17 września 2013

Car Putin - Anna Arutunyan


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 308

Prawdopodobnie nie sięgnęłabym po książkę Anny Arutunyan gdybym kilka miesięcy temu nie przeczytała recenzji napisanej przez Monikę – autorkę bloga Magnolie. Literatura faktu nie należy do moich ulubionych gatunków, rzadko sięgam po reportaże, a jeszcze rzadziej po wszelkiego rodzaju biografie, więc zapewne ta publikacja umknęłaby mi w natłoku innych nowości. Na szczęście tak się nie stało i poznałam książkę będącą mieszanką biografii Władimira Putina oraz reportażu na temat najnowszej historii Rosji i mechanizmów politycznych jakie w tym kraju obowiązują. Mocny tytuł sugeruje, że prezydentura Putina porównywana jest do ustroju panującego przed wiekami. Oczywiście nie chodzi o przełożenie jeden do jednego i dosłowność, ale wskazanie, dlaczego pewne praktyki są wciąż w Rosji żywe, jak to się dzieje, że z perspektywy Zachodu w tym wielkim kraju nadal nie ma demokracji oraz z jakiego powodu tak trudno przestrzegać w Rosji prawa i uczciwie prowadzić jakąkolwiek firmę.

Autorka nie skupiła się jedynie na osobie Władimira Putina. Paradoksalnie, o samym prezydencie nie ma aż tylu wzmianek i jeśli szukacie szczegółowych informacji o jego poglądach czy kompletnego życiorysu, to możecie być rozczarowani. Anna Arutunyan przedstawia znacznie szerszą perspektywę poprzez opisanie konkretnych przypadków dotyczących zwykłych obywateli jak i wpływowych przedsiębiorców czy polityków, które ilustrują ogólne metody postępowania w pewnych sprawach. Tematy podejmowane przez dziennikarkę należą do zagadnień szeroko komentowanych w ciągu kilku ostatnich lat. W książce znalazło się więc miejsce na dogłębne zanalizowanie pokazówki jaką władza urządziła dla pracowników zakładów w Pikalowie, wskazanie argumentów przemawiających za tym, że niemal każde wybory w Rosji są fałszowane i odpowiedzialne za to osoby specjalnie nie kryją się ze swoimi działaniami, a także podjęcie próby zrozumienia emocji jakie Putin wzbudza u większości Rosjan. Ogromną zaletą tej publikacji jest solidne przygotowanie autorki do tematu. Cytowane wypowiedzi mają odnośniki do źródeł, z których zostały zaczerpnięte, ponadto Anna Arutunyan z bardzo wieloma osobami rozmawiała osobiście, próbując wydobyć z nich jak najwięcej informacji na dany temat, więc jest w stanie zarysować odpowiedni kontekst tych wywiadów. Podoba mi się również to, że dziennikarka nie wybiela rządzących w Rosji, ani nie atakuje ich bez powodu, lecz rzeczowo argumentuje, dzięki czemu czytelnik ma szansę poszerzyć swoją wiedzę i zrozumieć, dlaczego pewne mechanizmy nie zmieniają się od lat.

Car Putin to publikacja o pesymistycznej wymowie. Autorka opisała wydarzenia świadczące o tym, że kwestie takie jak korupcja, absurdalne prawo czy wiara obywateli w niemal boską moc urzędników państwowych są tak mocno zakorzenione w społeczeństwie, że nieprędko, jeśli w ogóle, zostaną wyplenione. Najbardziej zszokowały mnie powszechnie uznawane zasady przyjmowania i wręczania łapówek. Załatwienie czegoś za pieniądze lub ważną przysługę jest w Rosji codziennością każdego, kto prowadzi jakaś działalność. Obowiązujące prawo jest bowiem tak niejasne, że właściwie nie można uniknąć jego łamania i tylko odpowiedniej wysokości kwoty ratują od wysokich kar grzywny lub więzienia. Prowadząc interesy w tym kraju trzeba też pamiętać, że oprócz prawa pisanego istnieją zasady, o których po prostu się wie i to właśnie one decydują o powodzeniu lub kompletnym fiasku przedsięwzięcia. Anna Arutunyan opisuje skąd takie założenia się wzięły i z jakiego powodu nadal obowiązują. Podobnie potraktowała także zagadnienia takie jak wolność słowa czy demokratyczne wybory. Wiadomo, że często na tym polu dochodzi do nadużyć, ale dzięki tej publikacji można poznać powody, które w pewien sposób tłumaczą, dlaczego takie incydenty mają miejsce. Wstydem bowiem jest opieranie się jedynie na stereotypowych przekonaniach i wydawanie uogólniających sądów.

A gdzie w tym wszystkim Władimir Putin? Jak już wspomniałam, w książce nie znajdziemy obszernych wywiadów z prezydentem Rosji czy też prób interpretacji jego wypowiedzi, ale jako polityk jest on wciąż obecny niejako w tle wszystkich opisywanych wydarzeń. Dziennikarka zanalizowała również zachowania obywateli względem Putina. Czy wyobrażacie sobie, że ktokolwiek, kto nie sympatyzuje z Bronisławem Komorowskim zaczyna na jego widok spontanicznie klaskać? Zapewne nie, natomiast wśród Rosjan takie oddawanie swoistej czci prezydentowi nie należy ponoć do rzadkości. Jak to możliwe, że nawet opozycjoniści czasem pozwalają sobie na te gesty? Zachęcam do sięgnięcia po książkę i poznania odpowiedzi na to i wiele innych pytań. Publikacja Anny Arutunyan to naprawdę rzetelne źródło informacji o zależnościach panujących między rosyjskimi politykami; zachowaniach uwarunkowanych przez historię; utrwalonych w świadomości Rosjan prawach niepisanych, które nadal regulują wiele kwestii; wierze obywateli w moc posiadaną przez prezydenta, będącego w stanie rozwiązać każdy problem czy wreszcie o działaniach przeciwników partii Jedna Rosja. Jedynym minusem publikacji jest dość toporny styl, w jakim została napisana. Liczne powtórzenia i pomieszany szyk niektórych zdań utrudniają czytanie, ale zdaję sobie sprawę, że w tej książce nie jest to najważniejsza kwestia, więc przymykam oko na niedoróbki językowe. Polecam lekturę wszystkim, którzy chcą poznać konteksty omawianych w mediach spraw, poszerzyć wiedzę na temat rosyjskiej polityki oraz wyrobić sobie własne przekonanie na temat tego czy Putin zachowuje się jak carowie w przeszłości, czy to jednak przesadne porównanie.

Ocena: 5 / 6


Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Zysk i S-ka oraz portalu Sztukater. 


13 września 2013

Śmierć letnią porą - Mons Kallentoft


Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 434

Upał daje się we znaki mieszkańcom Linköpingu. Od kilkunastu dni temperatura sięga niemal czterdziestu stopni. Spowite dusznym, palącym powietrzem miasto sprawia wrażenie wymarłego. Na ulicach bezruch, stagnacja wywołana przez gorąco i otumanionych nim ludzi, którzy nie potrafią zmusić się do jakiejkolwiek aktywności wykraczającej poza picie schłodzonych napojów i okupowanie pobliskich kąpielisk. Ale pogoda nie może być wymówką dla komisarz Malin Fors i jej współpracowników, ponieważ w tym letnim, beztroskim okresie objawiło się zło w najczystszej postaci. Najpierw znaleziono w parku nagą i poranioną dziewczynę, która nie była w stanie powiedzieć, co jej się przydarzyło i jak znalazła się w takim położeniu. Później doniesiono o zwłokach nastolatki odgrzebanych przez psa w pobliżu basenów. Rozpoczął się wyścig z czasem. Malin wie, że sprawca nie poprzestanie na tych ofiarach i już wkrótce na całe Linköping padnie porażający, obezwładniający strach.

Śmierć letnią porą to druga powieść Monsa Kallentofta, którą miałam okazję przeczytać i niestety muszę stwierdzić, że irytowało mnie w niej dokładnie to samo, co w debiutanckim dziele szwedzkiego pisarza. Ostatnio nie mam szczęścia do wybieranych lektur, bo to kolejna pozycja, którą raczej będę krytykować niż chwalić. Najważniejszym minusem tego kryminału jest brak napięcia. Teoretycznie od samego początku dzieje się coś, co powinno podnosić ciśnienie i wywoływać duże emocje. W mieście grasuje seryjny morderca, który na swoje ofiary wybiera młode dziewczyny. Jest bezczelny i zuchwały, ponieważ nie działa jedynie w nocy, w ciemnych zaułkach, ale potrafi zaatakować w samym centrum lub, co gorsze, zaczaić się w domu nieświadomej zbliżającego się zagrożenia nastolatki. Jednak w trakcie czytania w ogóle nie odczuwałam tego strachu, nie denerwowałam się, że zabójca zaraz uderzy ponownie i skrzywdzi następną osobę. Zamiast tego nudziłam się, bo autor po raz kolejny wprowadził do historii fragmenty stanowiące przemyślenia nieżyjących już ofiar i tym razem wykorzystywał je zdecydowanie zbyt często. Ten sam zabieg pojawił się już w debiutanckiej Ofierze w środku zimy, ale wówczas nie był tak nachalny. Natomiast ta powieść w pewien sposób została zdominowana przez chaotyczne rozważania zmarłych, którzy nie do końca zdają sobie sprawę ze swojej śmierci i żalą się na ciemność, chłód, dezorientację. Później nieżyjące nastolatki stają się czymś na kształt duchów, obserwujących zachowanie swojego oprawcy oraz działania podejmowane przez policję i rodziców.

Odniosłam również wrażenie, że w pierwszej połowie książki wątek kryminalny nie jest najważniejszy. Zapewne brzmi to dziwnie, bo przecież osią historii są zabójstwa, ale skłaniam się do takiej opinii z powodu rozbudowanych wtrąceń o życiu prywatnym Malin Fors i innych policjantów oraz komentarzy odnoszących się do stereotypów na temat imigrantów mieszkających w Szwecji i podziału klasowego społeczeństwa. O ile uwagi o Szwedach, którzy tylko z pozoru są tak poprawni politycznie i tolerancyjni uważam za ciekawe, o tyle narzekania Malin to prawdziwa zmora tej powieści. Pani komisarz nieustannie ubolewa nad tym, że jej czternastoletnia córka dorasta, nie umie też pogodzić się z rozwodem, mimo że od rozstania z ojcem Tove minęło już 10 (!) lat. Fors nie robi jednak nic, by wziąć życie w swoje ręce i chociaż spróbować postępować według wymarzonego wzoru. Z mojej perspektywy Tove jest spokojną nastolatką, która nie robi głupot i nie przysparza rodzicom troski, a jej matka niepotrzebnie szaleje i wymyśla sobie, że traci kontakt z dzieckiem. Malin jest wiecznie niezadowolona, sfrustrowana i niepogodzona z życiem. Zresztą nie tylko ona, bo również inni policjanci cierpią na tą samą przypadłość.

W książce Kallentofta wszyscy bohaterowie zostali w jakiś sposób skrzywdzeni. Przemoc rodzi przemoc i to zdaje się głównym przesłaniem tej historii. Można ukrywać przed światem traumatyczne zdarzenia z przeszłości, dusić je w sobie, ale prędzej czy później one dojdą do głosu, a wtedy nietrudno o tragedię. Jak to w skandynawskich powieściach kryminalnych bywa mroczna strona ludzkiej psychiki wychodzi na jaw, chore pragnienia biorą górę nad rozsądkiem i poczuciem moralności w wyniku czego pojawiają się przestępstwa na tle seksualnym. Sięgając po Śmierć letnią porą musicie być przygotowani na czytanie o molestowaniu, gwałtach, znęcaniu się i innych sadystycznych praktykach. Mimo że autor nie opisuje wszystkich tych działań szczegółowo, to czasami można poczuć prawdziwe obrzydzenie na myśl o tym, do czego zdolny jest człowiek. Na stu ostatnich stronach śledztwo prowadzone przez Malin Fors wreszcie nabiera tempa. Pojawiają się tropy, związek łączący wszystkie ofiary i znacznie szybszy rozwój akcji. Dobrze, że chociaż finał jest dość emocjonujący, ale jednak wcześniejszy marazm znacznie wpłynął na całościowy odbiór historii. Szkoda też, że pisarz nie wykorzystał potencjału na bardziej zaskakujące zakończenie. Morderca należy do osób, które zazwyczaj zostają wykluczone i nie są brane w ogóle pod uwagę. Nie przypominam sobie, żebym czytała wcześniej powieści, w której to właśnie taka osoba jest winna przestępstw na tle seksualnym. Niestety jakoś to rozwiązanie przeszło bez echa, nie zostało odpowiednio zaakcentowane.

Niewątpliwie Mons Kallentoft ma swój styl i nietypowe refleksje zza grobu nie są jego jedynym przejawem. Autor często opisuje wydarzenia posługując się metaforami, niedopowiedzeniami; rzadko komunikuje coś wprost, raczej obchodzi temat zostawiając jedynie wskazówki, co chce czytelnikowi przekazać. Na pewno nie każdemu spodoba się taki sposób pisania, ponieważ Kallentoft nie stosuje przezroczystej, pochłaniającej od pierwszej strony narracji. Co jakiś czas pisarz pozwala innym, nawet drugoplanowym bohaterom dojść do głosu i wówczas wydarzenia zostają ukazane z ich perspektywy. Trzeba się więc skupić na lekturze, śledzić uważnie wydarzenia, a nie zawsze jest to łatwe, ponieważ brak napięcia i zaskakujących zwrotów akcji utrudnia koncentrację. Mimo tego akurat styl Kallentofta uważam za zaletę, jest charakterystyczny i raczej nie pomyliłabym książki tego pisarza z żadną inną. Jako całość Śmierć letnią porą to raczej średnio satysfakcjonujący, nieco przegadany kryminał. Zaczynam się obawiać, że każda powieść Monsa Kallentofta jest właśnie taka, ale jeszcze nie spisuję pisarza na straty. Jestem ciekawa, co pokazał w Jesiennej sonacie.

Ocena: 3,5 / 6


Książka przeczytana w ramach: Kryminalne Wyzwanie i Czytamy kryminały

8 września 2013

Dziewczyna w stalowym gorsecie - Kady Cross


Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 440

Nastoletnia Finley Jayne ma prawdziwy talent do pakowania się w kłopoty. W ciągu kilku miesięcy już trzykrotnie straciła pracę przez swój ognisty temperament sprawiający, że czasami dziewczyna zupełnie traci nad sobą kontrolę i robi rzeczy, których później żałuje. Finley ma wrażenie jakby w jej wnętrzu przebywały dwie, zupełnie różne osoby. Jedna jest ułożoną, dobrze wychowaną młodą panienką wiedzącą, co przystoi dziewczynie w jej wieku, a co jest niedopuszczalne. Natomiast druga, mroczna strona dodaje bohaterce siły, zdolności do podjęcia walki w niebezpiecznych sytuacjach oraz odwagi do stanowczego wyrażania własnego zdania. Finley czuje się coraz bardziej zagubiona z powodu tego czegoś, co działa wbrew jej woli, ale czara goryczy przelewa się w momencie, w którym do nastolatki dociera, że w szale mogłaby zabić człowieka. Kiedy w dość niecodziennych okolicznościach dziewczyna poznaje Griffina ze zdumieniem zauważa, że chłopak jest w stanie uspokoić tę jej nieprzewidywalną stronę charakteru. Dzięki niemu Finley ma również okazję spotkać innych młodych ludzi obdarzonych niespotykanymi zdolnościami i dowiedzieć się, co spowodowało rozszczepienie jej osobowości. W tym samym czasie w Londynie zaczyna działać przestępca nazywany Machinistą, w którego poczynania zostaje zamieszana Finley Jayne.

Po książce Kady Cross spodziewałam się lektury niezbyt wymagającej i skomplikowanej, ale jednak zapewniającej kilka godzin rozrywki w atmosferze nieco innego dziewiętnastowiecznego Londynu, niż ten znany z kart historii. Nie mogę stwierdzić, że powieść zupełnie mi się nie podobała, ale sporym nadużyciem z mojej strony byłoby napisanie, że to porywająca i oryginalna lektura. Niestety pod pewnymi względami historia jest niedopracowana i sztampowa, co znacznie obniża jej atrakcyjność. Na okładce napisano, że Dziewczyna w stalowym gorsecie to skrzyżowanie epoki wiktoriańskiej z X-Menami. Rzeczywiście coś w tym jest, ponieważ akcja rozgrywa się w roku 1897, a bohaterowie posługują się nie tylko swoimi nienaturalnymi mocami, ale korzystają także z wielu wynalazków, przypominających znane nam urządzenia. Ten steampunkowy rys ożywił fabułę i dodał jej charakteru, co zdecydowanie należy tej książce zapisać na plus. Autorka stworzyła świat pełen automatonów wykorzystywanych zarówno do pracy jak i rozrywki oraz innych mechanizmów znajdujących się w otoczeniu człowieka. Pojawił się też wątek swoistego buntu maszyn, ale niestety jego potencjał nie został wykorzystany do końca. Bowiem jeszcze przed połową książki można domyślić się, komu zależy na wprowadzeniu chaosu i atakowaniu określonych osób.

Przewidywalność jest właśnie jednym z największych minusów powieści Kady Cross. Autorka niedostatecznie skomplikowała fabułę, nie wymyśliła intrygi, która wprowadziłaby zamęt i niepokój czytelnika związany z niewiadomą, co do dalszych losów bohaterów. W Dziewczynie w stalowym gorsecie nie ma żadnych zaskakujących momentów, każdy zalążek jakiejś bardziej emocjonującej akcji jest przyduszany na kilkunastu następnych stronach przez zbytnią czytelność w kwestii zachowania postaci i konsekwencji ich czynów. Denerwuje również naiwność bohaterów, którzy momentami zdają się ślepi na zagrożenie i nie są w stanie wyciągnąć logicznych wniosków ani ze swojego zachowania, ani z zaistniałych okoliczności. Czy w takim razie należałoby spisać tę książkę na straty? Niekoniecznie. Powieść Kady Cross sprawdziła się jako relaksująca opowiastka po męczącym dniu. Autorka przenosi czytelnika do całkiem interesującego świata, w którym łączą się wiktoriańskie zasady i nowoczesne urządzenia. Delikatnie zarysowany został również wątek miłosny, chociaż może to określenie na wyrost, bo wszystkie zauroczenia pozostają jedynie w sferze platonicznej.

Główna bohaterka wydała mi się najbardziej charakterną i najmniej przewidywalną postacią z wszystkich wykreowanych przez amerykańską pisarkę. W Finley drzemią dwie, sprzeczne natury i nigdy nie wiadomo, która z nich weźmie górę. Dzięki temu dziewczyna nie zawsze zachowuje się jak dobrze wychowana, wiktoriańska panna, bo od czasu do czasu pokazuje pazurki i szokuje otoczenie ciętą ripostą lub śmiałymi gestami. Inni bohaterowie powieści raczej nie wybijają się ponad przeciętność. No, może jeszcze z wyjątkiem Jacka Dandy’ego, będącego połączeniem niebezpiecznego przestępcy i czarującego uwodziciela. Niestety reszta postaci raczej nie zasługuje na większą uwagę. Nieskazitelnie dobry i szlachetny Griffin jest do bólu nudny i przewidywalny. Obdarzony ponadprzeciętną siłą Sam nie grzeszy inteligencją, a genialna Emily pojawia się właściwie tylko wtedy, kiedy kogoś trzeba wyleczyć lub coś naprawić. Gdyby nie to, że każda z postaci obdarzona jest jakimś talentem, niewytłumaczalną mocą, to z pewnością ciężko byłoby znieść wzmianki o bohaterach innych niż Finley i Jack.

Kady Cross postawiła na prostotę. Nieskomplikowana fabuła, bohaterowie w większości jednoznaczni moralnie i przewidywalne zakończenie sprawiają, że Dziewczyna w stalowym gorsecie nie jest powieścią, którą mogę każdemu polecić. Nie żałuję, że ją przeczytałam, ponieważ zapewniła mi kilka, całkiem miło spędzonych godzin, głównie za sprawą umiejscowienia akcji w XIX wiecznym Londynie, w którym wynalazki niemal dorównują dzisiejszym cudom techniki oraz obecność fantastycznych wątków i komiksowych zdolności bohaterów. Jednak, jeśli liczycie na wielkie emocje, nagłe zwroty akcji czy misterną intrygę, będziecie zawiedzeni. Mam wrażenie, że autorka pisała tę powieść na szybko i nie zdążyła wszystkiego dokładnie przemyśleć. A może po prostu książka jest raczej skierowana do młodszych czytelników, nieznających jeszcze konwencji i schematów. Jak by nie było, Dziewczyna w stalowym gorsecie nieco zawiodła moje oczekiwania, więc nie mogę ocenić jej wyżej.

Ocena: 3,5 / 6

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater oraz wydawnictwa Fabryka Słów.


3 września 2013

English Matters - wydawnictwo Colorful Media


Wydawnictwo: Colorful Media
Liczba stron: 42 (jeden numer)

O tym, że nauka języków obcych obecnie niewiele ma wspólnego z nudnymi i żmudnymi zajęciami polegającymi jedynie na wkuwaniu słówek i zapamiętywaniu struktur gramatycznych, wiedzą już chyba wszyscy. Wydawnictwa dwoją się i troją, by przyciągnąć potencjalnych klientów nowym, ciekawym pomysłem na szybkie i przyjemnie przyswajanie wiedzy. Możemy więc nabyć nie tylko podręczniki, słowniki czy repetytoria, ale także kursy online, fiszki pomagające zapamiętać słownictwo czy kolorowe poradniki doradzające jak uczyć się najlepiej. Ilość wszelkich pomocy naukowych jest tak wielka, że każdy znajdzie formę najbardziej mu odpowiadającą. Jakiś czas temu zachwyciłam się ofertą multimedialnych kursów językowych i chociaż nadal twierdzę, że to świetne rozwiązanie, to nic nie stoi na przeszkodzie, by czasami pozwolić oczom odpocząć od ekranu komputera i powrócić do tradycyjnego, acz równie interesującego sposobu zdobywania wiedzy. Jak wiadomo obcy język najlepiej przyswaja się w praktyce, dlatego wiele osób zaleca czytanie książek i oglądanie filmów w oryginale. Niewątpliwie jest to świetna rzecz, ale zanim zdobędziemy umiejętności pozwalające na obcowanie z zagranicznych tekstami bez polskiego tłumaczenia, musimy nabyć odpowiednie kompetencje.

Z pomocą przychodzi wydawnictwo Colorful Media, które w swojej ofercie ma czasopisma przeznaczone dla osób uczących się języków obcych oraz chcących odświeżyć swoją wiedzę i wydobyć z pamięci dawno nieużywane zwroty i słówka. Amatorzy zgłębiania tajników języka angielskiego, niemieckiego, hiszpańskiego, francuskiego czy rosyjskiego powinni jak najszybciej zainteresować się magazynami, dzięki którym niemal bez wysiłku zdobędą nowe umiejętności i utrwalą już posiadane. Moją uwagę przykuły dwa czasopisma wydawane przez Colorful Media – English Matters oraz ¿Español? Sí, gracias. Dzisiaj opowiem o tym pierwszym, ponieważ od dawna nosiłam się z zamiarem odświeżenia wiadomości zdobytych przez lata nauki. Po Magazyn pomagający w nauce języka angielskiego może sięgnąć każdy, kto opanował poziom średniozaawansowany. Dla początkujących bowiem opublikowane teksty mogą być nieco zbyt trudne, mimo że w każdym artykule podkreślono i przetłumaczono wiele potencjalnie problematycznych słów. Miałam przyjemność zapoznać się z trzema egzemplarzami English Matters i jestem bardzo pozytywnie zaskoczona jakością i różnorodnością tekstów.


Na pierwszy ogień poszedł numer 38 (styczeń/luty 2013), który dość łagodnie wciąga czytelnika w językowe niuanse dzięki sympatycznemu testowi pozwalającemu rozpoznać sposób w jaki najlepiej przyswajamy wiedzę. Jeśli jeszcze nie wiecie czy jesteście bardziej podatni na bodźce wzrokowe, słuchowe czy też dotykowe, to z pewnością powinniście zapoznać się z tym artykułem. Następnie coś dla siebie znajdą kinomaniacy, ponieważ w rubryce People and Lifestyle umieszczono charakterystyki kilku aktorów i aktorek, których nazwiska warto znać, żeby mieć świadomość, że brytyjskie kino to nie tylko produkcje z udziałem (bardzo utalentowanego skądinąd) Colina Firtha. Jednak ten numer English Matters zapadł mi w pamięć przede wszystkim ze względu na obszerny wywiad przeprowadzony z Włoszką pracującą w Londynie jako au pair oraz tekst opisujący przemiany jakie przeszedł Internet w ciągu ostatnich kilku lat. Na pochwałę zasługuje fakt, że tak różne zagadnienia zostały poruszone w jednym numerze, dzięki czemu nie może być mowy o nudzie czy znużeniu w trakcie lektury. Obok artykułów poświęconych poważnym tematom, takim jak struktura testów pozwalających uzyskać brytyjskie obywatelstwo, znajdują się też te nieco bardziej rozrywkowe, np. o snowboardowym szaleństwie.



Numer 39 (marzec/kwiecień 2013) ostatecznie przekonał mnie do English Matters. O wiele szybciej zapamiętuje słówka użyte w interesującym artykule niż podane „na sucho”, oderwane od jakiegokolwiek kontekstu. Na początek garść ciekawostek z działu This and That, a wśród m.in. krótki tekst o tzw. pokoleniu kciuka, czyli młodych ludziach posługujących się kciukami o wiele sprawniej i zręczniej niż ich przodkowie. Fani Lany Del Rey z przyjemnością zapoznają się z obszernym materiałem na jej temat. Polecam również ciekawy tekst o jednym z bardziej tajemniczych reżyserów – Stanleyu Kubricku, który nie potrafił przystosować się do otaczającej go rzeczywistości do chwili otrzymania kamery. Jeśli dotąd filmy Kubricka nie wydawały się wam interesujące, zapewne po tym tekście zmienicie zdanie. Uważam, że takie czasopismo powinno się przeczytać od deski do deski, ale muszę zwrócić uwagę na artykuł, którego absolutnie nie wolno przegapić. Mam na myśli bardzo ciekawe obserwacje na temat eufemizmów poczynione przez Agnieszkę Dudek. Często łapię się na tym, że nie wiem jak po angielsku złagodzić pewne wiadomości, jak nie okazać zniecierpliwienia czy rozdrażnienia. Na szczęście w dziale Language znalazłam rozstrzygnięcie nurtujących kwestii, gorąco polecam ten artykuł.


Natomiast numer 40 (maj/czerwiec 2013) wzbudził we mnie ogromne emocje artykułem autorstwa Marty McFarland, która opisała ile niebezpiecznych konserwantów i ulepszaczy znajduje się w produkowanej od kilkunastu lat żywności. Co prawda prześwietlony został głównie rynek amerykański, ale niestety jestem przekonana, że również w Europie nie dzieje się zbyt dobrze pod tym względem. O ile wymowa tekstu jest pesymistyczna, o tyle ilość zawartych w nim nowych słówek po prostu zachwyca. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek wcześniej miała okazję poznać zwroty dobrane tak, by w logiczny sposób łączyły się ze sobą, mimo że pochodzą z różnych dziedzin. Oprócz tekstu o żywności polecam również zapoznanie się z treścią artykułów poświęconych chińskim korepetytorom czy też wspomnieniom o roli emigrantów z Polski, którzy w pozytywny sposób zapisali się w historii Wielkiej Brytanii.

Po zapoznaniu się z trzema różnymi egzemplarzami English Matters z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że stanę się stałą czytelniczką tego magazynu. Polecam go wszystkim chcącym zwiększyć swoje umiejętności językowe, ponieważ dzięki interesującym i bardzo dobrze opracowanym tekstom, wiedza niemal sama wpada do głowy. Do każdego artykułu dołączono słowniczek z objaśnieniami najtrudniejszych zwrotów,  co w prosty sposób niweluje wszelkie trudności wynikające z różnego stopnia znajomości języka. Zarówno osoby dopiero zgłębiające tajniki języka angielskiego, jak i pragnące tylko przypomnieć sobie poszczególne zwroty, będą usatysfakcjonowane z lektury. Dodatkowym atutem English Matters jest także możliwość odsłuchania niektórych tekstów. Aby to było możliwe wystarczy pobrać plik ze strony wydawnictwa lub zeskanować kod QR, pozwalający na jeszcze szybszy dostęp do nagrania. Zapewne wielu czytelników ucieszy również dostęp do materiałów dla nauczycieli. Zachęcam do poświęcenia kilku chwil dziennie na czytanie English Matters, z pewnością nie będzie to czas stracony. 



Tutaj zapoznacie się z całą ofertą wydawnictwa, a tu znajdziecie więcej szczegółów o zawartości każdego numeru English Matters.

 
Magazyny do recenzji udostępniło wydawnictwo Colorful Media