17 marca 2013

Oko jadeitu - Diane Wei Liang


Wydawnictwo: Philip Wilson
Liczba stron: 304


Wyzwanie Book-Trotter zakłada, że każdego miesiąca uczestnicy przeczytają, chociaż jedną książkę należącą do literatury wybranego kraju. W marcu należy zmierzyć się dziełami pisanymi przez Chińczyków. Szukając w domowej biblioteczce odpowiedniej lektury, natrafiłam na zapomniany egzemplarz powieści nieznanej mi wcześniej pisarki Diane Wei Liang. Ponieważ Oko jadeitu spełnia podstawowe kryteria wyzwania stwierdziłam, że to właśnie ta książka będzie towarzyszyć mi w wolnych chwilach. Niestety nie podjęłam najlepszej decyzji, bo szybko okazało się, że fabuła wykreowana przez Diane Wei Liang nie należy do emocjonujących i zajmujących. A na dodatek w trakcie przetrząsania wszystkich zakamarków, w których za wszelką cenę staram się zmieścić zalewające pokój książki, odkryłam jeszcze jedną, wciąż nieprzeczytaną powieść tej pisarki.

W Chinach oficjalnie nie istnieje zawód prywatnego detektywa, ponieważ jest zabroniony przez prawo. Jednak ludzie zawsze znajdą jakiś sposób, by obejść przepisy i świadczyć nielegalne usługi. Jedną z taki osób jest trzydziestoletnia Mei Wang, która pod szyldem agencji informacyjnej, prowadzi własne biuro detektywistyczne. Kobieta jest niezależna, nowoczesna i odważna, więc na brak zleceń nie może narzekać. Kiedy przyjaciel rodziny, nazwany przez bliskich wujkiem Chenem, prosi o odnalezienie drogocennego przedmiotu z dynastii Hen, Mei nie waha się ani chwili i przyjmuje zlecenie. Szukając artefaktu, mogącego przynieść właścicielowi prawdziwą fortunę, bohaterka przekonuje się, że w Chinach wciąż obecne są echa wydarzeń z okresu Rewolucji Kulturalnej, a interesowanie cudzymi sprawami może być zgubne zarówno dla niej samej, jak i dla jej rodziny.

Sięgając po Oko jadeitu byłam przekonana, że będę miała do czynienia z typową powieścią detektywistyczną, ożywioną przez egzotyczne miejsce akcji. Niestety książka w niewielkim stopniu pokrywa się z moimi wcześniejszymi wyobrażeniami, ponieważ motyw poszukiwań tytułowego przedmiotu miesza się z wieloma innymi wątkami, składającymi się na tę historię. Nie chcę zaczynać od narzekania, więc najpierw przyjrzę się pozytywom powieści Diane Wei Liang. Atutem książki jest niewątpliwie postać głównej bohaterki, która jawi się jako zdecydowana, silna i bezkompromisowa kobieta. Mei Wang nie żyje tak, jak wiele jej rówieśniczek, ponieważ nie wyobraża sobie zamknięcia w złotej klatce i istnienia jedynie jako żona zamożnego męża. Nie zależy jej też na łatwych pieniądzach, które mogłaby zarobić jako kochanka wpływowych mężczyzn. Bohaterka nie potrafi dogadać się z matką, ponieważ rodzicielką nieustannie wypomina jej, że izoluje się od innych ludzi, nie dba o znalezienie dochodowej pracy i ułożenie sobie życia osobistego. Również relacje z młodszą siostrą Lu pozostawiają wiele do życzenia. Mei wyraźnie różni się od innych kobiet z rodziny, ale to właśnie dzięki swojemu charakterowi jest w stanie rozwiązać powierzoną przez Chena sprawę i zachować zimną krew w obliczu informacji rzucających cień na przeszłość jej bliskich.

Zaznaczenie wątków takich jak zgubny wpływ hazardu, niespełniona młodzieńcza miłość czy pobyt w obozie pracy mogłoby skutkować nakreśleniem historii obfitującej w wiele niespodziewanych zwrotów akcji. Jednak autorka z jakichś powodów postanowiła ograniczyć dynamikę w następujących po sobie wydarzeniach do minimum. W powieści nie ma ani krzty napięcia i niepewności, co do dalszych losów bohaterów. W połowie książki zorientowałam się, że czuje się, jakbym wciąż tkwiła gdzieś na początku opowieści, i z niecierpliwością czekam na jakieś spektakularne wydarzenie. Nic takiego się tutaj nie dzieje. Diane Wei Liang nie nudzi czytelnika, ale też nie potrafi go porwać i sprawić, żeby nieustannie zastanawiał się, co będzie dalej. Mei Wang rozwiązuje zagadkę, poznaje przeszłość swojej rodziny, spotyka dawnego ukochanego, ale to wszystko jest wyprane z emocji. Żałuję też, że pisarka nie rozbudowała bardziej kilku wątków, a jedynie je zasygnalizowała. Gdyby zdecydowała się poświęcić innym bohaterom nieco więcej miejsca na kartach powieści, zapewne całość wzbudziłaby we mnie większy entuzjazm.

Jeśli chodzi o ducha egzotyki, którego miałam nadzieję poczuć w trakcie lektury to nie jest źle, ale do ideału sporo brakuje. Autorka zdradza dużo wydarzeń z biografii Mei, co w pewnym stopniu pozwala poznać życie we współczesnych Chinach, ale znów nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby bardziej szczegółowo opisała układy panujące wśród bogatych i wpływowych oraz ich możliwości wynikające z zajmowania określonego stanowiska, to zapamiętałabym tę książkę na dłużej. A tak, zapewne za miesiąc, dwa, nie będę już potrafiła powiedzieć, o czym właściwie traktuje ta historia. Diane Wei Liang była na dobrej drodze, ponieważ zwróciła uwagę na zwyczaje panujące w chińskiej rodzinie, na specyfikę ogromnego Pekinu, w którym tak łatwo przepaść bez wieści oraz na próby pogodzenia takiej, a nie innej historii państwa z oznakami nowych czasów. Jednak zabrakło emocji, napięcia i tego czegoś, co bezbłędnie wyczuwa się jako talent w przedstawianiu zawiłych i skomplikowanych losów bohaterów. Oko jadeitu jest poprawną książką. Na pierwszy rzut oka nic nie drażni, a wszystko układa się w logiczną całość, ale jak zaczniemy zastanawiać się nad paroma wątkami i wnikliwiej im się przyglądać, to może okazać się, że wiele tej powieści brakuje. Ze swojej strony nie polecam, ale też nie chcę jakoś specjalnie odradzać. Może ktoś inny wyniesie z tej lektury więcej niż ja. 


Ocena: 3,5 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwania Book-Trotter 

14 marca 2013

Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich - Małgorzata Gutowska-Adamczyk


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 480

Małgorzata Gutowska-Adamczyk zyskała popularność dzięki powieściom wchodzącym w skład trylogii Cukiernia pod Amorem. Podróż do miasta świateł to kolejna książka zapraszająca czytelników do niewielkiego, ale urokliwego Gutowa, w którym przeszłość wciąż silnie zaznacza swoją obecność. Iga Toroszyn dowiaduje się, że coraz częściej łupem złodziei dzieł sztuki padają obrazy Rose de Vallenord. Martwi się więc, że portret hrabiego Zajezierskiego, będący od wielu lat w posiadaniu rodziny, również zostanie skradziony. Iga nie ma jednak pewności czy obraz rzeczywiście namalowała Róża z Wolskich, dlatego prosi o pomoc historyka sztuki Ninę Hirsch. Okazuje się, że mieszkająca obecnie w Warszawie Nina pochodzi z Gutowa, a jej życie w pewien sposób łączy się z losami słynnej malarki. Kobieta stara się nie tylko poznać tajemnicę obrazu i dowiedzieć się jak najwięcej o Rose de Vallenord, ale także próbuje wyzwolić się spod wypływu despotycznej matki, pragnącej kontrolować dorosłą córkę na każdym kroku.

Żałuję, że nie czytałam jeszcze Cukierni pod Amorem, ponieważ mam wrażenie, że nowa powieść Gutowskiej-Adamczyk w pewien sposób domyka losy bohaterów trylogii. Oczywiście pojawiły się nowe postaci i nowa historia, ale nie mogę pozbyć się odczucia, że lepiej byłoby, gdybym lekturę wcześniejszych książek pisarki miała już za sobą. Mimo tego dyskomfortu Podróż do miasta świateł umożliwiła mi przeniesienie się do burzliwego, ale fascynującego Paryża z czasów belle époque, którego nie można tak po prostu wyrzucić z pamięci po przeczytaniu książki, ponieważ jego charakterystyka jednocześnie wzbudza tęsknotę za dawnymi czasami i ulgę, że pewne wydarzenia już przeminęły. Autorka wprowadza czytelnika zarówno w świat paryskiej elity rządzonej przez konwenanse i hierarchię wynikającą z pochodzenia oraz posiadanego majątku, jak i biedoty zastanawiającej się jak przeżyć kolejny, naznaczony trudem i cierpieniem dzień. Jestem pod wrażeniem wysiłku jak musiała włożyć Małgorzata Gutowska-Adamczyk w to, żeby z taką dokładnością przedstawić ówczesne realia i wydarzenia polityczne, które na zawsze zapisały się w dziejach Europy. Zobrazowany przez nią Paryż to miasto kontrastów oraz zaskakujących zasad i zwyczajów przestrzeganych przez mieszkańców. O statusie człowieka świadczyła przede wszystkim dzielnica w jakiej mieszkał, później liczba zajmowanych pokoi i jakość mebli, a także służba, gotowa spełnić każdą zachciankę. O tym jak łatwo można było stracić pozycję i szacunek innych przekonały się bohaterki powieści.

Przeszłość splata się z teraźniejszością w tej książce, ale niestety istnieje spora dysproporcja między zainteresowaniem jakie wzbudziła we mnie Róża, a tym, co czułam czytając o Ninie. Postać Róży z Wolskich to świetnie nakreślony portret kobiety niepasującej do czasów, w których przyszło jej żyć. Z jednej strony bohaterka pragnęła niezależności, ponieważ pociągały ją zajęcia uważane za niepotrzebne i rozpustne, a tym samym tolerowane jedynie u mężczyzn. Ale z drugiej nieustannie wahała się pomiędzy podjęciem decyzji zgodnej z własnymi potrzebami, a wyborem życiowej drogi narzucanej przez rodzinę i status społeczny. Róża nie umiała stanowczo postawić na swoim, ale nie potrafiła też spełnić oczekiwań matki, degradując się jedynie do roli ładnej, ale niewyróżniającej się niczym szczególnym żony jakiegoś zamożnego mężczyzny. A niestety taki los czekał każdą szanującą się pannę z towarzystwa. W powieści wyraźnie widać jak trudno było kobiecie wyzwolić się spod wpływu wpajanych latami przekonań. Mężczyzna mógł zaniedbywać rodzinę, miał społeczne przyzwolenie na posiadanie licznych kochanek, ale kobieta nie istniała nawet jako osoba godna poważnej rozmowy i zainteresowania wykraczającego poza zwyczajowy flirt. W pewnych kręgach pokazywanie się z kochanką było aprobowane jako znak bogactwa mężczyzny, który potrafi zaspokoić materialne potrzeby nie tylko rodziny, ale także luksusowej utrzymanki. Nic dziwnego, że to środowisko jawiło się matce Róży jako zepsute i zdegenerowane. Krystyna Wolska nie umiała okazywać córce czułości i miłości. Wychowała się wśród polskiej szlachty, gdzie rodzice nie roztkliwiali się nad swoim dziećmi, ale dbali o ich pozycję i szacunek wśród innych. Takie same zasady Krystyna stosowała wobec Róży, co stanowiło źródło częstych sprzeczek i kłótni między matką a córką. Relacje łączące te dwie bohaterki są bardzo skomplikowane, ale autorka przedstawiła obie kobiety w sposób pozwalający mi zrozumieć motywację każdej z nich. Wiem, dlaczego Róża nie potrafiła podporządkować się dawnym zwyczajom i, co sprawiło, że nie czuła więzi z ojczyzną, ale potrafię sobie również wyobrazić przerażenie ogarniające Krystynę na myśl, że jej jedynaczka będzie żyła jako zdziwaczała malarka bez własnej rodziny.

Na tle tak wyrazistych postaci Nina i Irena Hirsch wypadają po prostu nijako. Ze smutkiem muszę zauważyć, że Ninę odebrałam jako pospolitą i sztywną profesorkę, która nie potrafi stać się kowalem własnego losu. Róża w XIX wieku miała więcej samozaparcia i ciekawości świata niż teoretycznie nowoczesna kobieta, za jaką uważa się Nina. Wątek współczesny jest moim zdaniem mało intrygujący. Niby Nina jest pasjonatką sztuki, ale zupełnie tego nie widać. Na dodatek jej losy przypominają życie Róży, ale to jeszcze bardziej uwidacznia miałkość tej postaci, jakby Nina była nieudaną kopią, z którą nie wiadomo, co zrobić. Podobnie odebrałam Irenę Hirsch – zgorzkniałą i okrutną matkę Niny, zachowującą się nad wyraz egoistycznie. Krystyna miała powody, by traktować Różę w taki a nie inny sposób, ale Irena? Ona gra w tej książce trochę nieuzasadniony czarny charakter; jest wiedźmą, żeby nadać akcji dramatyzmu, ale to dla mnie najmniej wiarygodna bohaterka z całej książki. Nie przypadkiem tyle miejsca poświęcam na dywagacje nad postaciami kobiecymi, ponieważ Podróż do miasta świateł to historia kobiet i to nie tylko tych wysuwających się na pierwszy plan. Jesienią ukaże się kolejna książka Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, będąca kontynuacją tej historii i muszę przyznać, że czekam na nią z niecierpliwością właśnie ze względu na Różę. 

Ocena: 4,5 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik 

10 marca 2013

Profesor Pedro Intensywny kurs dla średnio zaawansowanych - platforma multikurs.pl



Niedawno pisałam o fiszkach pomagających w nauce języków obcych i chociaż nadal uważam, że to świetny sposób na wzbogacanie zasobu słownictwa, to fiszki mają poważną konkurencję, ponieważ trafiłam na pomoc naukową, która sprawiła, że po wielu miesiącach przerwy wróciłam do zgłębiania tajników hiszpańskiego. Mowa o platformie multikurs.pl, mającej w ofercie materiały do nauki dziewięciu języków obcych na podstawowym i średnio zaawansowanym poziomie. Oprócz angielskiego, hiszpańskiego, włoskiego, niemieckiego, rosyjskiego czy francuskiego można rozpocząć naukę znacznie bardziej egzotycznych języków takich jak arabski, chiński i japoński. Przyznam, że zwłaszcza ten ostatni wydał mi się bardzo kuszący, bo o poznaniu japońskiego, chociaż na podstawowym poziomie, myślę już od jakiegoś czasu. Jednak ostatecznie rozsądek zwyciężył i postanowiłam wrócić do hiszpańskiego, który nadal wydawał mi się pięknie brzmiącym i dość łatwym w opanowaniu językiem.


Wybrałam intensywny kurs dla średnio zaawansowanych i pełna optymizmu rozpoczęłam wirtualne lekcje. Tym, co od razu bardzo pozytywnie nastawiło mnie do korzystania z platformy jest jej funkcjonalność. Zamiast stosów płyt, podręczników, książek do nauki gramatyki, kartek i karteczek, które przerażają już samą swoją objętością i zniechęcają do nauki, potrzeba jedynie dostępu do Internetu. Nie trzeba więc zabierać wszystkich pomocy ze sobą, gdy mamy zamiar poszerzać wiedzę, np. w podróży czy w pracy. Kolejną zaletą kursu jest jego podział na kilkanaście modułów takich jak, np. rodzina i przyjaciele; sztuka, kultura i rozrywka; nowe technologie czy też finanse oraz państwo i polityka, w obrębie których dostępnych jest szereg lekcji ćwiczących umiejętności pisania, rozumienia ze słuchu i czytania, a także uczących gramatyki i słownictwa. Słowem, wszystko, co oferują tradycyjne kursy w szkołach językowych można mieć na wyciągnięcie ręki dzięki platformie multikurs.pl.


Każdy temat opracowany został rzetelnie i profesjonalnie. Na początku użytkownik zapoznaje się z krótkim dialogiem, później uczy się poszczególnych słówek i wyrażeń, następnie ćwiczy wymowę i pisownie, a na końcu gramatykę. Bardzo podoba mi się to, że każde zadanie zostaje przez lektora odczytane, dzięki czemu od razu osłuchuję się z językiem. Oprócz tego zawsze można kliknąć na opcję tłumaczenia dłuższego tekstu czy ciekawostki dotyczącej konkretnego państwa, więc wszystko jest wyjaśnione i wytłumaczone. Istnieje też możliwość nagrywania wypowiadanych przez siebie słów, by skontrolować poprawność wymowy. W krótkim opisie kursu zamieszczono informacje, że nauka odbywa się w sposób kompleksowy i profesjonalny. Mogę się z tym zgodzić, ponieważ po raz pierwszy poczułam, że nauka języka obcego nie musi oznaczać uczęszczania na czasochłonne i drogie lekcje w szkołach językowych. Za rozsądną cenę istnieje szansa rozwinięcia swoich umiejętności w dogodnym miejscu i o wybranej porze. Na początku trochę obawiałam się, że kurs online raczej nie zawiera zadań utrwalających pisownię, a natłok materiału sprawia, że zdobyta wiedza szybko ulatuje z głowy. Na szczęście martwiłam się na zapas, bo wiele ćwiczeń wymaga nie tylko znajomości znaczenia, ale także właściwej pisowni. Podobnie jest z gramatyką, która zostaje objaśniona w sposób jasny i przystępny. Do poszczególnych zagadnień dobrano przykłady, dzięki czemu nie taka ta gramatyka straszna, jak się wydaje :)


Interfejs nie powinien nikomu sprawić kłopotu, ponieważ jest maksymalnie prosty, ale jednocześnie funkcjonalny. Korzystanie z kursu online odbywa się bez trudności, aplikacje szybko się ładują, a wszystko zostało dokładnie opisane, co pozwala użytkownikowi na zapoznanie się z zagadnieniami wchodzącymi w skład konkretnych lekcji. Dodatkową zaletą kursu są zabawne animowane filmiki, gry językowe i szereg ciekawostek związanych z kulturą konkretnego kraju. Ponadto można na bieżąco śledzić swoje postępy w nauce, powtarzać ćwiczenia, rozwiązywać testy, a na zakończenie otrzymać specjalny certyfikat ukończenia kursu. Jedyny minus jaki dostrzegłam to brak kursów na poziomie wyższym niż średnio zaawansowany. Przy takiej różnorodności językowej przydałby się również bardziej zróżnicowany wybór poziomów. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości oferta zostanie uzupełniona, bo naprawdę jestem miło zaskoczona kursem online, który dzięki interaktywności, atrakcyjnej formie i bogatemu zasobowi wiedzy sprawił, że na nauce spędziłam wiele godzin. Zainteresowanych odsyłam do strony multikurs.pl 

5 marca 2013

Mężczyzna, którego nie chciała pokochać - Federico Moccia


Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 352

W obliczu tragedii człowiek zrobi wszystko, by odwrócić od siebie nieszczęście. Prosi Boga o pomoc, zaklina los, obiecuje sobie, że zrezygnuje z tego czy tamtego, jeśli tylko wszystko skończy się dobrze. Dokładnie tak postąpiła Sofia Valentini, gdy jej chłopak Andrea uległ poważnemu wypadkowi. Dziewczyna była niezwykle utalentowaną pianistką, miała przed sobą świetlaną przyszłość i w ciągu jednej chwili wszystko się zmieniło. W szpitalnej kaplicy przysięgła, że zrezygnuje ze swojej największej pasji, zajmującej tak ważne miejsce w jej życiu, jeśli tylko Bóg ocali najbliższą jej osobę. W pewien sposób modlitwa Sofii została wysłuchana, ponieważ Andrea przeżył, ale diagnoza nie pozostawiała złudzeń – już nigdy nie będzie mógł chodzić. Minęło osiem lat od tamtych wydarzeń. Sofia wiedzie uporządkowane życie z Andreą, porzuciła karierę, niemal całkowicie wyrzekając się muzyki. Ale nagle los stawia na jej drodze przystojnego, bajecznie bogatego mężczyznę, który przywykł do tego, że zawsze dostaje to, czego chce. A teraz pragnie Sofii i zrobi wszystko, by kobieta mu uległa. Tancredi wie jak złamać jej opór, bo dostrzega w Sofii ten sam ból, który i jego nie opuszcza od wielu, wielu lat.

Nie ukrywam, że do tej książki przyciągnęło mnie nazwisko znanego pisarza. Nie czytałam żadnej jego powieści, ale bez wahania sięgnęłam po najnowsze dzieło, gdy tylko nadarzyła się ku temu sposobność. Powinnam teraz napisać czy ta historia mnie urzekła, czy rozczarowała, ale trudno to zrobić, gdy wciąż odczuwam tyle sprzecznych emocji. Z jednej strony jestem zadowolona, ponieważ Moccia skonstruował ciekawą intrygę z bardzo wyrazistymi bohaterami. Ale z drugiej, nie mogę mu wybaczyć pewnych zabiegów, które w moim odczuciu, zupełnie nie pasują do tej opowieści, bo bezlitośnie ją upraszczają i banalizują. Na pewno mogę stwierdzić, że nie żałuję przeczytania Mężczyzny, którego nie chciała pokochać i w przyszłości zamierzam poznać całą twórczość włoskiego pisarza, bo w jego pisarstwie jest coś, co przyciąga i fascynuje. Może to lekkość pióra, sprawiająca, że poszczególne miejsca i zdarzenia widziałam tak dokładnie, jakby były rzeczywistością rozgrywającą się na moich oczach? A może tym czymś jest zdolność do kreowania fabuł jednocześnie tak bliskich i tak dalekich od życia zwykłego człowieka? Jeszcze nie jestem w stanie rozgryźć stylu autora, ale zaczynam rozumieć fenomen jego popularności.

Dawno nie czytałam powieści, w której przez większą część historii nie byłam w stanie zrozumieć bohaterów i wytłumaczyć sobie, dlaczego postępują w ten sposób. Zazwyczaj bez trudu dostrzegam motywację postaci i nawet, jeśli nigdy w życiu nie zrobiłabym tego, co oni, to potrafię ich usprawiedliwić okolicznościami, wrodzonymi skłonnościami czy traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa. W przypadku tej książki nie umiałam tego zrobić. Nie zliczę ile razy pomstowałam w myślach na Sofię, przeklinając jej zatwardziałość i bezsensowny upór. Te cechy ujawniały się w najmniej potrzebnych momentach. Natomiast w sytuacjach, które naprawdę wymagały stanowczego „nie”, Sofia niespodziewanie zaczynała się wahać, sprawiając, że nagle te pozornie żelazne postanowienia znikały. Czasami podziwiałam ją ze cięte riposty i odparcie wielu pokus, ale innym razem z odrazą myślałam o jej postępowaniu i tym jak łatwo daje sobą manipulować. Ale nie tylko Sofia wzbudzała we mnie tak skrajne odczucia. Podobnie reagowałam na Tancrediego. Czy możliwe, żeby człowiek czerpał radość z niszczenia wszystkiego, co kocha ktoś inny? Czy własne nieszczęście usprawiedliwia ingerowanie w czyjeś życie i sukcesywne niszczenie w imię chwilowej zachcianki? A może to nie kaprys, a prawdziwa miłość, która nigdy więcej się nie powtórzy? Tancredi to dla mnie uosobienie człowieka, którego trzeba trzymać na dystans. Przeraziła mnie jego zachłanność i bezwzględność. Moccia najpierw pokazuje nam tę złą stronę bohatera, by później przekonywać, że jest usprawiedliwiona zdarzeniami sprzed wielu lat. Każdy indywidualnie musi zdecydować czy to wystarczające wytłumaczenie. Dla mnie Tancredi pozostał wyjątkowo antypatyczną postacią, której nie potrafiłam współczuć. Jest jeszcze Andrea, mąż Sofii. Biedny, niemający pojęcia o świecie czy przebiegły i egoistyczny do bólu mężczyzna?

Federico Moccia komplikuje losy bohaterów, wikła ich w różne zależności, ale na koniec zostawia czytelnika z mnóstwem wątpliwości. Niby zakończenie jest, ale niewiele z niego wynika. Zazwyczaj lubię niedopowiedzenia i możliwość własnej interpretacji, ale w tej powieści chciałabym po prostu dowiedzieć się, co tak naprawdę się wydarzyło i jaką decyzję podjęła główna bohaterka. Pozostaje mi snuć domysły albo czekać na kontynuację, ale nie zmienia to faktu, że finał uważam za zepsuty. Odnoszę wrażenie, że autor bał się jednoznaczności, jakby nie chciał wziąć odpowiedzialności za stworzone przez siebie postaci i zawirowania, które im funduje przez całą powieść. Na początku wspomniałam o zabiegach banalizujących całą historię, więc nadszedł czas, żebym się wytłumaczyła. Otóż, w tej książce trochę zbyt wiele oderwanych od codzienności wydarzeń. Możliwe, że tak właśnie miało być, ale mnie takie rozwiązanie irytowało. Tancredi jest bogaty i wpływowy, może mieć wszystko, dosłownie wszystko i wszystkich. Zapragnie kupić hotel? Proszę bardzo. Prywatna wyspa? Nic trudnego. Zechce poznać każdy szczegół z życia Sofii? Naturalnie, przecież dla jego ludzi zdobycie pamiętnika bohaterki, jej szkolnych wypracowań, karty zdrowia, a nawet zdjęcia przedstawiającego Sofię jako kilkutygodniowy płód, to betka. Podobnie jest z talentem bohaterki. Nie grając przez tyle lat kobieta zachowuje wszystkie umiejętności i nadal potrafi olśnić, wydobywając z instrumentu piękne i urzekające dźwięki.

Dlaczego pomimo tych zabiegów i niesatysfakcjonującego zakończenia cieszę się, że przeczytałam tę powieść? Odpowiedź zapewne zabrzmi dość górnolotnie, ale Mężczyzna, którego nie chciała pokochać pozwala spojrzeć na własne życie nieco z dystansu i zastanowić się nad rzeczami, które w przyszłości mogą nas spotkać. Ja utwierdziłam się w swoich przekonaniach i wiem, czego na miejscu każdego z bohaterów nigdy bym nie zrobiła. Ktoś może powiedzieć, że tak łatwo powiedzieć, bo przecież cała historia jest fikcją, a na dodatek pełno w niej nieprawdopodobnych zdarzeń. Zgoda, ale nie zmienia to faktu, że każdego mogą spotkać te same dylematy, bo pozbawione tej powieściowej otoczki nadal będą dotyczyły najważniejszych życiowych wyborów. 

Ocena: 4 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik 

P.S. Zainteresowanych wygraniem egzemplarza powieści, którą ostatnio recenzowałam, czyli "Assassin's Creed: Objawienia" zapraszam na facebookową stronę Grakademii. Więcej szczegółów o konkursie tutaj.