9 listopada 2013

Szwy - Wacław Holewiński


Wydawnictwo: Zyska i S-ka
Liczba stron: 356

Urodziłam się po roku 1989, więc czasy PRL znam jedynie z opowieści najbliższych oraz obejrzanych filmów czy przeczytanych książek. Niestety nie mogę pochwalić się obszerną wiedzą ze szkoły, bo na lekcjach historii zawsze brakowało czasu na omówienie dziejów naszego kraju sprzed dwudziestu czy trzydziestu lat, ale to sprawa na osobny wpis. Mam wrażenie, że obecnie o ówczesnym ustroju mówi się niewiele. Czasami przywoływane zostają zabawne lub absurdalne sytuacje rodem z filmów Stanisława Barei, ale te poważne, bulwersujące i bolesne kwestie rzadko kiedy są poddawane debacie. A przecież nie powinno się zapominać, że okres komunizmu to nie tylko długie kolejki, spodnie z Peweksu i pomarańcze na święta, ale także nieuzasadnione przesłuchania, internowania, przymusowe emigracje oraz morderstwa, za które nikt nigdy nie poniósł kary.

Wacław Holewiński w powieści Szwy podejmuje temat nierozliczenia się z przeszłością i niesprawiedliwości wynikającej z tego faktu. Jak to możliwe, że ludzie, którzy kilkadziesiąt lat temu dopuszczali się własnoręcznie, zlecali lub tuszowali zabójstwa niewinnych osób, wiodą spokojne, często dostatnie życie? Dlaczego ktoś, komu radość sprawiało pastwienie się nad aresztowanymi, dzisiaj traktowany jest jako zasłużony obywatel, któremu po śmierci należy się pogrzeb z honorami? Wydawałoby się, że w demokratycznym państwie takie rzeczy nie powinny mieć miejsca. A jednak się zdarzają i nic się nie zmieni dopóki u władzy wciąż będą ludzie z poprzedniego ustroju. Główny bohater Szwów pisze książkę o zakatowanym z 1985 roku Tomaszu Miteńce. Młody chłopak zginął z rąk milicjantów, ponieważ nie miał przy sobie dowodu osobistego. Sprawcy nie ponieśli kary, śledztwo nigdy nie zostało wszczęte, wszystko szybko zatuszowano. Po latach niezależny pisarz bada okoliczności śmierci Miteńki, próbuje dotrzeć do ludzi, którzy mieli związek z tą sprawą i postawić przed sądem oprawców. Jak można się domyślać, nie będzie to łatwe zadanie, bo komuś wyraźnie zależy na tym, żeby historia tego młodego chłopaka nigdy nie ujrzała światła dziennego.

W powieści pojawia się także wątek romansowy, ponieważ główny bohater spotyka się z dużo młodszą kobietą. Ich związek ma niestandardowy charakter, bo widują się od dwóch lat, ale unikają wszelkich zobowiązań i deklaracji. Moim zdaniem postać Joanny została wpleciona do historii tylko po to, by przeszłość miała jeszcze większy wpływ na życie Maksa. Nie chcę zdradzać w jaki sposób kobieta jest związana z czasami komunizmu, jednak pewne fakty stanowią dla pisarza barierę nie do przebycia. Niestety uważam, że ten wątek nie został w pełni wykorzystany. Liczyłam na nieco większą sensacyjność, a ponadto opisy spotkań Maksa i Joanny są mało interesujące. Bohaterowie albo idą ze sobą do łóżka, albo prowadzą sztuczne, nic nieznaczące rozmowy. Mimo tego radzę nie zniechęcać się do dzieła Holewińskiego, ponieważ to odważna i mocna analiza naszego społeczeństwa. Wnioski z niej płynące są pesymistyczne, ale czasami trzeba zmierzyć się z rzeczywistością i spojrzeć prawdzie w oczy. Jestem przekonana, że Szwy będą interesującą lekturą zarówno dla osób, doskonale pamiętających czasy PRL, jak i dla młodszych, którzy dzięki takim powieściom mogą uzupełnić swoją wiedzę.

Wiele wskazuje na to, że opisane w tej książce wydarzenia nie są fikcją literacką, a pod postacią pisarza Maksa kryje się sam autor powieści. Wacław Holewiński stworzył swoje alter ego w osobie bohatera, który nie może znieść powszechnej chęci zapomnienia o przeszłości i wszystkim, co z nią związane. Maks, podobnie jak Holewiński, w latach 80-tych był internowany, a później aresztowany. W swoim literackim dorobku ma już kilka książek, jednak to właśnie powstająca dopiero publikacja o Miteńce przysparza mu wrogów. Mężczyzna po raz kolejny w życiu przekonuje się, że macki komunistycznych prominentów sięgają bardzo, bardzo daleko. Niemal wszyscy, z którymi rozmawia, nakłaniają go do porzucenia zamiaru wydania książki o pobitym na śmierć studencie, argumentując że należy dać spokój temu, co było i nie rozdrapywać ran. Mimo tego Maks jest nieprzejednany i konsekwentnie dąży do odkrycia prawdy. Nie cofa się nawet, gdy otrzymuje wyraźne sygnały, że komuś nadepnął na odcisk i robi się naprawdę niebezpiecznie. Z jednej strony jego postawę uważam za godną podziwu. To dobrze, że komuś ciągle zależy, że ktoś oburza się na niesprawiedliwość i robi wszystko, by mordercy nie uniknęli kary. Ale z drugiej, zaczęłam zastanawiać się czy, niektórym osobom takie zachowanie nie przysporzy więcej zmartwień niż pociechy. Bynajmniej nie mam na myśli oprawców i ludzi zamieszanych w tuszowanie sprawy, ale matkę Miteńki, jego dziewczynę i wszystkich, którzy dużo ryzykują, zdobywając potrzebne Maksowi informacje. W końcu chłopakowi życia nikt nie zwróci, a wspominanie tragicznej śmierci ukochanej osoby, otwiera ledwie zabliźnione rany.

W trakcie czytania powieści nie mogłam pozbyć się wrażenia, że w wielu fragmentach Wacław Holewiński pisze o swoich doświadczeniach i poglądach. Myślę, że to zasługa zarówno pierwszoosobowej narracji, jak i specyficznych wstawek nazywanych „Notatnikiem z rozdartego podbrzusza”, które mają charakter komentarzy do aktualnych wydarzeń ze świata polityki, gospodarki czy biznesu. Ten swoisty dziennik pozwala zdystansować się od głównego wątku, na dodatek obserwacje w nim poczynione są niezwykle trafne i dające do myślenia. Za zaletę uważam też to, że autor o wielu rzeczach pisze wprost, czyli często wymienia konkretne osoby z imienia i nazwiska, odnosi się do wydarzeń z najnowszej historii Polski, co potęguje wrażenie, że Szwy to bardzo osobista książka Holewińskiego. Sprawa śmierci młodego chłopaka również nie jest fikcją, ponieważ w 1985 milicja zakatowała studenta Politechniki Gdańskiej Marcina Antonowicza, a sprawców nigdy nie ukarano. Aż strach pomyśleć ilu ludzi spotkał ten sam los. Trudno pogodzić się z tym, że takie wydarzenia miały miejsce zaledwie kilkadziesiąt lat temu. Warto sięgnąć po Szwy i zobaczyć tą drugą, znacznie ciemniejszą stronę PRL, o której dzisiaj rzadko się wspomina.

Ocena: 4,5 / 6 

Książka przeczytana w ramach wyzwania Polacy nie gęsi

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.

4 listopada 2013

Do światła - Andriej Diakow


Wydawnictwo: Insignis Media
Liczba stron: 328

Sądzę, że Uniwersum Metro 2033 jest już tak popularne, że każdy miłośnik słowa pisanego przynajmniej słyszał o powieściach, których fabuła koncentruje się na niełatwej egzystencji ludzi ocalałych z nuklearnej katastrofy. Pomysłodawcą uniwersum jest Dmitry Glukhovsky, ale w projekt włączają się również inni pisarze, więc historii osadzonych w niezwykle niegościnnym dla człowieka świecie, sukcesywnie przybywa. Czytałam dwie książki Glukhovsky’ego, obie bardzo mi się podobały i przez długi czas obawiałam się sięgać po historie stworzone przez innych autorów, wychodząc z założenia, że nikt Glukhovsky’emu nie dorówna. W końcu jednak ciekawość zwyciężyła i postanowiłam przeczytać powieść Do światła Andrieja Diakowa.

Od czasu wojny Ziemia stała się miejscem niezwykle niebezpiecznym dla człowieka. Wysoki poziom promieniowania zmienił znane gatunki zwierząt oraz roślin w dziwne, zmutowane stwory, które polują na każdego, kto ośmieli się wyjść na powierzchnie. Życie w metrze jest nieporównywalnie bezpieczniejsze i spokojniejsze od tego, co dzieje się w tętniącym niegdyś energią mieście, ale nie zmienia to faktu, że uwięzieni w podziemnych tunelach ludzie, marzą o znalezieniu skrawka nieskażonego lądu. Gdy do stacji petersburskiego metra dociera informacja o tajemniczym świetle ukazującym się w okolicach Kronsztadu, grupa Stalkerów wyrusza w drogę, by dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat. Przewodnikiem oddziału jest doświadczony Taran, który z sobie tylko znanych powodów, wziął na pomocnika dwunastoletniego chłopca. Wśród Stalkerów znalazł się też duchowny nowej religii, przekonany o tym, że światło zwiastuje rychłe wybawienie dla mieszkańców podziemi. Czy rzeczywiście za pomocą sygnałów świetlnych ktoś próbuje się skontaktować z ocalałymi? Żeby poznać odpowiedź na to pytanie, bohaterowie będą musieli stawić czoła morderczej wędrówce przez zgliszcza cywilizacji.

Do książki Diakowa podeszłam dość nieufnie, ale już po przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów, nabrałam pewności, że nie będę żałować czasu spędzonego z tą lekturą. Wprawdzie Do światła nie jest powieścią tak dopracowaną jak dzieła Glukhovsky’ego, ale i w niej znalazłam elementy, dzięki którym stałam się fanką Metra 2033. Niemal cała akcja rozgrywa się na opanowanej przez mutanty powierzchni, co uważam za bardzo trafny zabieg, ponieważ właśnie charakterystyki świata zewnętrznego brakowało mi w książkach inicjatora projektu. Opisy zdewastowanego, zawładniętego przez dziwaczne istoty miasta, przyprawiały mnie o gęsią skórkę. Moja wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach, gdy czytałam o wielkich ptaszyskach krążących nad miastem lub o nienaturalnych rozmiarów nietoperzach czy kretach, które po prostu polowały na ludzi. Bohaterowie muszą zachowywać czujność przez cały czas, ponieważ utrata koncentracji prawie zawsze równa się stratą kogoś z załogi. Przez to, że poczucie zagrożenia ogarniało mnie na każdej stronie, nie przyszło mi go głowy, by narzekać na nudę czy monotonię. Andriej Diakow doskonale wie jak podkręcić emocje i nie pozwolić odbiorcy na obojętne prześlizgiwanie się wzrokiem po tekście.  

Oprócz tego, że kibicowałam wyprawie i przeżywałam każde spotkanie postaci z napromieniowanymi zwierzętami, to zastanawiałam się też, co czeka Stalkerów na końcu wędrówki. Rozsądek podpowiadał mi, że światło okaże się jedynie złudzeniem, ale serce kazało wierzyć, że nadzieje członków ekspedycji nie będą płonne. Oczywiście nie zdradzę, co wydarzyło się w finale, ale autorowi udało się wprowadzić element zaskoczenia, dzięki czemu powieść zyskała w moich oczach kolejny plus. Do światła to także opowieść o przywiązaniu jakie narodziło się między twardym, pozornie pozbawionym uczuć Taranem, a jego młodym kompanem, dwunastoletnim Glebem. Relacje między tymi bohaterami na początku pozbawione były jakiegokolwiek ciepła czy zrozumienia, jednak trudy wędrówki i liczne niebezpieczne przygody zbliżyły do siebie sierotę i doświadczonego Stalkera. Andriej Diakow duży nacisk położył na dynamiczny rozwój wydarzeń, ale niestety ucierpiały na tym charakterystyki bohaterów. Właściwie niewiele wiadomo o każdej z postaci. Czytelnik poznaje jedynie historię Gleba oraz kaznodziei, pozostali tworzą raczej niezbyt ciekawe tło. A szkoda, bo uważam, że dodatkowe wątki w niczym by nie zaszkodziły. Mam szczerą nadzieję, że chociaż Taran doczekał się porządnej charakterystyki w kolejnej części noszącej tytuł W mrok.

Poza tym nie ma się, do czego przyczepić. Książka została utrzymana w tej samej przerażająco-intrygującej atmosferze, co pierwsze powieści z cyklu Metro 2033. Postapokaliptyczna rzeczywistość przedstawiona w tym uniwersum jest wyjątkowo niepokojąca. Strachem napawa mnie myśl, że w jednej chwili człowiek może zniszczyć wszystko i wszystkich dokoła. Andriej Diakow nie pozostawia czytelnikom złudzeń. Ludzie potrafią przystosować się niemal do każdych, nawet najgorszych warunków, ale płacą za to bardzo wysoką cenę. Do światła zawiera kilka mocnych fragmentów, obrazujących, do czego zdolny jest nasz gatunek, gdy stawką jest przetrwanie. Pisarz posiada też zdolność budowania napięcia. W wielu momentach odczuwałam naglącą potrzebę poznania dalszych wydarzeń, ponieważ bohaterowie często znajdują się teoretycznie w sytuacji bez wyjścia i tylko od ich sprytu, odwagi oraz umiejętności fizycznych zależy czy uda im się przeżyć. Najbardziej przypadła mi do gustu scena, w której Gleb zamiast stać na czatach, postanowił zrobić sobie wycieczkę po obiekcie i wpadł w ogromne kłopoty. Na długo zapamiętam opis klaustrofobicznego pomieszczenia, do którego chłopak trafił oraz makabrycznego odkrycia, jakiego tam dokonał. Do światła to kawał dobrej historii, w której najważniejszymi elementami są dynamiczna akcja i dokładnie przedstawiony świat. Książka Diakowa nie zawiera wyszukanego stylu czy rozbudowanych wątków psychologicznych, ale sprawdza się jako zajmująca uwagę oraz wzbudzająca silne emocje rozrywkowa powieść.

Ocena: 4,5 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwania Book-Trotter

31 października 2013

Kamieniarz - Camilla Läckberg


Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 536

Kryminały Camilli Läckberg traktuję jako odskocznię od mrocznych i wzbudzających ogromne emocje historii, które rodzą się w umysłach innych pisarzy. W powieściach tej autorki wątki obyczajowe mają równie duże znaczenie, co zagadka kryminalna, a sama intryga zazwyczaj nie należy do bardzo skomplikowanych. Nie uważam, żeby wymienione cechy były wadami w przypadku twórczości Läckberg, ale warto wiedzieć, czego można spodziewać się po jej książkach. Kamieniarz to trzecia część cyklu o policjancie Patriku Hedströmie i jego partnerce Erice Falck. Po raz kolejny władze muszą zmierzyć się ze sprawą zabójstwa, która wstrząsnęła całą Fjällbacką. Na początku myślano, że kilkuletnia Sara Klinga utonęła w morzu w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Jednak sekcja zwłok wykazała, że dziecko miało w płucach ślady słodkiej wody i mydła. Policja nie może znaleźć żadnego punktu zaczepienia. Kto byłby na tyle okrutny, by utopić dziewczynkę w wannie, a następnie wyrzucić ciało do morza?

Powieść czytało mi się błyskawicznie. Pochłaniałam stronę za stroną i ani przez chwilę nie czułam się znudzona, mimo że w połowie książki domyśliłam się, kto zamordował małą Sarę. Zazwyczaj nie lubię zbyt wcześnie odkrywać tożsamości zabójcy, ponieważ wolę być nieustannie zaskakiwana rozwojem wydarzeń i wprowadzana przez autora w błąd. Läckberg nie stosuje żadnych chwytów mających zdezorientować czytelnika. Szwedzka pisarka pozwala odbiorcy poznać więcej szczegółów niż bohaterom, dlatego rozwikłanie intrygi nie stanowi dużego problemu. Na szczęście samo nabranie podejrzeń i przeświadczenie, że dana postać jest właśnie mordercą, nie wyjaśnia jeszcze wielu innych kwestii. Dzięki temu Kamieniarz pozostaje lekturą interesującą do samego końca. Liczne wątki obyczajowe również wpływają na atrakcyjność tej powieści, ponieważ zgrabnie łączą się ze sprawą zabójstwa, obnażając ludzkie przywary oraz dziwactwa. Podobało mi się także wprowadzenie historii z przeszłości, która przez długi czas wydaje się nie mieć żadnego związku ze śmiercią dziewczynki. Dopiero później poszczególne elementy układanki trafiają na swoje miejsce i wszystko zaczyna tworzyć logiczną całość.

Camilla Läckberg, podobnie jak większość szwedzkich autorów kryminałów, wykreowała bardzo wiarygodną postać policjanta prowadzącego dochodzenie. Patrik Hedström w niczym nie przypomina superbohatera, który dzięki niespotykanej intuicji lub innym rzadkim umiejętnościom, wpada na właściwy top. Mężczyzna jest ambitny, zdolny, ale przede wszystkim bardzo pracowity. Właśnie ta ostatnia cecha często decyduje o sukcesie jego działań. Gdy gnuśny szef Mellberg zrzuca na podwładnych swoje obowiązki, a starszy kolega Ernst tylko marzy o tym, by zerwać się ze służby do domu, Patrik wykazuje prawdziwe zainteresowanie śledztwem i robi wszystko, żeby jak najszybciej schwytać przestępcę. Cieszę się również, że Hedström nie jest typowym bohaterem kryminałów z licznymi problemami osobistymi, nałogami czy skłonnością do agresji. Policjant ma partnerkę i malutkie dziecko, więc można powiedzieć, że wiedzie udane życie rodzinne, chociaż oczywiście nie omijają go codzienne troski i zmartwienia. Dobrze jest czasami przypomnieć sobie, że świetny detektyw może być właśnie spokojnym, ułożonym mężczyzną, który po ciężkim dniu marzy o tym, żeby utulić dziecko do snu.

Szkoda, że po raz kolejny postać Eriki Falck została potraktowana po macoszemu. W pierwszej części kobieta była ważną bohaterką, brała udział w śledztwie, o ile dobrze pamiętam, zajmowała się też pisaniem książek. Niestety w drugiej powieści z cyklu autorka zmarginalizowała rolę Eriki. Miałam nadzieję, że w Kamieniarzu bohaterka powróci i znów będzie miała znaczący wpływ na rozwój wydarzeń. Nic z tego, pisarka wtłoczyła partnerkę Patrika w domowy kierat i niewiele pozostało z niegdyś odważnej, przebojowej kobiety. Rozumiem, że dzięki temu autorka pokazała trudny macierzyństwa i przytłaczającą codzienność, która w pewnym momencie dopada młodych rodziców, ale najwyższy czas, żeby pani Falck wróciła do gry. W powieści pojawia się wielu bohaterów, ale pisarce udało się uniknąć chaosu, więc z przyjemnością śledziłam fabułę i zagłębiałam się w życie kolejnych postaci. Ich złożoność stanowi ogromny atut tej książki. Czytelnik poznaje całą galerię osobowości. Od zamkniętej w sobie, zawsze podporządkowanej mężowi kobiety, poprzez ziejących wzajemną nienawiścią sąsiadów aż do cierpiącego na zespół Aspergera programisty, który nie potrafi odczytywać niewerbalnych komunikatów, przez co ma trudności w nawiązywaniu kontaktów z innymi ludźmi.

Z przyjemnością przeczytałam kolejną książkę Läckberg, mimo że akcja rozwija się raczej spokojnie, a tożsamość mordercy nie stanowi wielkiej zagadki. Kamieniarz jest przykładem dobrze napisanego, nieco lżejszego kryminału, który potrafi przyciągnąć uwagę odbiorcy i zapewnić mu kilkugodzinną rozrywkę. Pisarka postarała się o spójne połączenie wszystkich wątków oraz rozwiązanie każdej tajemnicy, więc na końcu miałam poczucie, że zdarzenia zostały wytłumaczone i odpowiednio umotywowane.  Lubię powieści tej pisarki, odnoszę wrażenie, że z każdą kolejną historią Camilla Läckberg doskonali swój warsztat, co pozwala mieć nadzieję na coraz lepsze i bardziej dopracowane książki. Ponadto zżyłam się z bohaterami, więc tym chętniej sięgnę po następne części cyklu. Przyznaję, że Kamieniarz nie należy do grona wybitnych szwedzkich kryminałów, ale mimo tego jest to lektura warta uwagi.

Ocena: 4,5 / 6

Cykl z Eriką Falck i Patrikiem Hedströmem:

4. Ofiara losu
5. Niemiecki bękart
6. Syrenka
7. Latarnik
8. Fabrykantka aniołów 

Książka przeczytana w ramach wyzwań: Book-Trotter, Trójka e-pik oraz Kryminalne Wyzwanie

26 października 2013

Mroczna bohaterka. Kolacja z wampirem - Abigail Gibbs


Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 560

Ominął mnie szał na powieści określane mianem romansów paranormalnych, które jeszcze do niedawna wprost zalewały ofertę wydawniczą. Szczególną popularność zdobyły historie opisujące miłość nieśmiałej, niezdającej sobie sprawy ze swojego uroku śmiertelniczki oraz pięknego, acz niebezpiecznego wampira. Najbardziej znaną powieścią tego typu jest oczywiście Zmierzch, stanowiący dla niektórych szczyt grafomaństwa, a dla innych będący wzorem interesującej sagi dla nastolatek. Kilka lat temu książki Meyer nie wydawały mi się złe, nie wiem jak odebrałabym je teraz, ale po poznaniu literackiego debiutu Abigail Gibbs jestem pewna, że długo nie sięgnę po żadną powieść, z wątkiem miłosnym między wampirem a człowiekiem. Mroczna Bohaterka służy bowiem za przykład książki, w której niemal wszystko jest irytujące, niedopracowane i infantylne.

Fabuła rozpoczyna w sposób sztampowy, chociaż na początku autorce udało się wyczarować iskierkę napięcia. Siedemnastoletnia Violet Lee przypadkowo staje się świadkiem brutalnego morderstwa kilkudziesięciu ludzi na Trafalgar Square. Dziewczyna nie może uwierzyć, że scena odgrywająca się na jej oczach, dzieje się w rzeczywistości. Nastolatka obserwuje bowiem jak po krótkiej wymianie zdań niezwykle szybkie i zwinne istoty rzucają się na trzydziestu zdrowych, silnych mężczyzn, zabijają ich w mgnieniu oka, a później wysysają krew z martwych ciał. Zszokowaną Violet dostrzega wampirzy książę Kaspar Varn, który niespodziewanie daruje jej życie, ale w zamian zabiera dziewczynę do swojego pałacu, ponieważ jako świadek stanowi ona zbyt wielkie zagrożenie dla wampirów. Violet zostaje wmieszana w polityczne rozgrywki i układy między krwiopijcami a ludźmi oraz w przedziwny związek z Kasparem. Młody wampir jednocześnie fascynuje i przeraża dziewczynę. Nadchodzi w końcu moment wyboru, bohaterka musi zdecydować jak postąpić, by ocalić nie tylko siebie i swoją rodzinę, ale także kruchy sojusz pomiędzy wrogimi gatunkami.

W materiałach promocyjnych zamieszczono informację, że Mroczna Bohaterka jest brytyjską odpowiedzią na Zmierzch i rzeczywiście w trakcie lektury da się odczuć, że Abigail Gibbs inspirowała się twórczością Meyer. Widać też, że młoda pisarka chciała przedstawić wampiry jako groźnie, nieprzewidywalne i mroczne istoty, stanowiące ogromne niebezpieczeństwo dla człowieka. U Gibss zabójczo przystojni krwiopijcy nie mają oporów przed polowaniem na ludzi i zabijaniem ich, mimo że mogą zaspokoić pragnienie bez mordowania ofiary. Moim zdaniem to jedna z nielicznych zalet tej powieści, ponieważ w kilku fragmentach naprawdę odczułam, że posągowo piękny Kaspar może jednym ruchem ręki pozbawić życia człowieka. Ponadto chęć wypicia świeżej krwi jest wielokrotnie silniejsza niż jakieś tam zakazy czy prośby. Natura zwycięża w tym przypadku i nie ma mowy o jakiejkolwiek zmianie postępowania. Niestety autorka nie podołała wyzwaniu wiarygodnego wykreowania romansu między wampirem a śmiertelniczką, ponieważ nie potrafiła wytłumaczyć jakim cudem dziewczyna zakochała się w kimś, kto na jej oczach zamordował wiele osób i otwarcie przyznaje się do tego, że będzie zabijał dalej.

Zresztą cała postać Violet Lee wydała mi się bardzo niedopracowana. Dziewczyna zostaje porwana przez wampiry i zamknięta w ich pałacu, na dodatek każdym kroku czyha na nią zagrożenie. Czy w takiej sytuacji umiera ze strachu, zmartwienia i tęsknoty za najbliższymi? A może wyraźnie daje do zrozumienia, że przebywa z tymi istotami wbrew swojej woli? Nie, nic z tych rzeczy. Violet niby tęskni za domem i normalnym życiem, ale zaskakująco szybko przystosowuje się do pałacowych obyczajów. Podziwia luksusowo wyposażone wnętrza, zachwyca się walorami fizycznymi wampirów, bierze udział w balu i swobodnie konwersuje sobie z potworami. Romans między Violet a Kasparem został stworzony w oparciu o dobrze znany schemat. On jest przystojny, zamożny i szorstki w obyciu, ponieważ nie może dojść do siebie po tragicznym wydarzeniu z przeszłości. Ona natomiast udaje zadziorną i charakterną osóbkę, ale w głębi serca jest słabą i wymagającą opieki dziewczyną. Fakt, że on jest wampirem, a ona człowiekiem wprowadza dodatkowe niedogodności, ale one również nie są żadną nowością. Autorka od początku stara się przekonać czytelników, że Kaspar jedynie bawi się dziewczyną, a Violet brzydzi wampirzymi zwyczajami. Wiadomo, że to nieprawda, ale mimo tego moment zakochania i pojawienia się wiecznej miłości powinien zostać lepiej zaakcentowany. Ni z tego, ni z owego bohaterów zaczyna łączyć uczucie, chociaż jeszcze kilka stron wcześniej kłócili się zażarcie. Przyznacie sami, że nie wypada to zbyt wiarygodnie.

Oprócz infantylnej i naiwnej głównej bohaterki czytelnicy otrzymują też historię przegadaną do granic możliwości. Jestem przekonana, że książka stałaby się bardziej znośna, gdyby uszczuplić ją o około dwieście stron. Niestety klamka zapadła, powieść jest obszerna, ale przez większą część lektury miałam wrażenie, że czytam po prostu o niczym. W Mrocznej bohaterce w miarę ciekawie robi się tylko na początku i na końcu, bo środek wypełniają puste, nic niewnoszące przekomarzania Kaspara i Violet lub opisy posiadłości, na zmianę z przedziwnymi snami/wizjami głównej bohaterki oraz wtrętami poświęconymi doskonałości wampirów. Abigail Gibbs podrzuciła też kilka motywów mających zapewne uatrakcyjnić powieść, takich jak przedwieczna przepowiednia, ludzie zajmujący się polowaniem na wampiry czy też istnienie kilku wymiarów zamieszkiwanych przez różne mroczne istoty. Pomysł nie był zły, ale po raz kolejny zawiodło wykonanie, ponieważ wszystkie te elementy zostają jako tako rozwinięte dopiero w finale. Na dodatek autorka tą przepowiednią załatwiła niewygodne dla siebie momenty, tłumacząc wszelkie idiotyczne zachowania bohaterów przeznaczeniem, z którym walczyć nie można. Nie zabrakło również miłosnego trójkąta, ponieważ Violet rozkochała w sobie jeszcze jednego wampira mieszkającego w królewskim pałacu. Szkoda tylko, że autorka nie miała pomysłu na rozwinięcie ani tego motywu, ani postaci Fabiana. Kiedy bohater zaczął przeszkadzać naszym gołąbeczkom, został po prostu odsunięty od dziewczyny i z dość sympatycznego chłopaka przemienił się w złośliwego gbura, który praktycznie nie pojawia się w drugiej połowie powieści, mimo że na początku jest ważną postacią. 

Sięgając po Mroczną bohaterkę miałam świadomość tego, że jest to romans paranormalny, więc najważniejsze będzie uczucie łączące bohaterów, ale jednak liczyłam na jakaś dawkę grozy, napięcia, a może nawet oryginalności. Byłam gotowa przymknąć oko na niewyszukany styl pisarski, wszak debiutanci mogą dopiero doskonalić swój warsztat, ale i to nie pomogło. Jak dla mnie książka jest po prostu nudna i jedyny plus, jaki zdołałam w niej dostrzec, to dość mroczne przedstawienie wampirów. Szkoda, że cała reszta wypada słabo i niewiarygodnie. Przy powieści Abigail Gibbs Zmierzch jawi się jako arcydzieło literatury młodzieżowej, więc dobrze się zastanówcie zanim zdecydujecie się na przeczytanie Mrocznej bohaterki.

Ocena: 2 / 6

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza.

Tu kupisz Mroczną bohaterkę:

http://muza.com.pl/fantastyka/1486-mroczna-bohaterka-kolacja-z-wampirem-9788377584897.html?dosiakksiazkowo