Niewielka wyspa u wybrzeży Antarktydy jest tyleż pięknym, co niegościnnym miejscem. Zamieszkująca ją rodzina Saltów przyzwyczaiła się do surowości i gwałtowności natury obecnej na Shearwater. Ich zadaniem jest konserwacja banku nasion założonego na wyspie, więc nawet dzieci wiedzą, że każdego dnia muszą wykonywać konkretne obowiązki. Jeszcze parę miesięcy temu na miejscu przebywała grupa naukowców, ale szybko zmieniający się klimat sprawił, że warunki stały się zbyt niebezpieczne, by kontynuowano projekt. Został jedynie Dominic oraz trójka jego dzieci. Po jednym z wyjątkowo silnych sztormów na brzeg wyrzucone zostaje ciało kobiety. Jakimś cudem nieznajoma przeżyła katastrofę, a dzięki opiece ze strony Saltów, zaczyna dochodzić do zdrowia. Przedstawia się jako Rowan i utrzymuje, że na Shearwater rozbiła się przypadkiem. Nie wydaje się to możliwe, ponieważ w promieniu setek kilometrów nie ma innego lądu, do którego kobieta mogłaby zmierzać. Obecność Rowan zmienia dynamikę relacji panujących między ojcem a dziećmi. Bohaterów otaczają tajemnice oraz traumy z przeszłości, a gdy okazuje się, że Dominic również ma coś do ukrycia atmosfera niebezpiecznie się zagęszcza.
Sposób pisania autorki oraz zawiązanie intrygi sugerujące, że wszyscy bohaterowie mają jakieś mroczne tajemnice sprawił, że powieść w dużej części przypomina thriller. Nie ukrywam, że odpowiadała mi ta aura niepewności co do intencji protagonistów i ze sporym zainteresowaniem śledziłam rozwój wydarzeń, jednocześnie próbując odgadnąć kim tak naprawdę jest Rowan i po co przypłynęła na Shearwater. Usiłowałam także zrozumieć, co sprawiło, że Dominic postanowił zamieszkać na niemalże bezludnej wyspie, skazując tym samym swoje dzieci na zupełne odizolowanie od rówieśników oraz świata zewnętrznego. Odpowiedzi na te pytania przychodzą stopniowo i niemalże do ¾ książki byłam zauroczona ponurą atmosferą tej historii zwiastującą nadciągającą katastrofę. Wyraźnie czuć, że coś wisi w powietrzu. Dominic troszczy się o dzieci, a one szczerze go kochają, więc pozornie to zupełnie normalna rodzina. Jednakże cieniem na ich relacji kładzie się śmierć żony Doma. Mężczyzna nigdy nie pogodził się z jej odejściem, żałoba wciąż tkwi w jego sercu jak zadra, a to sprawia, że bywa niedostępny, rozgniewany i zupełnie przytłoczony rzeczywistością. Dwoje nastoletnich dzieci także tęskni za matką, jedynie najmłodsze jej nie pamięta, ale obecność Rowan boleśnie wszystkim uświadamia, że dziewięciolatek lgnie do kobiety, traktując ją jak zastępczą matkę.
Wszystko to sprawia, że postaci są wielowymiarowe i opisane na tyle dobrze, że bez trudu mogłam zrozumieć ich postępowanie, nawet jeśli go nie pochwalałam. Szkoda tylko, że autorka trochę poszła na łatwiznę, decydując, że ani Saltowie, ani Rowan nie będą ze sobą szczerzy praktycznie aż do samego końca, ponieważ gdyby tak naprawdę porozmawiali, pewne tajemnice zostałyby wyjaśnione dużo wcześniej. A to wymagałoby ustanowienia nowych relacji między nimi. Tak się jednak nie dzieje, więc aż do finału najistotniejsze sekrety nie wychodzą na jaw, a kiedy w końcu do tego dochodzi powieść zmienia ton na zbyt melodramatyczny. Niestety to jest ten moment, kiedy zostałam brutalnie wyrwana z zachwytu. Nie pasuje mi wątek romantyczny, ponieważ pojawia się znikąd, miałam wrażenie, że bohaterowie zakochują się w sobie, bo nikogo innego nie mają pod ręką. Na dodatek jedna z postaci zostaje przedstawiona jako ogarnięta szaleństwem i z premedytacją siejąca zło, żeby właśnie usprawiedliwić to, że X i Y mają się ku sobie. Mam też ambiwalentne odczucia co do zakończenia. Z jednej strony uważam, że pasuje ono do wydźwięku powieści i autorka nie mogła zaserwować happy endu. Z drugiej jednak mam wrażenie, że bohaterowie teoretycznie przepracowali swoje traumy, by w finale doświadczyć kolejnej, a to nie ma sensu.
Na pewno doceniam rozbudowane opisy niesamowitej przyrody obecnej na wyspie, a także różnorodności zgromadzonych w banku nasion roślin. Autorka potrafi pięknie pisać o dzikich zwierzętach, o ich zwyczajach, o niesamowitym ekosystemie, podkreślając zarówno kruchość tego życia, jak i niebezpieczeństwo jakie stanowi dla człowieka. Bardzo podobały mi się fragmenty i za to powieść otrzymuje spory plus. Dziki, mroczny brzeg to historia o żałobie, traumach, nadciągającej katastrofie, ale też o miłości i nadziei, która trwa na przekór wszystkiemu. Mimo mankamentów, które wymieniłam uważam, że Charlotte McConaghy napisała książkę wzbudzającą mnóstwo emocji oraz zostawiającą czytelnika z garścią refleksji. Nie wszystkie wątki mi się podobały, ale jako całość uznaję powieść za interesującą, wzruszającą i zdecydowanie wartą przeczytania.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz