Zostałam ofiarą marketingu, ponieważ kupiłam i przeczytałam Victorian Psycho skuszona pozytywnymi opiniami oraz postami na Instagramie, które wyskakiwały z każdego kąta, krzycząc jaka świetna, mroczna i przełamująca konwencje jest to powieść. Powinnam była zachować większą ostrożność, mając w pamięci fakt, że poprzednia książka Virginii Feito nie przypadła mi do gustu. Niestety porwała mnie fala promocyjnego entuzjazmu i tak oto skończyłam z lekturą, która potwornie mnie wynudziła, zniesmaczyła, a nawet spowodowała niewielki kryzys czytelniczy. Główną bohaterką jest Winifreda Notty, która przybywa do posiadłości Ensor House, by objąć posadę guwernantki. Pod jej opiekę trafiają młodszy Andrew i starsza Drusilla. Dzieci mają przyswoić wiktoriańskie ideały, a zatem otrzymać edukację dopasowaną do płci oraz wieku, a także przyjąć pobożną, cnotliwą postawę godną dobrze wychowanego młodzieńca oraz powabnej młodej damy. Problem tylko w tym, że Winifreda nie ma zamiaru odgrywać roli idealnej guwernantki, ponieważ zatrudniła się u pana Poundsa w konkretnym celu, bardzo odległym od nauczycielskich obowiązków.
Powiedziałabym, że zadowolenie z lektury jest uzależnione od tego czy odbiorca „kupi” konwencję pseudo-wiktoriańskiej makabreski, czy też nie. Jak już wiadomo, należę do tej drugiej grupy, dlatego zupełnie mnie ta powieść nie przekonała. Nie rozumiałam głównej bohaterki ani jej postępowania, nie bawił mnie specyficzny sposób opisywania wydarzeń, nie znalazłam w tej historii nic interesującego. Największy problem miałam z postacią Winifredy, która jest szalenie przerysowaną i niewiarygodną bohaterką. Nie wątpię, że autorka celowo tak właśnie sportretowała protagonistkę, ale do mnie ta charakterystyka nie trafiła. Nie znalazłam nic fascynującego czy zastanawiającego w postaci psychopatki, której wszystkie zbrodnie uchodzą na sucho, mimo że kobieta wcale nie kryje się ze swoimi zamiarami. Książka ma nieco ponad 200 stron, a mnie szalenie dłużyły się te wszystkie opisy „mroku” Winifredy oraz coraz bardziej absurdalnych wydarzeń. Guwernantka urządza krwawą masakrę, mordując wszystkich którzy staną jej na drodze. Koniec. O tym jest ta książka i nawet nie ma sensu wskazywać, że zaspoilerowałam treść, bo taka informacja pojawia się na pierwszej stronie, gdy czytamy: „W ciągu trzech miesięcy wszyscy w tym domu będą martwi” (s. 5).
Skoro więc nie chodzi o zaskoczenie czytelnika ani ciekawe postaci to może ważny jest styl jakim posłużyła się Feito? Znów, nie mam wątpliwości, że pisarka intencjonalnie napakowała powieść odniesieniami do twórczości Dickensa, mieszając klasyczne wątki ze współczesnym horrorem gore, ale moim zdaniem to połączenie nie zadziałało. Przez cały czas miałam wrażenie, że autorka mruga do czytelnika niemalże z każdej strony jakby chciała powiedzieć: „Widzisz? Widzisz jaki zabieg zastosowałam? No dalej, przyznaj jak wspaniale mi to wyszło!”. W książce znajdziemy bardzo dużo fragmentów ukazujących dziwaczne, obrzydliwe i makabryczne zachowania Winifredy. Zresztą wszyscy bohaterowie są antypatyczni, obrzydliwi i karykaturalni w swoim zachowaniu. Z tego powodu nikomu nie kibicowałam, z nikim nie zżyłam się na tyle, by odczuwać smutek z powodu czynów psychopatycznej guwernantki, a ten emocjonalny dystans sprawił, że nudziłam się, czytając o kolejnych potwornościach i wynaturzeniach.
W finale poznajemy motywację głównej bohaterki, ale moim zdaniem to niczego nie zmienia. Nie widzę sensu w tej historii, bo nie ma tu napięcia, ani intrygującej zagadki, ani ciekawie wykreowanych postaci. Brakuje nawet podstawowej logiki, bo Winifreda dopuszcza się czynów, które powinny natychmiast zostać zauważone, a jednak inni bohaterowie zachowują się jakby nigdy nic, przez co dochodzi do wspomnianej już masakry. Zupełnie mi się ta książka nie podobała, więc ocena nie może być inna niż jedna gwiazdka.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz