Nie jestem fanką powieści Freidy McFadden, ale sięgnęłam po Wypadek, ponieważ książka znalazła się na liście nominowanych w plebiscycie Goodreads. Gwoli ścisłości dodam, że jeszcze dwa inne dzieła autorki również konkurowały o miano najlepszego thrillera, ale do tego tytułu przyciągnęła mnie zimowa sceneria. Lubię historie, w których bohaterowie zostają odcięci od świata przez pogodę albo zmagają się z żywiołami, więc wybór padł na opowieść o Tegan, która w ósmym miesiącu ciąży wybrała się w długą podróż samochodem, ale niestety nie dotarła do celu. Kobieta znajduje się w bardzo nieciekawej sytuacji finansowej i zawodowej, jej jedyną nadzieją jest zatrzymanie się na jakiś czas u brata. Wyrusza późnym popołudniem, ignorując ostrzeżenia o zbliżającej się śnieżycy, a na dodatek postawia zjechać z autostrady w nadziei, że skrót pozwoli jej nadrobić stracony czas. Jednak trudne warunki atmosferyczne oraz chwila nieuwagi powodują, że Tegan traci panowanie nad kierownicą i uderza w przydrożne drzewo. Kiedy odzyskuje przytomność, uświadamia sobie, że samochód absolutnie nie nadaje się do jazdy, a ona nie jest w stanie wydostać się z niego o własnych siłach. Niespodziewany ratunek nadciąga ze strony mężczyzny, który akurat przejeżdża obok. Hank zabiera Tegan do domu, obiecując, że jego żona zaopiekuje się nią do czasu aż pogoda się poprawi i będzie można pojechać do szpitala. Bohaterka z wdzięcznością przyjmuje pomoc, ale wkrótce przekonuje się, że nie jest ona bezinteresowna.
Wypadek to czwarta książka pisarki, którą miałam okazję poznać i niestety po raz kolejny autorka sięgnęła po znany schemat polegający na tym, że prawie wszystko, co jest podane na początku historii należy zakwestionować. U McFadden prawdziwe zagrożenie czyha ze strony teoretycznie pozytywnych bohaterów, a wskazani antagoniści tak naprawdę wcale nie mają niecnych zamiarów. Oczywiście to wszystko okazuje się w finale, gdy na ostatnich stronach następują zwroty akcji mające czytelnika zaskoczyć, wprawić w osłupienie i zapewne sprowokować do wniosku, że autorka tak genialnie obmyśliła intrygę, że nie dało się pewnych rzeczy przewidzieć. Moim zdaniem można z dużym wyprzedzeniem ocenić w jakim kierunku potoczy się historia, mając w pamięci wspomniany klucz, według którego McFadden pisze swoje książki. W tej powieści również tak jest, bo już po przeczytaniu 37% powieści zorientowałam się, że SPOILER to nie Hank jest zagrożeniem dla głównej bohaterki, a jego żona Polly, która obsesyjnie pragnie dziecka. Wszystkie znaki na to wskazywały i jestem przekonana, że większość czytelników również rozgryzła tę zagadkę dosyć wcześnie. Tylko Tegan była zupełnie ślepa na to, co dzieje się dookoła niej. Obawiała się Hanka, bo był rosłym mężczyzną i miał brodę zasłaniającą pół twarzy (serio, to są jedyne argumenty). Do samego końca była przekonana, że on zmusza żonę do przetrzymywania Tegan w piwnicy, bo… tak, bo tak pasowało autorce do fabuły.
Wolałabym, żeby powieść dłużej potrzymała mnie w niepewności, kiedy zastanawiałabym się czy naprawdę coś grozi Tegan i jeśli tak to czy będzie chodziło o przemoc wobec niej ze strony obcego mężczyzny, czy może jednak wydarzy się coś innego. Skoro szybko zorientowałam się w czym rzecz to napięcie spadło i śledziłam akcję bez większych emocji. Byłam jedynie ciekawa kiedy do protagonistki dotrze powaga sytuacji, a także kiedy jedna z postaci zrzuci maskę, ujawniając swoje prawdziwe intencje. Zanim do tego dojdzie trzeba jednak wielokrotnie czytać o tym, że Tegan jest unieruchomiona, a ból nogi uniemożliwia jej nie tylko podjęcie jakiegoś działania, ale też racjonalne myślenie. Z jednej strony jest to zrozumiałe, ale z drugiej uważam, że trochę zbyt łatwo kobieta dała się zamknąć w tym domu, naiwnie licząc, że pomoc sama do niej przyjdzie. Na plus zapisuję natomiast fragmenty poświęcone rodzicielstwu, ponieważ to dzięki temu wątkowi można lepiej zrozumieć bohaterów. W powieści ścierają się różne perspektywy. Mamy kobietę, która desperacko pragnie dziecka i jest przekonana, że dałaby mu wszystko co najlepsze oraz kobietę kochająca swoją nienarodzoną córkę, ale przerażoną brakiem pracy i pieniędzy. Jest jeszcze mężczyzna również chcący zostać rodzicem, ale nie za wszelką cenę.
Oczywiście w samym zakończeniu pojawia się jeszcze kilka szokujących informacji, ale one nie mają sensu. Nagle okazuje się, że postać X jest najgorszą możliwą szumowiną, mimo że nic wcześniej na to nie wskazywało. Z kolei bohater Y to w sumie rycerz w lśniącej zbroi, który odmieni życie Tegan. Niestety brak logiki to specyfika pisarstwa McFadden, więc sięgając po jej książki trzeba się na to nastawić. Czy Wypadek ma jakieś zalety? Tak, podobał mi się sposób w jaki opisana została izolacja protagonistki. Z jednej strony śnieżyca i unieruchomienie spowodowane złamaną nogą, z drugiej dziwne małżeństwo, które niby jej pomaga, ale nie do końca tak jak Tegan by sobie życzyła. Powieść jest też napisana w bardzo prostym, lekkim stylu, więc można ją przeczytać w jeden wieczór.
Ocena: 3 / 6
Inne przeczytane powieści autorki:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz