego opowiadania, chociaż będzie to trudne, ponieważ w paru przypadkach po prostu nie ma o czym pisać. Zaczęłam od narzekania, ale takiego, którego nie musicie brać sobie do serca, ponieważ możliwe, że tylko ja obdarzam większym zaufaniem bardziej obszerny tekst niż opowiadanko na kilka czytnikowych stron.  Z tego względu wiele razy natkniecie się w tej recenzji na opinię, że moim zdaniem nowela powinna być dłuższa. Co prawda istnieje poruszająca historia składająca się z sześciu słów, ale jednak nic nie poradzę na to, że preferuję te bardziej rozbudowane dzieła.

Autorzy tekstów zebranych w tej antologii podeszli do tematyki zombie bardzo kreatywnie, co uważam za ogromny plus. W publikacji znajdziecie historie nawiązujące do popkulturowego wizerunku nieumarłego potwora; opowieści czerpiące inspirację z kultu voodoo; postapokalitpyczne opowiadania o życiu na gruzach cywilizacji i konieczności ciągłej walki z żywymi trupami, a także przewrotne teksty pokazujące drugą stronę medalu, czyli świat widziany z perspektywy zombie. Znalazło się także miejsce dla utworów nieco groteskowych, parodiujących ten popularny ostatnimi czasy motyw nieumarłych, więc wygląda na to, że każdy czytelnik ma szansę znaleźć swoją ulubioną historię.

Mnie zachwyciły cztery opowiadania i to na nie chciałabym przede wszystkim zwrócić waszą uwagę. Duże wrażenie wywarł na mnie tekst noszący tytuł Relikt epoki autorstwa Pawła Waśkiewicza. Opisana w nim postapokaliptyczna rzeczywistość jest jednocześnie przerażająca i pociągająca. Strach wzbudził we mnie obraz świata kurczowo trzymającego się tego, co było przed apokalipsą zombie. Najpierw cywilizacja zupełnie się rozpadła, potem jednak stopniowo ludzie zaczęli ją odbudowywać, by w miarę możliwości żyć tak jak dawniej. Oczywiście powrót do przeszłości nie jest możliwy, gdy poza chronionym terenem maszerują hordy zombie, ale zdolności adaptacyjne człowieka oraz jego upór potrafią zdziałać cuda. Główny bohater zarabia na życie jako kierowca kolejki zmontowanej ze starego traktora i rdzewiejącego wagonu. Mężczyzna wozi spragnionych wrażeń ludzi po nadmorskim miasteczku opanowanym przez żywe trupy. Atrakcją jest nie tylko podziwianie rozpadających się budynków, opuszczonych sklepów i wszelkich oznak starej cywilizacji, ale także nauka lub doskonalenie strzelania do zombiaków. W trakcie jednej z wycieczek dzieje się coś nieprzewidywalnego, burzącego harmonogram i bardzo niebezpiecznego. Waśkiewicz świetnie połączył fragmenty zawierające dynamiczną akcję z momentami zadumy i tęsknoty za minioną rzeczywistością. Plus należy się również za zbudowanie ciekawych, przechodzących metamorfozę postaci.

Kolejnym opowiadaniem wybijającym się ponad inne jest Droseria animalia Pauliny J. Król. Autorka wykorzystała popularny horrorowy motyw, jakim jest wyjazd grupki przyjaciół do leśnej głuszy, ale dorzuciła do niego intrygujące urozmaicenie w postaci obrzydliwego i piekielnie niebezpiecznego potwora czającego się wśród bagien. Lekki styl, dawka sarkastycznego humoru oraz świetnie budowane napięcie i zagęszczająca się z każdą stroną atmosfera zagrożenia sprawiają, że historia wykreowana przez Paulinę J. Król czyta się sama. Niełatwo jest napisać opowiadanie opierające się na znanej konwencji, które nie byłoby nudną i banalną kalką istniejących już historii, ale Paulinie ta sztuka się udała. Poza tym autorka ma bardzo fajny styl pisania, od pierwszych kilkunastu linijek wiedziałam, że będzie mi się podobał.

Świetnie wypadł także utwór Inspekcja Marcina Podlewskiego, ponieważ znalazło się w nim wszystko, co w postapokaliptycznych historiach lubię. Autor zadbał o budzącą grozę wizję przyszłości, w której ostatni przedstawiciele ludzkiego gatunku żyją w podziemnym schronie, ponieważ powierzchnię opanowały nieumarłe stwory. Główny bohater opuszcza bezpieczną kryjówkę i wyrusza z misją odnalezienia poprzedniej, zaginionej ekspedycji. To, co zobaczy i czego się dowie na jałowej, wyniszczonej powierzchni naszej planety będzie miało ogromne znaczenie dla wszystkich ocalałych ludzi. Podlewski bardzo wiarygodnie przedstawił nową rzeczywistość, zaimponował mi bogactwem tego świata, jego spójnością oraz dbałością o szczegóły. Czytelnik poznaje kilka rodzajów zombie, dowiaduje się jak potwory ewoluowały przez stulecia, spotyka także tajemnicze, pustynne miasto, kryjące niejeden sekret. Inspekcja charakteryzuje się dynamiczną akcją i nieprzewidywalnym zwrotem fabularnym, gorąco zachęcam do poznania tego opowiadania. Polecam również przyjrzeć się utworowi zatytułowanemu Skorupa, ponieważ Grzegorz Gajek zaczerpnął z kultu voodoo to, co najbardziej przerażające. Nie zdradzę ani słowem, o czym jest ten tekst, ale zapewniam, że autor miał fajny pomysł i sprawnie go zrealizował.

Reszta tekstów umieszczonych w antologii jest utrzymana na średnim poziomie, więc nadal warto je poznać, ale niestety w każdym znalazłam jakiś mankament. Czasami szwankuje nie do końca przemyślany pomysł, innym razem zawodzi wykonanie, czyli toporny styl i sztuczne dialogi. Pocieszające jest natomiast to, że tylko jedno opowiadanie uznałam za całkowicie niestrawne i odpychające. Mam na myśl historię napisaną przez Marcina Rojka (Jak ja ich nie cierpię), będącą cudaczną wariacją, w której poczciwe smerfy zmieniły się w zombiaki. Jak dla mnie autor posłużył się zbyt dosadnym językiem i niepotrzebnie umieścił tyle wulgarnych opisów, przez co miałam wrażenie, że ktoś „zgwałcił” moją ukochaną bajkę z dzieciństwa. Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie znalazłam w tym tekście absolutnie nic ciekawego. Na szczęście pozostałe nowele, choć niedoskonałe, są na dużo wyższym poziomie. Jeśli interesuje was spojrzenie na apokalipsę oczami wygłodniałego zombiaka, to polecam Głód Sylwii Błach, Drugą stronę medalu Michała Stonawskiego oraz Życie pozagrobowe Artura Kuchty. W tych opowiadaniach żywe trupy zostały ukazane jako ofiary zmagające się z niepochamowanym pragnieniem zjedzenie ludzkiego ciała, wyrzutami sumienia lub polującymi na nie ludźmi. Zaintrygowała mnie ta wizja i nie miałabym nic przeciwko, gdyby któryś z autorów zdecydował się rozwinąć swoją historię.

Dzięki Zombiefilii po raz pierwszy zetknęłam się też z bizarro fiction, czyli nowym typem literatury odznaczającym się dziwnością rozwiązań fabularnych, groteską i surrealistycznością świata przedstawionego. Nie potrafię jeszcze określić jak odbieram ten gatunek, ponieważ z nutą obrzydzenia pomieszanego z zainteresowaniem czytałam opowiadanie Cytrynowe noże i karaluchy Carltona Mellicka III, ale cieszę się, że poznałam coś innego, mocnego i szokującego. W podobnej do bizarro fiction konwencji utrzymane zostały utwory takie jak Amanda Pauliny Kuchty oraz Aby sprawiedliwości stało się zadość Karola Mitki. W tych historiach dominują seks, przemoc, obrzydliwe rytuały i dewiacje. Polecam tylko czytelnikom o mocnych nerwach. W zbiorze pojawił się także pastisz historii o zombie, dzięki opowieściom takim jak Zabieg na całe ciało Artura Olchowego, Zombiczny dla początkujących Krzysztofa T. Dąbrowskiego, Stasio Rafała M. Skrobota oraz Rudy Rafała Christa. Nie przepadam za żywymi trupami w wersji komediowej, ale nie mogę zaprzeczyć, że w niektórych momentach opowiadania te były naprawdę oryginalne i zabawne.

Całkiem dobrze oceniam także tekst Dawida Kaina noszący tytuł Anioły zjedzą wiosnę. Fabuła jest przewidywalna, ale jako pierwsza nowela ze zbioru sprawdza się bardzo dobrze, ponieważ zaostrza apetyt na więcej i zachęca do poznawania kolejnych utworów. W Die Hard Magdalena Maria Kałużyńska przyciągnęła moją uwagę fajnie zbudowaną atmosferą napięcia i motywem przerażających wizji, ale na końcu historii coś się popsuło. Autorka trochę przekombinowała i zakończenie wypadło dla mnie niezrozumiale i dziwnie. Nie spodobała mi się natomiast druga opowieść Kałużyńskiej zatytułowana RPG, ponieważ za dużo w niej podobieństw do serii Gone. Autorka zdecydowanie zbyt mocno zainspirowała się popularnym cyklem, przez co jej historia jest nieudolną kalką twórczości Michaela Granta. Paulina Kuchta w opowiadaniu Widzę Cię, widzę was wykreowała bohatera zmagającego się z „darem” swego rodzaju komunikacji ze zmarłymi. Ciekawy pomysł, ale znów pomarudzę na długość tekstu, bo czułam niedosyt wynikający ze zbyt mało rozwiniętej fabuły. Szast-prast i koniec historii. Podobne wrażenie odniosłam także po lekturze Deus ex machina Aleksandry Zielińskiej. Opowiadanie zaczęło się ciekawie, do akcji włączono wątek demonów, wieszczki i problemów, z którymi boryka się świat po wybuchu jądrowym, jednak w finale całe napięcie gdzieś uleciało, zabrakło mocnego akcentu. Dość interesująco prezentuje się również Powtórne przyjście Michała Stonawskiego ze względu na zaskakujący i lekko szokujący finał oraz umiejscowienie akcji w komunistycznej rzeczywistości, a także nowela Trójca – oto słowo moje autorstwa Łukasza Radeckiego, ponieważ autor ma tzw. lekkie pióro i historia niejako opowiada się sama. Nie wiem natomiast, co myśleć o utworach Kto pyta nie błądzi Macieja Kaźmierczaka czy Czerń i ostrogi Bartosza Orlewskiego. W trakcie czytania miałam wrażenie, że w tych tekstach zabrakło konkretnego pomysłu, czułam się zagubiona w przedstawionym świecie, jakbym poznawała wycinek jakiejś historii a nie samodzielne opowieści.

Zdaję sobie sprawę, że trochę narzekam na pierwszą polską antologię o zombie, ale jestem bardzo zadowolona, że taki projekt w ogóle powstał. Ogólna ocena nie jest najwyższa, ale nie skreślajcie tej publikacji, ponieważ znalazły się w niej cztery perełki, o których wspomniałam wcześniej i chociażby dla nich warto po Zombiefilię sięgnąć. Pierwsze koty za płoty, teraz może być tylko lepiej, więc niecierpliwie czekam na drugą część.

Ocena: 4 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwań Apokalipsa zombie, Polacy nie gęsi.

4 kwietnia 2014

Apel o pomoc dla Anny Kuczery!

Kochani, dzisiaj zwracam się do Was z prośbą o pomoc dla Anny Kuczery, która przez pewien czas współpracowała z portalem Sztukater. Na początku tego roku pani Anna dowiedziała się, że jest ciężko chora. Cierpi na guza mózgu, a lekarze w Polsce nie potrafią jej wyleczyć. Szansą na pokonanie choroby jest kuracja za granicą, ale jak wiadomo takie leczenie wymaga ogromnych nakładów finansowych. Mam nadzieję, że potrzebna kwota (200 000 zł) zostanie uzbierana jak najszybciej, ponieważ w walce z tą chorobą szybkie działanie jest bardzo ważne. Jeśli zechcielibyście wesprzeć Annę Kuczerę finansowo, to pieniądze proszę wpłacać na konto:


Stowarzyszenie Gramy o Życie
ul. Świętego Jana 9/27, 57-100 Strzelin
 Nr konta: : 52 9588 0004 0000 6044 2000 0020 
Tytułem: Na leczenie Anny Kuczery


Na tej stronie można wspierać panią Annę i śledzić postępy w zbiórce. Naprawdę każda złotówka się liczy! Wklejam również baner informacyjny, roześlijcie go do rodziny i przyjaciół, nie bądźmy obojętni na nieszczęścia innych.


1 kwietnia 2014

Wybory - Ruta Sepetys


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 336

Popularne przysłowie mówi, że każdy jest kowalem swojego losu. Uważam, że z tego zdania można wyciągnąć cenną naukę, chociaż wiadomo, że czasami dzieje się coś zupełnie nieprzewidywalnego i niezależnego od naszego postępowania. Jednak w większości przypadków to, co nam się przytrafia jest efektem dokonanych wyborów. Powieść Ruty Sepetys porusza właśnie zagadnienie podejmowania właściwych decyzji i borykania się z idącą za nimi odpowiedzialnością. Wkraczająca w dorosłość Josie Moraine marzy o tym, żeby zmienić swoje życie. Dziewczyna chce wyrwać się z Nowego Orleanu i zacząć naukę w college’u, żeby przypadkiem nie powielić błędów matki. Niestety nie łatwo zrealizować taki plan, gdy jest się córką prostytutki, która wszem i wobec chwali się, że nadała swojemu dziecku imię na cześć pewnej burdelmamy. Akcja powieści rozgrywa się w latach 50. XX wieku, więc posiadanie inteligencji oraz ambicji nie wystarcza do pokonania uprzedzeń klasowych. Josie nie może tak po prostu odmienić swojego losu, chociaż bardzo się stara. Bohaterka musi dokonać kilku niezwykle ważnych wyborów, które zaważą na jej przyszłości, odpowiadając sobie jednocześnie na pytanie czy utrata sumienia i szacunku do samej siebie to nie za wysoka cena za realizację marzeń.

Ruta Sepetys podbiła serca wielu czytelników książką Szare śniegi Syberii. Nie miałam jeszcze okazji czytać tej powieści, ale nazwisko pisarki było mi już znane i to właśnie z tego względu zdecydowałam się sięgnąć po Wybory. Absolutnie nie żałuję, że poświęciłam trzy wieczory na to, żeby śledzić losy głównej bohaterki, więc recenzja będzie pozytywna, chociaż muszę przyznać, że w niektórych fragmentach zabrakło mi jakiegoś pazura, dreszczyku emocji, ale o tym za chwilę. Autorka nakreśliła świetne portrety psychologicznie wszystkich postaci, co uważam za największą zaletę tej książki. Dzięki temu od razu poczułam rytm opowieści i zanurzyłam się w historię o młodej kobiecie pragnącej dla siebie lepszego życia, mimo że dzieło Sepetys nie wyróżnia się niespodziewanymi zwrotami akcji. Każdy bohater został obdarzony osobowością, nie ma w tej powieści ani jednego papierowego, niewiarygodnego charakteru, który przypominałby czytelnikowi, że obcuje on z fikcją literacką. Przewracając kolejne strony myślałam sobie, że wcale nie zdziwiłabym się, gdyby na końcu książki autorka przyznawała, że tworząc postać Josie wzorowała się na rzeczywistym życiorysie kogoś zmagającego się z niesprawiedliwą oceną społeczeństwa i wieloma uprzedzeniami związanymi z pochodzeniem. Nic takiego nie miało miejsca, perypetie zdeterminowanej dziewczyny mieszkającej i pracującej w szemranej dzielnicy, są wytworem wyobraźni Ruty Sepetys, ale nie zmienia to faktu, że cała historia brzmi niezwykle wiarygodnie.

Główną bohaterkę polubiłam od razu. Zaimponowała mi hartem ducha i odpornością na piętrzące się trudności. Od dzieciństwa Josie musiała borykać się z humorzastą i kompletnie nieodpowiedzialną matką, potrafiącą zarabiać jedynie na handlu własnym ciałem. W wieku osiemnastu lat dziewczyna zyskała pewność, że teoretycznie najbliższa osoba nigdy jej nie pomoże, bo jedyne, co może zrobić, to pociągnąć Josie za sobą na samo dno. Sympatią obdarzyłam także innych, mających dobre serce bohaterów. Warto wspomnieć o pisarzu i właścicielu księgarni Charliem, o jego synu Patricku, o prowadzącej dom publiczny Willie Woodley, która tylko udawała szorstką i nieprzyjemną, ale w głębi duszy żywiła ciepłe uczucia do Josie i robiła wszystko, by nastolatka nie stała się prostytutką. Nie mogę także zapomnieć o szoferze traktującym główną bohaterkę jak córkę. Oczywiście nie brak w tej powieści czarnych charakterów, których podłość szokuje i przeraża, jednak ich pojawienie się związane jest z kluczowymi dla historii wydarzeniami, dlatego nic więcej na ten temat nie mogę napisać.

Na początku wspomniałam, że zabrakło mi w książce Sepetys dreszczu emocji, więc pora się z tego stwierdzenia wytłumaczyć. Otóż odczuwałam emocje związane z niepewnością, co do losów Josie, jednak zaciskająca się wokół dziewczyny pętla kłopotów powinna być nieco lepiej zarysowana. Bohaterka została wplątana w pewną bardzo nieprzyjemną sytuację i moim zdaniem trochę zbyt szybko wszystko się wyjaśniło. Wybory to powieść obyczajowa i nie pasują do niej nagłe zwroty akcji, ale nie zaszkodziłoby, gdyby w pewnym momencie pisarka trochę „podkręciła” atmosferę. Niemniej książkę uważam za interesującą i wartościową, dlatego nie waham się ją polecać. Ruta Sepetys zadbała także o szczegółowe opisanie rzeczywistości lat 50. Zamożni ludzie okazywali jawną pogardę biedniejszym, większość maskowała swoje zepsucie pieniędzmi, przez co uchodzili w towarzystwie za godnych szacunku. Oczywiście nie wszyscy bogacze byli zarozumiali i fałszywi, ale z powieści wyłania się ogromny kontrast pomiędzy światem ludzi bywających na wystawnych przyjęciach a światem tych, którzy mogli jedynie o takich atrakcjach marzyć. Jeśli jesteście ciekawi, jaki wpływ na ludzkie życie mają nawet te najprostsze, pozornie błahe decyzje to koniecznie powinniście zapoznać się z tą historią. 

Ocena: 4,5 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwania Klucznik.

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.


29 marca 2014

Rozwiązanie konkursu dla fanów twórczości Cecelii Ahern

Nadszedł czas na rozwiązanie konkursu, mam nadzieję, że wybaczycie mi jednodniowe opóźnienie. Przez dwa tygodnie zbierałam Wasze odpowiedzi na pytanie "Czym urzekła cię twórczość Cecelii Ahern?" Wszystkim uczestniczkom konkursu serdecznie dziękuję, jestem pod wrażeniem waszych rozbudowanych komentarzy i maili, które do mnie przysyłałyście. Naprawdę bardzo trudno było mi podjąć decyzję i wyłonić zwyciężczynię. Jednak po długim namyśle zdecydowałam, że nagroda powędruje do Natalii_Leny z bloga room6277, dlatego że jej odpowiedź uważam za najbardziej poruszającą, pomysłową i zaskakującą ze względu na formę. Natalio_Leno, gratuluję i czekam na dane do wysyłki :)

 



Chciałabym też wyróżnić Ewę z bloga Smakowitego czytania życzę za imponującą znajomość twórczości Ahern. Książkę Sto imion może otrzymać tylko jedna osoba, więc Ewo, dla Ciebie mam inną propozycję. Jeśli jakaś książka stąd Cię interesuje to  stanie się ona nagrodą za wyróżnienie :). Wszystkie powieści są w bardzo dobrym stanie, czytane tylko raz.


26 marca 2014

Zabójczy księżyc - N.K. Jemisin


Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 448

Mieszkańcy pustynnego miasta-państwa Gujaareh oddają cześć potężnej bogini Hananji poprzez comiesięczną ofiarę ze swoich snów. Dzięki pochodzącym z marzeń sennych magicznym energiom nazywanym humorami ludzie są w stanie wyleczyć ciało z przeróżnych dolegliwości, stymulować wzrost kończyn lub uśmierzać ból, gdy nic już nie można dla chorego zrobić. Jednak najważniejszym humorem jest senna krew, czyli energia ze snu poprzedzającego śmierć, służąca do zaprowadzania spokoju i porządku. Jej zbieraniem zajmują się kapłani, którzy pod osłoną nocy wślizgują się do domów i odsyłają dusze śpiących ludzi do krainy zmarłych. Ehiru jest jednym z najlepszych zbieraczy i dlatego to on otrzymuje zlecenie pobrania humoru z ostatecznego snu kobiety przebywającej w Gujaarehu z powodów politycznych. Ehiru nigdy nie zastanawiał się czy osoba, którą ma zabić została słusznie wytypowana, ponieważ ślepo wierzył w mądrość zwierzchników. Jednak zlecenie zebrania wysłanniczki sąsiedniego państwa budzi w nim wątpliwość. Niepostrzeżenie mężczyzna zostaje wciągnięty w wir spisków i intryg, które mogą doprowadzić do wybuchu wojny.

Zanim sięgnęłam po powieść N.K. Jemisin, przeczytałam kilka lub nawet kilkanaście recenzji, z których wynikało, że książka może się spodobać również czytelnikom, na co dzień stroniącym od fantastyki. Ucieszyło mnie to, ponieważ wciąż dość nieufnie podchodzę do historii należących do tego gatunku, mimo że parę książek wywarło na mnie duże wrażenie. Po przeczytaniu Zabójczego Księżyca również przychylam się do stwierdzenia, że nie trzeba być fanem fantastyki, żeby czerpać przyjemność z lektury, ale jednocześnie muszę trochę ponarzekać, bo dzieło Jemisin czasami mnie po prostu nudziło. Zacznę jednak od wątku, który skradł mi serce i sprawił, że czekam na kolejne części cyklu. Mowa o niezwykle interesującej mitologii, jaką pisarka stworzyła wzorując się na wierzeniach występujących w różnych kręgach kulturowych. Nigdy specjalnie nie interesowałam się mitami, więc jestem nieco zaskoczona, że historia o powstaniu świata wymyślona przez Jemisin tak mi przypadła do gustu. Niestety nie jestem w stanie odszyfrować znaczenia wielu imion przypisywanych bogom lub nazw mitycznych krain oraz konkretnych opowieści, na których wzorowała się amerykańska pisarka. Nie pozostaje mi więc nic innego jak zagłębić się we wspomnianą przez autorkę encyklopedię Richarda Cavendisha (Mythology: An Illustrated Encyclopedia) i na własną rękę poszukać powiązań, bo mam przeczucie, że mitologia inna niż egipska czy grecka może mnie zainteresować.

Skoro tak zachwycam się systemem reguł, którym podporządkowuje się większość bohaterów tej książki, to czuję się w obowiązku napisać, co dokładnie wzbudziło mój podziw. Otóż urzekły mnie dwuznaczność wierzeń wymyślonych przez pisarkę oraz kontrowersje związane ze zbieraniem sennej krwi. Z jednej strony można przerazić się wymaganiami stawianymi przez najważniejszą boginie, bo jak zaakceptować obecność kapłanów nazywanych zbieraczami zabijających nieświadomych, pogrążonych w głębokim śnie ludzi, ponieważ tak postanowili zwierzchnicy w świątyni? Jednak patrząc na cały proceder pod innym kątem, można zrozumieć pogląd głoszący, że akt zebrania to błogosławieństwo płynące od samej bogini, która za pośrednictwem kapłanów zsyła na przebywających w Gujaarehu wieczny spokój. Oczywiście nie zawsze odesłanie duszy do krainy snów odbywa się bezproblemowo, co jest kolejnym, intrygującym elementem tej mitologii. Obawiam się, że zaraz zdradzę zbyt wiele informacji i zepsuję Wam radość z samodzielnego odkrywania kolejnych zawiłości gujaareńskich wierzeń, dlatego porzucam już ten temat, ale polecam zapoznanie się z powieścią, chociażby ze względu na opisane powyżej zagadnienia.

Teraz niestety przyszedł czas na wyszczególnienie tego, co w książce nie zyskało mojego uznania. Zacznę od przewidywalnej intrygi, bo autorka nie zadbała o to, żeby czytelnikowi trochę utrudnić życie i zmusić go do zastanawiania się nad kilkoma możliwymi scenariuszami rozwoju wydarzeń. Odbiorca może bardzo szybko zorientować się, kto uknuł spisek i po co to zrobił. Motywy takie jak pragnienie zdobycia nieograniczonej władzy nad ludźmi czy chęć zgłębienia tajemnicy nieśmiertelności są tak często eksploatowane w przeróżnych opowieściach, że trzeba dodać do nich coś więcej, żeby wzbudzić w czytelniku emocje. Jemisin chyba o tym zapomniała, ponieważ bardzo szybko zorientowałam się, kto w tej historii jest czarnym charakterem, kto poświęci swoje życie dla zachowania równowagi i pokoju na świecie itd. W książce pojawia się także siejąca spustoszenie bestia, ale odkrycie tożsamości postaci, która się w tego potwora przemieniła również nie było dla mnie zaskoczeniem. W pierwszym akapicie wspomniałam, że od czasu do czasu powiało nudą i oczywiście podtrzymuję tę obserwację, mimo że w Zabójczym księżycu obecne są także pełne napięcia dialogi oraz fragmenty opisujące widowiskowe potyczki między bohaterami. Czasami czułam się znużona lekturą, ponieważ historia jest właściwie jednowątkowa. Moim zdaniem nie zaszkodziłby tej powieści jakiś dodatkowy motyw urozmaicający główny tok wydarzeń.

Często narzekam na wątek romantyczny w książkach. Marudzę, że bohaterowie przez kilkanaście stron dumają nad tym czy wybranek tudzież wybranka serca okażą im swoją łaskawość. Przeszkadzają mi tak lubiane przez wielu pisarzy intrygi zbudowane wokół miłosnego trójkąta. Nudzę się czytając wyznania zakochanych. Ale tym razem stwierdzam, że jakiś romansik między postaciami przydałby się do zintensyfikowania emocji odczuwanych przez czytelnika. Wydaje mi się, że mogłabym wykrzesać więcej sympatii do Ehiru lub do młodego praktykanta Nijiriego, gdyby kogoś obdarzyli uczuciem; gdyby ktoś obawiał się o ich życie. Autorka co prawda zasugerowała, że Ehiru i Nijiriego mogłoby połączyć coś wykraczającego poza więź mistrz-uczeń, ale jakoś za mało pasji, a za dużo służalczości praktykanta było w tej relacji. Jedynie energiczna Sunandi – dyplomatka z sąsiadującej Kisui zyskała moją sympatię, wobec czego jej los nie był mi obojętny.

Za najciekawszy element książki N.K. Jemisin uważam wspomnianą mitologię, ale podobały mi się także opisy budynków, świątyń czy codziennych zajęć mieszkańców Gujaarehu, przywodzące na myśl starożytne realia. Natomiast fabuła mnie nie porwała, ponieważ uważam ją jedynie za poprawną i w gruncie rzeczy dość pospolitą. Sami musicie zdecydować czy bogactwo wykreowanego świata wynagrodzi Wam inne niedostatki.
 
Ocena: 3 / 6

Cykl Sen o Krwi 
 2. The Shadowed Sun

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Akurat.

Książka przeczytana w ramach wyzwania Klucznik

Tu kupisz Zabójczy księżyc:

http://muza.com.pl/fantastyka/1530-zabojczy-ksiezyc-9788377585818.html?dosiakksiazkowo