19 lipca 2015

Złe miejsce - Dean Koontz


Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 480
Rok pierwszego wydania: 1990
Rok polskiej premiery: 1991

W zeszłym tygodniu na fanpage’u bloga Śniący za dnia zobaczyłam informację, że 9 lipca Dean Koontz obchodzi urodziny i przypomniałam sobie, że już dawno temu obiecałam sobie wrócić do poznawania jego twórczości. Jako nastolatka czytałam jedynie Przepowiednię i chociaż powieść przypadła mi do gustu, to później jakoś nie miałam okazji, żeby sięgnąć po inne dzieła pisarza nazywanego największym rywalem Stephena Kinga. Szybko przejrzałam swoje zbiory i okazało się, że posiadam Złe miejsce oraz Oczy ciemności Koontza. Jak wiadomo zdecydowałam się na lekturę pierwszego tytułu, ale niestety nie mogę uznać tego wyboru za wyjątkowo trafny, ponieważ historia mężczyzny, który w niewyjaśnionych okolicznościach każdej nocy dosłownie znika z własnego domu, a po powrocie niczego nie pamięta, nie zainteresowała mnie tak bardzo, jak się spodziewałam.

Pierwsze rozdziały wyraźnie sugerują, że głównym bohaterem jest Frank Pollard, czyli wspomniany już mężczyzna cierpiący na niezwykłą przypadłość, objawiającą się sennymi wędrówkami nie tylko umysłu, ale też ciała. Niemal każdego rana Frank budzi się w innymi miejscu niż zasypiał i nie może przypomnieć sobie niczego poza własnym nazwiskiem. Ma jednak silne przeczucie, że jego tajemnicze podróże związane są z jakąś złowrogą, ścigającą go siłą. Gdy pewnego poranka odkrywa, że cały pokryty jest zakrzepłą krwią, a obok leży torba pełna pieniędzy nieznanego pochodzenia, postanawia szukać pomocy u prywatnych detektywów Bobby’ego i Julie Dakotów. Zanim jednak do tego spotkania dojdzie, Koontz zmusza czytelnika do śledzenia innych wydarzeń oraz bohaterów, co moim zdaniem niepotrzebnie wydłuża tę historię i dodaje kilka mało istotnych wątków. Z czasem okazuje się też, że to wcale nie Frank jest najważniejszą postacią, ponieważ na pierwszy plan wysuwają się przygody detektywistycznego małżeństwa. Oczywiście perypetie Dakotów związane są ze sprawą nocnego znikania ich klienta, ale mimo wszystko oczekiwałam większej koncentracji na osobie pogrążonego w amnezji mężczyzny.

Zazwyczaj lubię jak powieść podzielona jest na krótkie, dynamizujące akcję rozdziały, jednakże w przypadku Złego miejsca takie rozwiązanie nie sprawdziło się, zwłaszcza na samym początku. Otóż zanim jeszcze zdążyłam na dobre zainteresować się Pollardem i jego niecodzienną, lecz intrygującą przypadłością, autor przeniósł mnie w sam środek innego wątku, w którą główną rolę odgrywają Julie i Bobby. Wprawdzie następnie naprzemiennie poznawałam losy postaci, ale jak dla mnie cała ta początkowa akcja z Dakotami niczego interesującego nie wnosi. Spokojnie mogliby pojawić się dopiero w momencie spotkania Franka, co oszczędziłoby mi śledzenia ich nudnych rozmów oraz przesadzonych, bohaterskich scen, w których zwyczajna parka prywatnych detektywów zachowuje się niczym świetnie wyszkoleni członkowie jednostek specjalnych. Na szczęście później (czyli po jakichś stu stronach) robi się znacznie ciekawiej i wreszcie powieść zaangażowała mnie na tyle, że przestałam patrzeć ile stron zostało jeszcze do końca.

Na portalu Biblionetka książka Koontza została przypisana do gatunku grozy i słusznie, ponieważ pojawia się postać obdarzona nadprzyrodzonymi zdolnościami, która ściga biednego Franka, są sceny gore, a od czasu do czasu wyczuwałam również napięcie i atmosferę zagrożenia, ale znów miałam wrażenie, że autor niepotrzebnie rozdrabnia się na mało znaczące fragmenty i przegaduje najważniejszy wątek, wskutek czego elementy horroru gdzieś nikną. Niby dużo się dzieje w tej historii i na nudę nie można narzekać, a jednak Złe miejsce ma kilka drażniących momentów przestoju, kiedy spada zainteresowanie losami bohaterów. Oczywiście powieść nie jest też pozbawiona zalet, z których za najważniejszą uważam intrygujące przedstawienie poczynań pewnej zdeprawowanej rodziny. Nie chcę psuć frajdy przyszłym czytelnikom, więc nie mogę zdradzić, czym konkretnie charakteryzują się te postaci, ale uwierzcie mi na słowo, że ich praktyki są wynaturzone, obrzydliwe i przerażające. Niemniej właśnie dzięki tej rodzince fabuła jest emocjonująca i zaskakująca, bo trudno przewidzieć krok bohaterów kierujących się w życiu przedziwnym kodeksem moralnym oraz ulegających najokrutniejszym zwierzęcym instynktom.

Podobało mi się także wprowadzenie do historii bohatera cierpiącego na zespół Downa i pokazanie go nie wyłącznie jako niepełnosprawnego, ale jako postać cechującą się szczególnym darem, który dla zdrowych ludzi jest zazwyczaj niedostępny. Koontzowi udało się także zilustrować jak osoby dotknięte taką wadą postrzegają rzeczywistość, jak odbierają różne bodźce i jak reagują na otoczenie. Nie spodziewałam się, że w powieści znajdzie się miejsce na taką treść i siłą rzeczy wątek Thomasa nie jest rozbudowany, ale mimo wszystko autor zgrabnie połączył motywy nadprzyrodzone z ważnym tematem pozwalającym czytelnikowi lepiej zrozumieć świat osób dotkniętych zespołem Downa. Złe miejsce zostało napisane w 1990 roku i w niektórych momentach jest to odczuwalne, ponieważ autor przelotnie wspomina o sprawach będących wówczas czymś stosunkowo nowym i jednocześnie niepokojącym lub fascynującym. Pojawia się na przykład swoisty technooptymizm wprowadzony dzięki postaci informatyka, dla którego cyberprzestrzeń nie ma żadnych tajemnic ani ograniczeń. Podobnych wstawek jest zbyt mało, żeby można było mówić o przedstawieniu atmosfery lat 90., niemniej kilka „przebłysków” ówczesnej rzeczywistości można wyłapać.

Na koniec muszę wspomnieć, że w książce nie brak także wzmianek o genetyce i anomaliach powstających w pewnych okolicznościach, ale ten temat należy chyba potraktować z przymrużeniem oka, bowiem sytuacje opisane przez Koontza raczej nie mogłyby wydarzyć się w rzeczywistości. Złe miejsce uważam za przeciętną powieść, która raczej nie zapadnie mi w pamięć na dłużej. Zapowiadała się ciekawie, ale słaby początek i niespodziewana marginalizacja wątku Franka Pollarda trochę zniechęciły mnie do tej historii. Niemniej autor postarał się o stworzenie kilku interesujących postaci oraz dodanie atmosfery grozy w niektórych momentach, co poczytuję za spory plus. Moim zdaniem można przeczytać, ale na pewno nie jest to lektura obowiązkowa. 

Ocena: 3 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwania Czytam literaturę sprzed XXI wieku.

http://esperazna.blogspot.com/2015/02/wyzwanie-czytam-literature-sprzed-xxi.html

15 lipca 2015

Boardwalk Empire (Zakazane imperium), sezony 1-5


Liczba sezonów: 5
Lata emisji: 2010-2014
Obsada: m.in. Steve Buscemi, Kelly Macdonald, 
Michael Shannon, Gretchen Mol

W styczniowym poście poświęconym moim planom na 2015 rok, napisałam, że chcę wreszcie nadrobić serialowe zaległości i zacząć publikować recenzje produkcji, które uda mi się obejrzeć. Miałam zamiar dość szybko uporać się z kilkoma tytułami i skrobnąć parę słów na ich temat, ale jak to u mnie bywa, zamiary sobie, a życie sobie. Ale dość tego narzekania, bo wreszcie udało mi się obejrzeć wszystkie sezony Boardwalk Empire, co oznacza, że debiutuję w roli samozwańczej recenzentki seriali :) Zadanie mam o tyle ułatwione, że będę głównie chwalić, ponieważ gangsterska historia osadzona w burzliwych czasach prohibicji wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie i ubolewam nad tym, że więcej odcinków już nie powstanie. Wprawdzie Zakazane imperium nie oczarowało mnie tak jak The Walking Dead czy Breaking Bad (o których też mam nadzieję coś napisać), ale i tak uważam, że to jedna z lepszych telewizyjnych produkcji, jaką miałam okazję oglądać.

11 lipca 2015

Krew Aniołów - Nalini Singh


Wydawnictwo: Dwójka bez sternika
Liczba stron: 352
Rok pierwszego wydania: 2009
Rok polskiej premiery: 2010

Skłamałabym, twierdząc, że przygnębia mnie kończąca się moda na opowieści spod znaku paranormal romance, ponieważ nigdy nie byłam fanką czytania o rodzącym się uczuciu pomiędzy (teoretycznie) zwyczajną śmiertelniczką, a zabójczo przystojnym, lecz jednocześnie szalenie niebezpiecznym wampirem lub innym nadprzyrodzonym osobnikiem. Na dodatek nawet rynek wydawniczy musi liczyć się z obowiązującymi trendami, a w tym sezonie królują erotyki oraz historie zaliczane do nurtu New Adult lub Young Adult, więc wszystko wskazuje na to, że na romans paranormalny nie ma już miejsca. W związku z tym zapewne nigdy nie usłyszałabym o książkach niezbyt popularnej u nas nowozelandzkiej pisarki, gdyby nie G.P. Vega z bloga Upolowane stronice, która namówiła mnie do zaznajomienia się z twórczością Nalini Singh.

Mój wybór padł na powieść Krew Aniołów, będącą pierwszą częścią nieukończonego jeszcze cyklu opowiadającego o przygodach niezwykle odważnej i utalentowanej łowczyni wampirów Elenie Deveraux. Jednakże historia wcale nie koncentruje się na wysysających krew potworach, ponieważ w świecie wykreowanym przez Singh oprócz ludzi i wampirów pojawiają się także anioły, znajdujące się na szczycie społecznej piramidy. Ameryka Północna kontrolowana jest przez potężnego archanioła Rafaela, który wampiry traktuje jako służących, a ludźmi zazwyczaj w ogóle nie zaprząta sobie głowy. Niemniej nawet władczy Rafael musi nagiąć swoje zasady, gdy nadchodzi czas na stawienie czoła niespodziewanym problemom. Kiedy okazuje się, że mieszkańcom Nowego Jorku grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, to właśnie Elena zostaje wynajęta do wytropienia oszalałego buntownika gotowego dokonać najkrwawszej masakry w historii. Dla łowczyni takie zadanie to w zasadzie pewna śmierć, ale żaden człowiek nie może sprzeciwić się anielskiej woli, więc Elena nie ma żadnego wyboru i razem z Rafaelem staje do nierównej walki z żądną krwi, nieśmiertelną bestią.

Powieść Nalini Singh należy do gatunku paranormal romance, więc to oczywiste, że od pierwszego spotkania pomiędzy głównymi bohaterami iskrzy. Na początku obawiałam się, że ich relacja zostanie wtłoczona w schemat, według którego ona jest zahukaną, szarą myszką (ale na pewno ma jakieś ukryte talenty), a on mrocznym przystojniakiem z bagażem tajemniczych, niebezpiecznych wydarzeń z przeszłości itp. Na szczęście w miarę rozwoju fabuły okazało się, że ani Elena, ani Rafael nie są postaciami, za jakie wzięłam je na początku. Przede wszystkim główna bohaterka jest dobiegającą trzydziestki kobietą, a nie nastolatką, więc jej zainteresowanie archaniołem nie przejawia się poprzez powtarzające się co stronę zachwyty nad pięknym ciałem i snucie romantycznych wizji. Oczywiście kilka razy bohaterka wspomina o lśniących skrzydłach czy wspaniałej muskulaturze, ale to wynika z pożądania jakie Rafael w niej budzi, a nie jakichś naiwnych mrzonek. Cieszę się również, że pisarka wykreowała Elenę na bohaterkę z charakterem. Kobieta jest świadoma tego, że dla aniołów życie śmiertelniczki nie ma większego znaczenia, ale mimo tego nie poddaje się i nie pozwala sobą pomiatać.

Postać archanioła Rafaela nieco bardziej zbacza w kierunku utartego wzorca niebezpiecznego, ale pociągającego nadprzyrodzonego bohatera, jednakże w tym przypadku jestem w stanie uwierzyć, że anioł rzeczywiście pozostaje jednocześnie tak samo groźny jak i nieprzystępny dla człowieka. Autorka zadbała bowiem o to, żeby przedstawić członków niebiańskiego gatunku jako niemal boskie istoty obdarzone szeregiem zdolności i wspaniałych mocy, lecz przy tym niepozbawione ludzkich namiętności, takich jak chęć sprawowania władzy, zazdrość czy gniew. Nie czytałam wielu powieści o aniołach, więc nie jestem w stanie stwierdzić czy to oryginalna wizja, niemniej zaciekawiła mnie i chętnie dowiedziałabym się więcej na temat współistnienia na świecie ludzi, wampirów i aniołów właśnie. Niestety pod tym względem czuję niedosyt, ponieważ w pierwszym tomie serii nie znalazłam zbyt wielu informacji o tym, na czym dokładnie polega sprawowanie władzy przez archaniołów, skąd w ogóle wzięły się te istoty i dlaczego przeważnie mają w sobie więcej zła niż dobra. Liczę jednak, że w kolejnych częściach pisarka uchyla rąbka tajemnicy, dzięki czemu nie tylko znajdę odpowiedzi na postawione pytania, ale lepiej zrozumiem rzeczywistość, w której ludzie znajdują się najniżej w społecznej hierarchii. Przeszkadzały mi też fragmenty, w których niejako na zawołanie pojawiały się rozwiązania ratujące bohaterów z sytuacji teoretycznie bez wyjścia. Miałam przez to wrażenie, że świat opisany w książce jest lekko niespójny, a konkretne zdolności postaci zostały wymyślone tylko po to, by w danym momencie opowieści autorka mogła wybawić Elenę lub Rafaela z opresji.

Od pierwszych stron powieści czekałam na fragmenty ukazujące łowczynię w akcji. Chciałam, żeby Elena jak najszybciej rzuciła się w wir poszukiwań oraz stała się uczestniczką emocjonujących wydarzeń, ale moja cierpliwość została nieco wystawiona na próbę, ponieważ dopiero w połowie książki bohaterka tak naprawdę bierze się za wykonanie zadania. Zanim to nastąpi pisarka dużo miejsca poświęca na częste spotkania archanioła i łowczyni, w trakcie których czytelnik obserwuje ich ścierające się charaktery. Wolałabym, żeby od początku było więcej akcji, a mniej potyczek słownych między bohaterami, ale każdy gatunek rządzi się swoimi prawami i nie mogę oczekiwać, że w romansie wątek miłosny nie będzie na pierwszym planie. Plusem jest to, że kiedy wreszcie Elena i Rafael od gadania przechodzą do działania, to historia robi się znacznie ciekawsza oraz bardziej angażująca. Muszę jednak oddać pisarce sprawiedliwość i zaznaczyć, że dialogi pomiędzy tą parą są całkiem udane. Widać, że Singh ma lekkie pióro, więc rozmowy śmiertelniczki i archanioła wypadają naturalnie. Zresztą stylowi autorki nie mam nic do zarzucenia, bo pisze jasno, konkretnie i po prostu dobrze, co szczególnie widać w scenach erotycznych, które nie są ani przesadzone, ani infantylne, ale dopasowane do charakterów postaci oraz całokształtu opowieści.

Nie oczekiwałam, że Krew Aniołów mnie zachwyci, gdyż wolę nieco inne historie niż romanse paranormalne, ale mimo tego jestem zainteresowana dalszymi losami bohaterów i absolutnie nie żałuję czasu poświęconego na lekturę. Sądzę też, że wkrótce znów sięgnę po twórczość Nalini Singh, ponieważ zaintrygował mnie wymyślony przez nią świat aniołów, ludzi i wampirów; polubiłam główną bohaterkę, a przede wszystkim muszę dowiedzieć się, jakie jeszcze przygody oraz zadania czekają Elenę, bo w mojej ocenie finał otwiera furtkę zupełnie nowym wątkom. 

Ocena: 4 / 6

Cykl Łowca Gildii:

2.  Pocałunek archanioła
3. Archangel's Consort
4. Archangel's Blade
5. Archangel's Storm
6.  Archangel's Legion
7. Archangel's Shadows
8. Archangel's Enigma

5 lipca 2015

Cięcie - Veit Etzold


Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 544
Rok pierwszego wydania: 2012
Rok polskiej premiery:  2014

Czytałam wiele kryminałów, w których pojawia się psychopatyczny seryjny zabójca i muszę przyznać, że mam coraz większe trudności w znalezieniu satysfakcjonującej historii w tym stylu. Większość schematów już znam, nie obce są mi więc ani emocjonujące pościgi za mordercą, ani krwawe opisy jego czynów, ani też żmudne śledztwo prowadzone przez drepczących w miejscu policjantów. Na szczęście nadal udaje mi się natrafić na książkę w pewnym stopniu zaskakującą. Ostatnio sięgnęłam po debiutanckie dzieło Veita Etzolda i choć nie jest to historia bez wad, to i tak jestem pod dużym wrażeniem, ponieważ nie spotkałam się jeszcze z powieścią kryminalną, w której tak znaczącą rolę odgrywałyby nowe media. W Cięciu pojawił się niesamowicie rozbudowany wątek pokazujący opresyjną, niebezpieczną stronę serwisów społecznościowych, platform interaktywnych, portali randkowych i wszystkich innych form komunikowania się z ludźmi i dzielenia treściami, które niepostrzeżenie wniknęły do naszego życia. Wszyscy wiemy, że Internet ma też swoją ciemną stronę, ale niemiecki pisarz przypomina o niej w niezwykle mocny, a nawet szokujący sposób. Po przeczytaniu tej książki zastanowicie się dwa razy zanim wrzucicie kolejne zdjęcie na instagram czy napiszecie na facebooku, gdzie zamierzacie spędzić najbliższy weekend.

Nadkomisarz Clara Vidalis wybiera się na zasłużony urlop. Kilka dni temu wraz ze swoim zespołem wytropiła i unieszkodliwiła seryjnego mordercę lubującego się w okaleczaniu swoich ofiar zarówno przed, jak i po ich śmierci. Po takim wysiłku policjantce należy się odpoczynek, jednak w ostatni dzień pracy otrzymuje tajemniczą paczkę, w której ktoś umieścił płytę CD z nagranym filmem. Jeszcze zanim Clara odtworzy nagranie, przeczuwa, że będzie w nim coś, co nie tylko zniweczy jej plany urlopowe, ale także zmrozi krew w żyłach i postawi na nogi całą berlińską policję. Nie myli się, ponieważ w zakrwawionej kopercie przesłano film dokumentujący brutalne morderstwo młodej kobiety. Na dodatek ta zbrodnia nie jest ani pierwsza, ani ostatnia, ponieważ zabójca określany mianem Bezimiennego jest wyjątkowo inteligentny i przebiegły.

Powieść Veita Etzolda to rzecz dla czytelników o mocnych nerwach. Autor powołał do literackiego życia absolutnie bezwzględnego i okrutnego szaleńca, który nie cofnie się przed niczym w realizacji swojego makabrycznego planu. Zawsze uważałam się za osobę odporną na opisy scen przemocy, jednak kilka fragmentów w Cięciu okazało się dla mnie nie lada wyzwaniem. Z trudem przebrnęłam przez charakterystyki wymyślnych tortu, jakimi Bezimienny poddawał swoje ofiary oraz szczegółowe opisy molestowania seksualnego czy wyuzdanych praktyk erotycznych, w których dominowało zadawanie bólu i nieludzkiego wręcz cierpienia. Oczywiście wszystkie te sceny służą uświadomieniu odbiorcy z jak nieprzewidywalnym i chorym psychicznie człowiekiem mają do czynienia bohaterowie historii, więc w żadnym wypadku nie mogę zarzucić pisarzowi niepotrzebnego epatowania przemocą. Jednakże, sięgając po tę powieść, dobrze jest wiedzieć, że opisane zbrodnie są naprawdę makabryczne i mocno działają na wyobraźnię.

Co ciekawe w powieści nie chodzi o to, żeby dowiedzieć się, kim jest morderca, bo jego tożsamość w zasadzie nie ma większego znaczenia. Ważniejszą kwestią jest motyw oraz sposób, w jaki Bezimiennemu udaje się wodzić policję za nos. Do pewnego momentu morderca zawsze jest o krok przed śledczymi, ale w końcu nawet najsprytniejszy przestępca okazuje się zbyt pewny siebie lub nieuważny i ostatecznie ląduje za kratkami. Mam wrażenie, że w tym przypadku jest nieco inaczej, ponieważ berliński szaleniec do samego końca rozdaje karty. Jest piekielne inteligentny, skuteczny i przygotowany. W jego planie nie ma miejsca na improwizację, nie ma też słabych punktów, co sprawia, że pozostaje bezkarny. Z wymienionymi cechami łączy się także ogromna wiedza na temat funkcjonowania wszelkich portali społecznościowych oraz obserwacja stylu życia wielu współczesnych ludzi, skutkująca gromadzeniem informacji, a następnie wykorzystywaniem ich przeciwko konkretnym osobom. Etzold pokazał jak strony służące nam do rozrywki czy komunikacji, mogą zmienić się w niebezpieczne narzędzie, jeśli tylko zainteresuje się nimi osoba o nieczystych zamiarach. Najbardziej przerażające jest jednak to, że nawet przy zachowaniu dużej dawki ostrożności nie jesteśmy w stanie całkowicie wyeliminować zagrożenia. Bardzo podobało mi się oparcie całej intrygi na motywie Internetu jako przestrzeni, w której w zasadzie wszystko może się wydarzyć. Można wykreować sobie nową tożsamość, można ukraść cudzą, można też zabić kilkanaście osób i dzięki wirtualnemu życiu ukryć ten fakt.

Odnoszę wrażenie, że autor stworzył swego rodzaju makabryczną satyrę na współczesność, ponieważ wplótł do historii również wątek związany z coraz bardziej prymitywnymi programami rozrywkowymi emitowanymi w telewizji. Oglądalność biją produkcje epatujące erotyką oraz pokazujące upodlenie i całkowite poniżenie uczestników. Trudno nie znaleźć analogii pomiędzy opisanym w powieści programem, a tak modnymi ostatnio różnego rodzaju talent shows, w których chodzi jedynie o wypromowanie prowadzących i jurorów. Etzlod wszystkie te tematy zgrabnie połączył, tworząc niebanalną historię o ciemnej stronie naszych czasów. Książka jest dość obszerna, ale zapewniam, że czyta się ją błyskawicznie. Krótkie rozdziały oraz dynamiczna akcja sprawiają, że na nudę nie można narzekać. Na dodatek w niektórych momentach fabuła wydaje się przerażająco wiarygodna, co także podkręca emocje. Niestety są też rozwiązania moim zdaniem nieco naciągane, na przykład przeszłość mordercy pod pewnymi względami jest przesadzona, za dużo też w niej niedopowiedzeń. Niemniej nie sądzę, żeby to była poważna wada, bo jednak w tego rodzaju historiach dużo ważniejsze dla mnie są elementy takie jak skomplikowana i trzymająca w napięciu intryga czy szybki rozwój wydarzeń, a pod tym względem Cięcie nie zawodzi.

Jednak skoro wspomniałam już o minusach, to muszę trochę ponarzekać na charakterystykę głównej bohaterki. O ile Bezimienny został dość dokładnie sportretowany, o tyle Clara Vidalis niestety wypada dość nieciekawie. Wiadomo, że przeżyła w przeszłości traumę związaną ze śmiercią jej młodszej siostry i co jakiś czas ten wątek do niej powraca, ale poza tym postać pani Vidalis raczej nie zapada w pamięć. Niby jest skuteczna, niby zna się na prowadzeniu śledztwa, a jakoś te jej umiejętności są mało widoczne. Podobnie sprawa ma się z profilerem pracującym przy tym śledztwie. Słynny profesor Martin Friedrich zajmuje się rozpracowaniem psychiki mordercy, ale czytelnik nie ma wglądu w jego metody. Wprawdzie zapoznaje się w wynikami badań profilera, ale tajemnicą pozostaje sposób, w jaki Friedrich do wszystkiego doszedł. Szkoda, bo chętnie dowiedziałabym się, co umożliwiło mu wyciągnięcie tak trafnych wniosków dotyczących motywacji Bezimiennego.

Veit Etzold nie ustrzegł się drobnych potknięć, ale w ogólnym rozrachunku Cięcie wypada naprawdę dobrze. Powieść polecam głównie miłośnikom gatunku, bo mocne sceny mogą odstraszyć nieco wrażliwszych, nieprzyzwyczajonych do dużej dawki makabry czytelników. Ponadto starzy wyjadacze kryminałów powinni docenić oryginalny pomysł pisarza oraz sprawny warsztat literacki, pozwalający na zgrabne połączenie wszystkich wątków. Mam nadzieję, że jeszcze o tym autorze usłyszymy.

Ocena: 4.5 / 6

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Akurat.

http://muza.com.pl/sensacja/1696-ciecie-9788377586822.html/?dosiakksiazkowo

1 lipca 2015

Amnesia: A Machine for Pigs


Producent: The Chinese Room
Wydawca: Frictional Games
Data premiery: 10 września 2013
Czas gry: około10 godzin

Od początku swego istnienia gry grozy naprzemiennie mierzą się z ogromną falą popularności oraz uznania ze strony odbiorców, jak i stanami niemal całkowitego zapomnienia, a także opiniami głoszącymi, że survival horrory nie mogą zaoferować graczom już nic nowego. Ten drugi, znacznie mniej pomyślny okres trwa do momentu pojawienia się nowego, przełomowego pod jakimś względem tytułu, udowadniającego, że twórcy growych horrorów nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Kilka lat temu swoistą stagnację wśród produkcji należących do tego gatunku, przerwała premiera gry Amnesia: The Dark Descent, niezależnego, wówczas raczej mało znanego, szwedzkiego studia Frictional Games. Niespodziewanie tytuł ten stał się dużym sukcesem, przyczyniając się do ponownego wzrostu popularności survival horrorów. Trzy lata później na rynku pojawiła się gra nazywana kontynuacją pierwszej Amnesii, jednak nie spotkała się z ciepłym przyjęciem ze strony fanów interaktywnej grozy. Niestety nie jestem zdziwiona negatywnymi recenzjami dzieła, w którego tworzenie zaangażowany został zespół odpowiedzialny między innymi za powstanie Dear Esther, ponieważ Amnesia: A Machine for Pigs została pozbawiona niemal wszystkiego, co w jej poprzedniczce tworzyło atmosferę nieustannego zagrożenia.

Ukryte przejścia i tajemnicze fotografie ciekawią, ale tylko na początku.

Problem tej produkcji tkwi zarówno w zbyt skomplikowanej oraz chaotycznej warstwie fabularnej, jak i schematycznej, monotonnej rozgrywce. Od samego początku wyraźnie widać, że twórcy postanowili uczynić fabułę jak najmniej zrozumiałą, zakładając zapewne, że odnajdywanie powiązań pomiędzy przedstawionymi wydarzeniami, a informacjami zawartymi w licznych notatkach i pamiętnikowych wpisach, będzie atraktorem dla wymagającego gracza. Założenie to mogłoby okazać się słuszne, gdyby tylko historia rzeczywiście była ambitna i wielowarstwowa, a nie jedynie stwarzała pozory oryginalnej opowieści skłaniającej do refleksji na temat różnych wizji tego, co ludzie zwykli nazywać moralnym postępowaniem. Głównym zadaniem gracza kierującego postacią zamożnego właściciela fabryki, Oswalda Mandusa, jest odnalezienie i ocalenie dzieci, które znalazły się w niebezpieczeństwie z powodu działań tajemniczego mężczyzny określanego mianem Sabotażysty. Niezwykle ważnym kontekstem tegoż wątku jest umiejscowienie akcji u progu XX wieku, kiedy z optymizmem patrzono w przyszłość, wciąż wierząc, że proces uprzemysłowienia oraz postęp związany z rozwojem techniki, przyniosą ludzkości jedynie pozytywne zmiany. Nic więc dziwnego, że kluczową rolę w tej grze odgrywa demoniczna maszyna parowa, służąca prawdziwie przerażającym celom, które stopniowo odsłaniają się przed odbiorcą. 

 Dźwignie, guziki i kontrolki. Gracze wiedzą, co z tym zrobić.

Istotną kwestią jest także tytułowa amnezja dotykająca głównego bohatera. Mandus nie jest w stanie przypomnieć sobie wielu ważnych faktów z własnego życia, przez co jego przeszłość oraz ukryte przeznaczenie wszystkich urządzeń znajdujących się w fabryce, stanowią zagadkę do rozwiązania. Tak zbudowaną opowieść gracz odkrywa głównie poprzez rozrzucone w różnych miejscach notatki, pozbawione chronologii pojedyncze wpisy z dziennika Oswalda oraz enigmatyczne nagrania odtwarzane przy pomocy fonografu. Doceniam zamysł twórców, ponieważ układanie spójnej historii z poszczególnych elementów utrzymuje uwagę gracza oraz tworzy napięcie związane z wielością możliwych interpretacji poszczególnych wydarzeń. Jednakże po pewnym czasie opowieść staje się chaotyczna oraz nielogiczna, a notatki oraz wypowiedzi Sabotażysty zbyt poetyckie i górnolotne, przez co wydają się sztuczne, a momentami również groteskowe. Monotonna rozgrywka także nie pozwala uznać drugiej części Amnesii za grę udaną i godną polecenia. Zadaniem użytkownika jest eksploracja domu protagonisty, a także należącej do niego fabryki, uzupełniona od czasu do czasu o konieczność kliknięcia odpowiedniego przycisku na panelu kontrolnym jakiejś maszyny lub znalezienia niezbędnych do jej uruchomienia części.

 Rozmowy z Sabotażystą sprawiają czasem wrażenie zbyt patetycznych.

Interakcja z otoczeniem została ograniczona do minimum, sprawiając, że szczytem możliwości odbiorcy jest wciskanie guzików, otwieranie drzwi, czytanie dziennika, włączanie fonografu oraz szukanie bezpieczników. Cała rozgrywka polega właściwie na wykonywaniu tych nużących czynności, które z pewnością nie wywoływałyby tak dużej irytacji, gdyby towarzyszyło im poczucie zagrożenia. Niestety w tej kwestii Amnesia: A Machine for Pigs również zawodzi. Wprawdzie przemierzanie labiryntowej przestrzeni pełnej mrocznych zakamarków, widocznych z oddali karykaturalnych cieni oraz opuszczonych pomieszczeń, sprawia przyjemność i wywołuje lekki niepokój, ale daleko temu odczuciu do strachu czy przerażenia. Sam pomysł na umieszczenie akcji w plątaninie ciasnych, zdających się nie mieć końca korytarzy, uważam za bardzo dobry, ponieważ właśnie ta niepewność związana z obawą o to, co znajduje się za rogiem lub kryje w mroku, w duży stopniu odpowiada za doświadczanie lęku w grach grozy. Niemniej nie uda się zbudować satysfakcjonującego survival horroru, bazując tylko na tym jednym elemencie. Szkoda, że zrezygnowano z zabiegów, które w pierwszej Amnesii znacząco wpływały na odczuwanie strachu w trakcie rozgrywki oraz utrudniały eksplorację otoczenia. Mowa oczywiście o konieczności oszczędzania oleju w lampie, poszukiwania przedmiotów niezbędnych do wykonania poszczególnych zadań, a także dbania o to, by główny bohater zachował równowagę psychiczną, mogącą zostać zachwianą przez zobaczenie potwora lub zbyt długie przebywanie w ciemności.

Nigdy nie wiadomo, co kryje się w mrocznych korytarzach.

W drugiej części na użytkownika nie czekają żadne komplikacje tego rodzaju. Gracz nie musi martwić się nagłym brakiem źródła światła lub obawiać się momentu aporii, ponieważ wszelkie zagadki do rozwiązania przypominają dziecięce układanki, wymagające jedynie wstawienia leżącego nieopodal elementu we właściwe miejsce. Produkcja nie żąda od odbiorcy wysiłku, nie stawia przed nim wyzwań i co już zostało podkreślone, nie przeraża, mimo że w niektórych pomieszczeniach pojawiają się widmowe postaci dzieci głównego bohatera oraz stwory będące połączeniem człowieka i tytułowego zwierzęcia. Warto na dłużej zatrzymać się przy zagadnieniu związanym z potworami, ponieważ to, co teoretycznie powinno wyzwalać ogromne emocje, zostało sprowadzone do roli pospolitych straszaków. Do spotkania z bestiami dochodzi niezwykle rzadko, a kiedy wreszcie stwór dostrzeże intruza na swoim terenie, wystarczy, że gracz natychmiast ruszy do ucieczki, by zagrożenie minęło. Interakcje między postacią a potworami zachodzą losowo, co nie jest najlepszym rozwiązaniem, ponieważ w zasadzie nie zdarza się, by przeciwnik pojawił się drugi raz w tym samym miejscu, więc rozgrywka okazuje się zbyt łatwa. Przeciwwagą dla niebudzących grozy wizerunków bestii oraz ich zachowania, są fragmenty notatek, tłumaczące, czym tak naprawdę są te istoty i w jaki sposób zostały powołane do życia. Po wyłuskaniu konkretów z chaotycznych zapisków głównego bohatera oraz nagranych rozmów i uświadomieniu sobie znaczenia poznanych informacji, można poczuć się naprawdę nieswojo. Podobne, choć krótkotrwałe wrażenie, zapewniają początkowe sekwencje, w których do akcji wkraczają synowie protagonisty. Niestety ich rola nie została rozbudowana, więc z czasem odbiorca przyzwyczaja się do grozy reprezentowanej przez pojawiające się nagle zabawki lub rozbrzmiewające w pustym pomieszczeniu dziecięce głosy. 

 Pojawiają się też tytułowe zwierzęta.

Dźwięk, stylistyka wszystkich odwiedzanych miejsc oraz pierwszoosobowy punkt widzenia przypominają, że gra w założeniu miała pokazać świat pełen niewytłumaczalnych logicznie wydarzeń, budzących w odbiorcy najprawdziwszą grozę. Wymienione elementy uważam za mocne punkty drugiej Amnesii, chociaż nawet one nie są w stanie wyrównać bilansu wad i zalet tej gry. Piękna, nastrojowa muzyka idealnie współgra z rozgrywką, polegającą głównie na eksploracji otoczenia. A przerywające ten spokój nagłe hałasy, takie jak odbijające się głośnym echem czyjeś kroki, złośliwy chichot czy inne niepokojące, niezidentyfikowane dźwięki, odwołują się do wyobraźni gracza, która usłużnie podsyła przerażające wizje czyhających na bohatera zagrożeń. Na docenienie zasługują również drobne, ale całkiem efektowne horrorowe zabiegi w postaci złowróżbnie mrugających lamp, spadających ze ścian obrazów czy widocznych śladów krwi. Produkcja ta może pochwalić się także dbałością o estetyczny, pasujący do czasu akcji, wygląd odwiedzanych miejsc. Dom głównego bohatera zachwyca przepychem i wystrojem charakterystycznym dla końca XIX wieku, a znajdująca się pod nim fabryka przywodzi na myśl mroczne, piekielne czeluści, w których zagnieździło się Zło całego świata. Skojarzenia z motywem zstępowania do otchłani są zresztą uzasadnione, ponieważ w przeważającej części rozgrywki bohater udaje się w głąb zbudowanego przez siebie kompleksu, trafiając na ślady praktyk mających zatrzeć granicę pomiędzy życiem a śmiercią. 

 Niezbyt przerażający potwór.

Za dobre rozwiązanie uważam także wykorzystanie pierwszoosobowej perspektywy, pozwalającej użytkownikowi wytworzyć iluzję uczestnictwa we wszystkich zdarzeniach oraz metapercepcyjnych chwytów, takich jak czerwone ślady na ekranie w chwili, gdy postać zostanie zraniona i wirujący, zniekształcony obraz, kiedy Oswald Mandus doświadcza działania paranormalnych sił. Niestety jako całokształt Amnesia: A Machine for Pigs przypomina raczej grę przygodową, wykorzystującą ikonografię grozy, niż horror z prawdziwego zdarzenia. 

Ocena: 6 / 10

 Recenzja ukazała się również w magazynie Creatio Fantastica.


Recenzja pierwszej części:
Amnesia: The Dark Descent

22 czerwca 2015

Las Zębów i Rąk - Carrie Ryan


Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 348
Rok pierwszego wydania: 2009
Rok polskiej premiery: 2011

Jako nastolatka jak ognia unikałam powieści teoretycznie przeznaczonych dla czytelników w tym wieku. Mając te siedemnaście czy osiemnaście lat, czytałam głównie kryminały oraz thrillery i do głowy nie przyszłoby mi, żeby sięgnąć po coś z półki opatrzonej hasłem „literatura młodzieżowa”. Za to teraz, przekroczywszy magiczny próg ćwierćwiecza, poczułam chęć poznania tych wszystkich książek, na które kiedyś nie chciałam nawet spojrzeć. Oczywiście ulubionych gatunków nie porzucam, ale mam wrażenie, że będę łaskawszym okiem spoglądać na powieści młodzieżowe, przynajmniej przez jakiś czas. Co ciekawe, widocznie przewidziałam to nagłe zainteresowanie historiami dla nastolatków, bo w swojej biblioteczce odnalazłam kilka przykurzonych i zapomnianych egzemplarzy, które obecnie wydają się idealne do tego, by zapomnieć o natłoku obowiązków, goniących terminach oraz innych nieprzyjemnych sprawach i zatopić się w inny świat, w którym moje problemy są bohaterom zupełnie obce.

Bohaterka powieści Las Zębów i Rąk nie musi martwić się ani pracą, ani szkołą, ani finansami, ale to nie znaczy, że jej egzystencja jest pasmem szczęścia i radości. Mary, podobnie jak inni mieszkańcy wioski, żyje bowiem w nieustannym strachu przed Nieuświęconymi, którzy kłębią się przy ogrodzeniu otaczającym domostwa i tylko czekają aż ktoś znajdzie się na tyle blisko siatki, by można było go pochwycić i zatopić zęby w żywym ciele. Mary doskonale wie, że ugryzienie skutkuje zainfekowaniem i śmiercią, a następnie powrotem i dołączeniem do szeregu nieumarłych potworów. Jednak mimo tej świadomości, dziewczyna marzy o tym, by móc wybrać się za ogrodzenie i zbadać ten niebezpieczny, nieprzystępny teren, bo przecież niewielka wioska nie może być jedynym ludzkim siedliskiem. Zapewne jej pragnienie zostałoby jedynie niezrealizowaną fantazją, gdyby nie pewne tragiczne wydarzenie, które wprawdzie niszczy cały świat Mary, ale daje też okazję do wyjścia poza siatkę i poznania, co kryje się w ostępach tytułowego lasu.

Sięgając po powieść Carrie Ryan nie miałam wielkiego pojęcia o fabule, bo książkę kupiłam tak dawno temu, że zdążyłam już zapomnieć, co mnie w niej zaciekawiło. Nie wiedziałam więc, że Las Zębów i Rąk to w zasadzie historia przetrwania w postapokaliptycznej rzeczywistości, mimo że okraszona licznymi nastoletnimi dylematami oraz zalążkiem miłosnego trójkąta. Kiedy tylko zorientowałam się, że Nieuświęceni to po prostu zombiaki ukryte pod bardziej wyszukaną nazwą, a Mary jest całkiem ciekawie zbudowaną postacią, poczułam, że ten swoisty horror w wersji light może mi się spodobać. Oczywiście od razu muszę uprzedzić, że dzieło Ryan nie jest ani powieścią grozy z prawdziwego zdarzenia, ani typowym przedstawicielem fantastyki postapokaliptycznej, bo na pierwszy plan wysuwają się kwestie związane z uczuciami i emocjami nastoletniej dziewczyny, a świat po tzw. Powrocie nie został zbyt dokładnie scharakteryzowany. Jednak pomimo tego uważam, że książka zasługuje na uwagę, ponieważ pisarka nie boi się wystawiać swoich postaci na kolejne próby, doświadczać ich dramatycznymi przeżyciami oraz zmuszać do podejmowania trudnych decyzji, a cała ta fantastyczna otoczka dodaje historii pazura, sprawiając, że losy Mary oraz jej towarzyszy nie są czytelnikowi obojętne.

Czuję niedosyt związany brakiem szczegółowych informacji o tym, co spowodowało upadek cywilizacji, skąd wzięli się Nieuświęceni, kto zbudował i zabezpieczył osadę w środku lasu, a przede wszystkim, co tak naprawdę wiedziały sprawujące władzę w osadzie Siostry. Las Zębów i Rąk to dopiero pierwsza część trylogii, więc mam nadzieję, że jeszcze poznam odpowiedzi na te pytania, chociaż nieco martwi mnie fakt, że akcja kolejnego tomu rozgrywa się kilkanaście lat później i dotyczy już innych bohaterów. Nie chciałabym definitywnie rozstawać się z Mary, zwłaszcza że zakończenie pierwszej części nie jest jednoznaczne i sądzę, że przydałoby się wyjaśnienie kilku spraw. Przyznam też, że dziewczyna wzbudziła moją sympatię i choć nie jest to postać wykreowana idealnie, to nie mogę odmówić pisarce ciekawego pomysłu na protagonistkę powieści. Otóż Mary nie jest mimozą szukającą oparcia na męskim ramieniu, ale nie jest również kolejną nastoletnią wybawicielką świata, która odrzuca własne marzenia i zagłusza uczucia w imię poświęcenia dla dobra ogółu społeczeństwa. Podoba mi się, że autorka nie wybrała żadnego z tych dwóch schematów i stworzyła postać nieco bardziej wiarygodną. Dziewczyna wprawdzie szamocze się pomiędzy chęcią porzucenia wioski i uniknięcia przewidywalnej egzystencji żony i matki, a miłością do chłopaka zaręczonego z inną, ale jestem w stanie ją zrozumieć. W końcu, kto miałby odwagę zdecydowanie odrzucić wszystko, co zna od dzieciństwa; opuścić bliskich i wyruszyć w nieznane, skąd nie będzie już powrotu? Mnie z pewnością nie byłoby na to stać, więc tym bardziej rozumiem, że bohaterka czuje się rozdarta pomiędzy własnymi pragnieniami a dobrem rodziny i przyjaciół.

Nie lubię, tak popularnego ostatnio, wikłania bohaterów w trójkąty miłosne. Zazwyczaj konfiguracja obejmuje niezdecydowaną dziewczynę i dwóch skrajnie różnych, lecz pociągających chłopaków, co wydaje mi się niesamowicie nudne i oklepane. Amerykańska pisarka również sięgnęła po ten motyw, ale nie był on dla mnie drażniący z dwóch powodów. Po pierwsze, dynamiczna akcja nie pozwala na zbyt długie zatrzymywanie się przy uczuciach bohaterki. Owszem, czytelnik dokładnie wie, co dzieje się w sercu i umyśle dziewczyny, ale autorce udało się uniknąć przegadanych i nużących fragmentów. Po drugie, Mary ma nieco więcej charakteru i nie jest niczym chorągiewka na wietrze, co oznacza, że ona wie, którego z adoratorów pragnie. Naturalnie, z pewnego powodu nie może być ze swoim wybrankiem, ale to już inna kwestia. Carrie Ryan zrobiła z Mary ciekawą świata oraz odważną osobę, co przypadło mi do gustu, jednak ubolewam nad papierowością całej reszty postaci. Mam wrażenie, że towarzysze dziewczyny zostali wpleceni do historii tylko po to, by pewne wydarzenia mogły mieć miejsce. Ani jej przyjaciółka, ani brat, ani rywale o jej względy nie odznaczają się niczym szczególnym. Szkoda, że pisarka nie pokusiła się o dokładniejsze charakterystyki, albo wplecenie jakiegoś wątku pobocznego, bo choć zmagania Mary z nieprzyjaznym światem są interesujące, to jednak powieść jest skoncentrowana wyłącznie na niej, a moim zdaniem przydałaby się jakaś inna barwna postać lub wyrazisty motyw niezwiązany bezpośrednio z działaniami dziewczyny.

Styl Ryan nie należy do wyszukanych, ale pasuje do tego typu historii. Autorka bez problemu odmalowuje dynamiczne, pełne napięcia sceny, w których Nieuświęceni depczą bohaterce po piętach. Nieźle radzi sobie również w opisach uczuć Mary, chociaż nie miałabym nic przeciwko ograniczeniu wszelkich potknięć i fizycznych dolegliwości dziewczyny, bo ilekroć trzeba działać szybko, bohaterka wywraca się, zdziera skórę z kolan, nie może złapać oddechu itp. Rozumiem, że przez te opisy autorka chciała uświadomić czytelnikom, że Mary znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, ale przesada też nie jest dobra. Na Las Zębów i Rąk składają się wartka akcja, atmosfera grozy wywołana atakami zombie i świadomością bohaterów, że śmierć czai się na każdym kroku, a także silne emocje pojawiające się zarówno w związku z wątkiem romantycznym, jak i przerażającymi momentami, gdy któraś z postaci zostaje zainfekowana. Moim zdaniem historia jest interesująca i angażująca, dlatego polecam pomimo pewnych minusów oraz niedociągnięć. 

Ocena: 4.5 / 6

Trylogia Las Zębów i Rąk:

2. Śmiercionośne fale
3. The Dark and Hollow Places

16 czerwca 2015

Czarna Dalia - James Ellroy


Wydawnictwo: C&T
Liczba stron: 352
Rok pierwszego wydania: 1987
Rok polskiej premiery: 1998

Mam słabość do historii noir przedstawiających losy balansujących na granicy prawa detektywów uwikłanych w niezwykle skomplikowane sprawy, w których ważną rolę odgrywają piękne, lecz niebezpieczne i nieszczere kobiety. Ponurą wymowę tych literackich i filmowych opowieści dopełnia obraz mrocznego, odpychającego miasta portretowanego jako siedlisko zła i rozpusty kontrolowane przez najpotężniejszych gangsterów w okolicy. O ile filmy wpisujące się w gatunek kina noir w większości nie są mi obce, o tyle związana z nimi literatura hard-boiled to pole wciąż przeze mnie niezgłębione. W ramach nadrabiania zaległości sięgnęłam więc po Czarną Dalię – powieść amerykańskiego pisarza, który inspirował się prawdziwą, do dziś niewyjaśnioną historią okrutnego morderstwa młodej kobiety. W styczniu 1947 roku w Los Angeles odnaleziono przecięte na pół, zmasakrowane ciało ofiary zidentyfikowanej jako Elizabeth Short. Sprawa wstrząsnęła opinią publiczną i przez wiele tygodni nie schodziła z pierwszych stron gazet, jednak morderca nigdy nie został ujęty. Prasa szybko nadała kobiecie przydomek Czarna Dalia ze względu na noszone przez nią charakterystyczne, czarne sukienki, a zagadka jej śmierci przeszła do historii, na dobre zadamawiając się w amerykańskiej popkulturze.

Powieść Ellroya w naturalny sposób łączy ze sobą prawdę z fikcją literacką. Autor zgrabnie manewruje pomiędzy tymi dwoma polami, dbając o to, żeby elementy takie jak okoliczności śmierci kobiety czy też późniejsze szaleństwo medialne zostały opisane zgodnie z ówczesną rzeczywistością. Oczywiście podaje również własną interpretację tragicznego zdarzenia, więc czytelnicy nie muszą obawiać się, że zagadka pozostanie bez rozwiązania. Niestety próg wejścia w tę historię jest dosyć wysoki, dlatego że zaangażowanie się w wydarzenia zajmuje sporo czasu. Kilkadziesiąt pierwszych stron skutecznie może zniechęcić mniej wytrwałych odbiorców, ponieważ na początku pisarz skupia się na przedstawieniu głównego bohatera, wprowadzeniu go w obowiązki oraz zasady, których pracownicy konkretnego wydziału muszą przestrzegać. W związku z tym oczekiwany wątek Czarnej Dalii pojawia się dopiero około siedemdziesiątej strony, a zanim to nastąpi, należy jeszcze przebrnąć przez szczegółowe opisy walk bokserskich oraz okoliczności, w jakich młody funkcjonariusz Bucky Bleichert poznaje swojego partnera Lee Blancharda.

Nie interesuję się boksem, więc bez wstydu przyznam, że kilkanaście stron poświęconych walkom, zakładom i opisom możliwości poszczególnych zawodników było dla mnie sporym wyzwaniem. Niestety autor uczynił głównego bohatera nie tylko policjantem badającym okoliczności śmierci panny Short, ale także dość znanym w mieście bokserem, więc musiałam się przemęczyć i jakoś znieść te wstawki o sporcie. Pewnym utrudnieniem był także specyficzny styl, bowiem Ellroy jedne wydarzenia opisał z przesadną dokładnością (wspomniane walki bokserskie), a inne czasem nakreślił zbyt powierzchownie, przez co nie zawsze motywacje bohaterów były dla mnie jasne. Nie da się ukryć, że Czarna Dalia nie jest powieścią bez wad, ale nie chciałabym odradzać lektury, ponieważ dla amatorów mocnych historii osadzonych w realiach powojennej Ameryki, ta pozycja może być strzałem w dziesiątkę.

Książka ma mocno pesymistycznych wydźwięk, ale mam wrażenie, że dzięki temu jest nieco bardziej prawdziwa pod pewnymi względami. Czytając o śledztwie prowadzonym przez Bleicherta byłam w stanie uwierzyć, że praca policjanta z Los Angeles u progu lat 50. odznaczała się pasmem rozczarowań, upokorzeń i trudnych decyzji. James Ellroy nakreślił przerażającą wizję miasta kontrolowanego przez przestępców, brutalnych policjantów oraz skorumpowanych polityków, z którymi trzeba się w pewnych sprawach dogadywać, by inne mogły zostać zamknięte, a winni wtrąceni do więzienia. Autor pokazał misterną sieć zależności oplatającą policjantów i gangsterów, prowadzącą do tego, że czasami trudno odróżnić, kto jest dobrym, a kto złym charakterem. Zresztą chyba mogę się pokusić o stwierdzenie, że w tej powieści nie ma szlachetnych i godnych podziwu postaci. Każdy ma coś na sumieniu, każdy podjął jakąś niemoralną decyzje lub po prostu zszedł na drogę przestępstwa, zapewniającą łatwe pieniądze i wygodne życie. U Ellroya Los Angeles jest miastem sprzyjającym wszelkim przestępstwom i występkom, łamiącym życie młodym kobietom spragnionym kariery w Hollywood oraz mężczyznom chcącym bez wysiłku dorobić się dużego majątku. 

Historia w stylu noir nie może obyć się bez charakterystycznej postaci femme fatale. W tym przypadku mamy do czynienia z więcej niż jedną kobietą fatalną, doprowadzającą mężczyzn do zguby, co przydaje całej opowieści dreszczu emocji. Najpierw czytelnik poznaje pannę Kay Lake, która teoretycznie jest związana z Blanchardem, ale w praktyce swoim zainteresowaniem obdarza również jego nowego partnera. Przyznam, że ten trójkąt miłosny jest nieco bardziej skomplikowany niż to może się wydawać, chociaż zachowanie bohaterów częściej mnie irytowało niż ciekawiło, więc nie mogę uznać tego wątku za specjalnie satysfakcjonujący. Na szczęście później na scenę wkracza Madeline Sprague – rozkapryszona córka milionera, której ulubionym wieczornym zajęciem jest runda po barach i pubach w poszukiwaniu kochanka na jedną noc. Oczywiście w pewnym momencie drogi Bucky’ego i Madeleine przecinają się, a wówczas akcja nabiera rumieńców. Wprawdzie ofiarę morderstwa trudno nazwać femme fatale, ale charakterystyka Elizabeth Short, wyłaniająca się w toku opowieści również daje do myślenia.

Intryga kryminalna w Czarnej Dalii zaskoczyła mnie jednocześnie pozytywnie i negatywnie. Pozytywnie, ponieważ okazała się znacznie bardziej skomplikowana niż przewidywałam na początku. Pod koniec doceniłam to, że pisarz tyle czasu poświęcił na opisanie stosunków panujących na wydziale, relacji pomiędzy poszczególnymi pracownikami itd., gdyż w zakończeniu wszystko to okazało się istotne. Co więcej, większość sytuacji ma też drugie dno, więc polecam czytać uważnie i nie wierzyć we wszystko, co mówią bohaterowie. Nie spodobało mi się natomiast wskazanie TAKIEJ postaci na zabójcę Elizabeth Short. Nie przekonały mnie podane wyjaśnienia i nie usatysfakcjonowała decyzja głównego bohatera, który zadecydował o losie mordercy. Moim zdaniem akurat ta osoba ani trochę nie jest wiarygodna w roli bezlitosnego, zimnokrwistego rzeźnika.

Nie ukrywam, że po Czarnej Dalii spodziewałam się czegoś nieco innego, ale nie mogę też wyłącznie narzekać, ponieważ otrzymałam mroczną opowieść o ludzkich słabościach, niespełnionych marzeniach i decyzjach, które mają nieodwracalny wpływ na losy protagonistów. Książkę polecam fanom hard-boiled fiction i innych opowieści z wątkiem kryminalnym, a sama rozważam obejrzenie ekranizacji. 

Ocena: 3.5 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwania Czytam literaturę sprzed XXI wieku.

http://esperazna.blogspot.com/2015/02/wyzwanie-czytam-literature-sprzed-xxi.html