1 maja 2016

Thief


Producent: Eidos Montreal
Wydawca: Square Enix / Eidos
Data premiery: 25 lutego 2014
Czas gry: około 10 godzin
Platforma: PC, PS3, PS4, X360, XONE

Nie należę do miłośniczek stealth games, ponieważ brakuje mi cierpliwości w wykonywaniu zadań polegających na bezszelestnym podkradaniu się do wrogów, korzystaniu z kamuflażu, szukaniu kryjówek oraz wyczekiwaniu na dogodną okazję, by zacząć działać. Z tego względu dopiero niedawno zetknęłam się ze słynną serią Thief, mimo iż nowa odsłona cyklu ukazała się na rynku w 2014 roku. Zdaję sobie sprawę, że fani tego tytułu niecierpliwie czekali na premierę rebootu, a kiedy w końcu został ukończony, nie przyjęli go zbyt ciepło, narzekając na niedostatki fabularne oraz zbyt niski poziom trudności, podyktowany zapewne chęcią dostosowania się do masowego odbiorcy. Muszę przyznać, że jak na laika w tego rodzaju produkcjach, grało mi się zaskakująco przyjemnie i bezproblemowo, dlatego rozumiem, że koneserzy gatunku mogli poczuć się trochę zawiedzeni. Również przedstawiona historia nie wywarła na mnie większego wrażenia, gdyż szybko okazało się, iż to kolejna dość banalna i schematyczna opowiastka, która wydaje się jedynie pretekstem do zabrania odbiorcy w podróż po ciekawym, dopracowanym stylistycznie świecie.

25 kwietnia 2016

O krok - Henning Mankell


Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 512
Pierwsze wydanie: 1997
Polska premiera: 2006

Pisanie o szwedzkim autorze kryminałów i podkreślanie jego zaangażowania w sprawy społeczno-obyczajowe trąci banałem. Dzisiaj niemal każda skandynawska opowieść o morderstwie zawiera wątki łączące intrygę z jakąś ważną obserwacją odnoszącą się do współczesnych społeczeństw. Można odnaleźć krytykę upadku tradycyjnych wartości, ubolewanie nad rozluźnieniem więzi międzyludzkich, obawę o nieskuteczność systemu w walce z przestępcami, a także szereg innych tematów, mających skłonić czytelnika do refleksji i uzmysłowić na jakim świecie przyszło mu żyć. Jak więc pisać o twórczości Henninga Mankella, który w swoich kryminałach tak wiele miejsca poświęca na rozważania o zmieniającej się szwedzkiej rzeczywistości? Zacznę od wyznania, że do tej pory przeczytałam siedem książek poświęconych komisarzowi Kurtowi Wallanderowi i z czystym sumieniem stwierdzam, że wszystkie zapadają w pamięć. Nie mają nic wspólnego z ogranymi, wszędobylskimi motywami i naprawdę mówią coś istotnego o świecie. Dodam też, że siódma część cyklu została napisana 20 lat temu i wyraźnie czuć upływ czasu, co w tym przypadku uważam za ogromną zaletę. Dzisiejszy czytelnik ma szansę spojrzeć na obawy wyrażone w powieści z odpowiednim dystansem, dzięki czemu może ocenić czy Mankell miał rację, wieszcząc, iż prawo stanie się coraz mniej skuteczne, zbrodniarze okrutniejsi i zuchwalsi niż kiedykolwiek, a uczciwi policjanci zmęczeni walką o to, by stawianie granicy pomiędzy dobrem a złem wciąż miało sens.

19 kwietnia 2016

Łabędzi śpiew: Księga I - Robert McCammon


Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 524
Pierwsze wydanie: 1987
Polska premiera: 2013 

Gdybym miała wytypować najbardziej prawdopodobny scenariusz końca świata, obstawiałabym wybuch trzeciej wojny światowej skutkujący odpaleniem broni jądrowej i obróceniem naszej planety w pył. Wojna atomowa. Konflikt nuklearny. Zdaje się, że już samo przeczytanie lub wypowiedzenie tych słów budzi zaniepokojenie oraz lęk. Bohaterowie powieści Roberta McCammona od wielu miesięcy śledzili doniesienia o rosnącej agresji pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Rosją. Jedni byli przekonani, że cały ten medialny szum jest przesadzony, inni przygotowywali się na najgorsze, szukając podziemnych schronów, w których mogliby przetrwać ostateczne starcie mocarstw. Byli też ludzie zbyt zajęci walką o byt, żeby przejmować się sprawami kompletnie od nich niezależnymi. Jednak nieważne, kto jaką postawę przyjął, bo jak się wkrótce okazało, deszcz atomowych bomb zaskoczył wszystkich. W ciągu kilku minut z powierzchni ziemi zniknęły amerykańskie metropolie, a małe miasteczka i wsie stały się cmentarzem dla milionów ludzi.

Powieść koncentruje się na losach bohaterów, którzy jakimś cudem przetrwali atak. Autor w ciekawy sposób zawiązuje intrygę, ponieważ postaci nie tworzą jednej grupy, ale ich ścieżki zbliżają się do siebie, co pozwala przewidywać, że w pewnym momencie dojdzie do wielkiego spotkania. Czytelnik poznaje bezdomną żebraczkę z Manhattanu, czarnoskórego zapaśnika Josha, niezwykłą dziewczynkę o imieniu Swan, która rozumie mowę zwierząt i wie, co czują ginące rośliny. Jest również nastolatek zafascynowany wszystkim, co związane z wojskiem i sztuką przetrwania, a także pracujący dla pewnego milionera pułkownik Macklin. Każda z tych postaci inaczej zachowuje się w obliczu końca świata, chociaż wszystkim przyświeca ten sam cel – przeżyć kolejny dzień. Poparzeni, brudni, okaleczeni i osamotnieni ludzie wędrują od jednego zniszczonego miejsca do drugiego w poszukiwaniu pożywienia i jakiegokolwiek schronienia. Jedni niespodziewanie odkrywają w sobie ogromną wolę walki i siłę do niesienia pomocy, inni natomiast sami stają się zagrożeniem, wierząc, że tylko w ten sposób uda im się przetrwać w postapokaliptycznej rzeczywistości.

Na pierwszy rzut oka może wydawać się, że natłok protagonistów wprowadza do historii chaos, ale zapewniam, że nic takiego nie ma miejsca. Pisarz doskonale przemyślał każdy wątek, dlatego nie ma mowy o dezorientacji. Stopniowo przedstawia bohaterów i czytelnik poznaje wszystkich jeszcze zanim ich życie zostanie zrujnowane przez wojnę nuklearną. Taki zabieg daje szansę na lepsze zaznajomienie się z charakterami postaci, a co za tym idzie pełniejsze wniknięcie w ich psychikę. Każda z wymienionych w poprzednim akapicie osób jest na swój sposób wyjątkowa i każda przechodzi metamorfozę. Autorowi udało się stworzyć intrygujących, choć teoretycznie zwyczajnych bohaterów, którzy różnymi sposobami walczą o życie. Niepostrzeżenie zaangażowałam się w ich zmagania i z rosnącym napięciem obserwowałam jak usiłują poradzić sobie w tej dramatycznej sytuacji. Jak już wspomniałam protagoniści w większości są sobie obcy, więc jeśli łączą się w grupy, muszą nauczyć się współpracy, a to często okazuje się znacznie trudniejsze niż rywalizowanie ze sobą.

Świat przedstawiony przez McCammona to spełnienie najgorszego koszmaru ludzkości. Z naszej pięknej planety zostały jedynie radioaktywne zgliszcza. Nie istnieje nawet skrawek zielonego terenu, nie słychać śpiewu ptaków, nie ma również światła słonecznego, przez co w środku lata po wymarłej powierzchni Ziemi szaleją śnieżyce, tornada i ulewne deszcze. Współczesna cywilizacja skończyła się w mgnieniu oka i nic nie wskazuje na to, by kiedykolwiek mogła się odrodzić. Czy znajdując się w takiej rzeczywistości można jeszcze mieć chęć do życia? Jak odnaleźć wolę walki, gdy ze starego świata nie pozostało prawie nic? Czytanie Łabędziego śpiewu pobudza do stawiania sobie takich pytań i snucia refleksji na temat kurczowego trzymania się doczesności. Pisarz nie daje gotowych odpowiedzi, ale pokazuje różne motywacje i postawy bohaterów, wyjaśniając, dlaczego nie załamali się, mimo dramatycznych okoliczności. Przyznam, że opisy postapokaliptycznego krajobrazu i wszystkich trudności wynikających z konieczności odnalezienia się w nowej rzeczywistości, uważam za ogromną wartość powieści. Autor pomyślał o wszystkim, pokazując jak protagoniści zmagają się z trudnymi warunkami pogodowymi, głodem, chorobą popromienną, tęsknotą za bliskimi, problemami psychicznymi wynikającymi z ciągłego kontaktu ze śmiercią oraz świadomości, że szansa na poprawę sytuacji jest bliska zeru.

Książka Roberta McCammona przypomina mi nieco Drogę McCarthy’ego, z tym że Łabędzi śpiew uważam za przystępniejszą i ciekawszą opowieść. Nie jest pozbawiona wątków związanych z dylematami moralnymi postaci czy krwawą walką o przetrwanie, a przy tym odznacza się szybszym tempem rozwoju akcji. Warto też pamiętać, że dzieło McCammona jest starsze, więc istnieje możliwość, iż autorowi Drogi posłużyło za inspirację. W trakcie lektury Łabędziego śpiewu nasunęło mi się także skojarzenie z twórczością Stephena Kinga. Wprawdzie nie znam jeszcze Bastionu, do którego utwór McCammona bywa często przyrównywany, ale mam wrażenie, że sam styl pisania oraz pewne zabiegi, jak chociażby wprowadzenie wątku fantastycznego, tłumaczą konotacje z dziełami króla grozy.

Pomijając kwestie powiązań z innymi powieściami, z czystym sumieniem mogę polecić tę książkę każdemu miłośnikowi historii o burzliwym końcu cywilizacji. Jestem pod wrażeniem rozmachu, szczegółowości świata oraz portretów psychologicznych postaci. Jedyny mankament jaki mogłabym wskazać związany jest z nagłym przerwaniem historii. Księga I urywa się bez wyrazistej konkluzji, wywołując w czytelniku niedosyt i zdziwienie, że nie ma już kolejnej strony. Jednak nie mogę mieć pretensji do autora, gdyż podział dzieła na osobne części to decyzja polskiego wydawcy. Moim zdaniem kompletnie chybiona, bo wyraźnie czuć, że opowieści brakuje zakończenia i aż prosi się, żeby nie przerywać lektury w takim momencie. Oczywiście niech was to nie zniechęci do czytania, ponieważ książka McCammona naprawdę zasługuje na uwagę. 

Ocena: 5 / 6

Łabędzi śpiew: Księga I
Łabędzi śpiew: Księga II
 
Książka przeczytana w ramach wyzwań: Z półki, Czytam literaturę sprzed XXI wieku. 

 

7 kwietnia 2016

30 dni z książką - dzień 12

Powracam do tego wyzwania ilekroć natłok obowiązków uniemożliwia mi regularne pisanie i publikowanie recenzji, dlatego mam nadzieję, że przymkniecie oko na chwilowy zastój na blogu i wybaczycie mi taki zabawowy "zapychacz". W drugiej połowie kwietnia wszystko powinno już wrócić do normy :) 


12. Książka, która tak wycieńczyła cię emocjonalnie, że musiałaś przerwać jej czytanie lub odłożyć ją na jakiś czas.




Nie przypominam sobie, bym natrafiła na fikcyjną historię, która wstrząsnęłaby mną tak mocno, że musiałabym odłożyć lekturę na jakiś czas. Jestem odporna na wszelkie opisy krwawych wydarzeń, cierpienia bohaterów lub udręki psychicznej, jeśli tylko nie są to relacje osób opowiadających o swoim trudnym, dramatycznym życiu. Jednak literatura faktu jest w stanie zmusić mnie do zrobienia przerwy, zaczerpnięcia oddechu i dania sobie czasu na nabranie dystansu. Ostatnią publikacją wywołującą we mnie takie emocje był zapis wywiadów z Chińczykami wyrzuconymi poza nawias społeczeństwa, którzy z różnych powodów narazili się władzy. Ich życie często było pasmem cierpienia i udręki, i przyznam, że nie mogłam czytać spokojnie o wszystkich traumatycznych doświadczeniach, z jakimi rozmówcy Liao Yiwu musieli się zmierzyć. 
A jak wy odpowiedzielibyście na to pytanie?
 


29 marca 2016

Płaczący chłopiec - Agnieszka Bednarska


Wydawnictwo: Black Publishing
Liczba stron: 312
Pierwsze wydanie: 2015

Odkąd zaczęłam interesować się tekstami grozy, sporo czasu poświęciłam również na wyszukiwanie informacji o nadprzyrodzonych zjawiskach, które rzekomo naprawdę miały miejsce. Wprawdzie dopuszczam do siebie myśl, iż nie wszystko na tym świecie da się logicznie wytłumaczyć, jednak większość popularnych opowieści o nawiedzonych przedmiotach, spotkaniach ze zjawami i innych znakach świadczących o ingerencji nadprzyrodzonych bytów można włożyć między bajki. Do takiej właśnie kategorii zaliczam wszelkie artykuły i relacje poświęcone dziełom sztuki, uważanym przez wielu za przeklęte, opętane przez nieczystą siłę lub co najmniej niepokojące. Jednym z takim przedmiotów jest portret dziecka zatytułowany Płaczący chłopiec. Podobno właśnie ten obraz odpowiedzialny jest za serię niewyjaśnionych pożarów wybuchających w miejscach, w których pojawia się oryginalne dzieło lub jego reprodukcja. Grozy dodawać ma fakt, iż według relacji świadków za każdym razem ogień jest tak silny, że trawi wszystko, co znajdzie na swojej drodze, z wyjątkiem… Płaczącego chłopca. Jak już wspomniałam, nie wierzę w tę historię, ale nie przeszkodziło mi to zainteresować się powieścią poświęconą wątkowi nawiedzonego obrazu, doprowadzającego jego właścicieli do śmierci w płomieniach.

W dzieciństwie Carl był świadkiem wybuchu ogromnego pożaru w swoim rodzinnym domu. Chłopiec cudem ocalał, ale niestety został sierotą, ponieważ jego rodziców nie udało się uratować. Od tej strasznej tragedii minęło już wiele lat, ale bohater nigdy nie otrząsnął się z bólu, poczucia winy, a także strachu przed żywiołem. Wyparł wspomnienia ze świadomości i gdy już wydawało się, że dzięki temu odzyskał spokój ducha, wydarzyła się kolejna tragedia spowodowana nieokiełznaną siłą ognia. Jednak tym razem Carl wpadł na pewien trop, zgodnie z którym winą za jego fatum należy obarczyć tajemniczy obraz autorstwa nieznanego artysty. Bohater postanawia zniszczyć Płaczącego chłopca, by położyć kres niewyjaśnionym pożarom, jednak wówczas wtrąca się jego przyjaciółka Danielle, przekonując, że wyjaśni zagadkę przedmiotu i udowodni, iż nie ma on żadnych diabelskich mocy. Carl niechętnie przystaje na tę propozycję i Danielle zaczyna badać sprawę portretu. Im więcej informacji uzyskuje, tym mniej pewna jest swojego pierwotnego założenia, zwłaszcza że odczuwa dziwną więź z przedstawionym na obrazie dzieckiem.

Powieść Agnieszki Bednarskiej nie jest rasowym horrorem, mimo że opis fabuły może na to wskazywać. Autorka zbudowała intrygę wokół obrazu uznawanego za przeklęty i w kilku miejscach udało jej się stworzyć mroczną, napiętą atmosferę pełną domysłów, przywidzeń i trudnych do wyjaśnienia przeczuć. Niemniej Płaczącemu chłopcu bliżej do dramatu rodzinnego niż utworu grozy, dlatego że pisarka największy nacisk położyła na pokazanie okoliczności powstania dzieła oraz prześledzenie losów dziecka uwiecznionego na płótnie ręką nieznanego artysty. Nietrudno odgadnąć, że wymyślona przez Bednarską historia kilkulatka, należy do tych tragicznych i przejmujących, których poznanie pozwala jedynie na ubolewanie nad ludzkimi ułomnościami i słabościami. Próżno więc szukać w tej książce dosadnych przykładów pokazujących działanie jakichkolwiek nadprzyrodzonych mocy, ponieważ cała groza została ograniczona do zaledwie kilku fragmentów. Muszę przyznać, że autorka ma potencjał w pisaniu horrorów, ponieważ całkiem sugestywnie oddała atmosferę panującą w opuszczonym sierocińcu, a także przekazała emocje towarzyszące osobom mającym kontakt z feralnym obrazem. Szkoda tylko, że tych nastrojowych, niesamowitych scen jest w powieści tak mało.

W trakcie czytania towarzyszyło mi uczucie niedosytu wrażeń i braku jakichś mocniejszych akcentów. Doceniam pomysł na fabułę, jednakże zabrakło mi w tym utworze porządnego straszaka wywołującego ciarki na plecach odbiorcy. Chciałam uwierzyć, iż portret dziecka ma moc wzniecania pożarów, by wyobrazić sobie jak czują się bohaterowie przebywający w towarzystwie upiornego obrazu. Miałam nadzieję, że chociaż na chwilę zapomnę o racjonalnym podejściu i po prostu pozwolę porwać się opowieści. Niestety nic takiego się nie stało, ponieważ pisarka pewne kwestie zbyt mocno uprościła i wygładziła. Nie do końca rozumiem skąd taki problem, bo z jej stylu pisania przebija ta obiecująca iskra, dzięki której słowo pisane ma moc rozbudzania wyobraźni oraz przenoszenia czytelnika w zupełnie inny świat. Czasami Agnieszka Bednarska nie szczędzi dosadnych środków wyrazu, ale za chwilę odbiega od tematu lub jedynie sygnalizuje intrygujące motywy i później już do nich nie wraca, co niestety utrudnia czerpanie przyjemności z lektury.

Podobał mi się sposób w jaki autorka stopniowo odkrywa historię chłopca z obrazu. Te fragmenty przepełnione są bólem, tęsknotą i samotnością, przez co niemal natychmiast zaczęłam współczuć dziecku, które doświadczyło tylu cierpień. Jednakże takie podejście ma też swój minus, ponieważ nasuwa bardzo jednoznaczną interpretację opowieści. Żałuję, że nie pojawił się jakiś dodatkowy wątek burzący tak łatwe wytłumaczenie i wprowadzający do intrygi element niepewności oraz nieprzewidywalności. Zamiast tego, autorka dość nachalnie podsuwa swoją wizję, nie zostawiając czytelnikowi miejsca na snucie domysłów lub poszukiwanie własnego wyjaśnienia. Oczywiście niektórym odbiorcom takie rozwiązanie nie musi przeszkadzać, ale ja wolę, gdy w książkach opowiadających o nadprzyrodzonych wydarzeniach pojawia się chociaż cień niepewności czy bohaterowie mają do czynienia z jakąś siłą nie z tego świata, czy może jednak zbyt szybko przestają słuchać sceptycznego głosu rozsądku. W dziele Agnieszki Bednarskiej nie ma miejsca na wątpliwości i dość szybko można zorientować się w jakim kierunku podąży akcja.

Z bohaterami Płaczącego chłopca miałam taki sam problem jak z całą powieścią. Znów wyraźnie widać, że pisarka wpadła na ciekawy pomysł, ale ostatecznie nie wykorzystała go, ponieważ nie pogłębiła psychologii protagonistów. Początkowo wydaje się, że najważniejszą postacią będzie Carl, potem zaczyna dominować Danielle, a jeszcze później pojawiają się inne osoby, które w pewnym momencie skupiają na sobie uwagę czytelnika. W efekcie, żaden z kilkorga bohaterów nie zostaje odpowiednio rozwinięty, mimo że prawie każdy ma potencjał na przeobrażenie się w intrygującą postać. Danielle zmaga się z konsekwencjami pewnej decyzji z przeszłości. Na pozór jest wesołą, energiczną kobietą, ale w jej duszy coraz częściej gości smutek zagłuszany mieszankami alkoholu i antydepresantów. Carl wciąż nie przepracował traumy z dzieciństwa, więc jego spokój to tylko fasada. Jest jeszcze pomagający Danielle dziennikarz, który wydaje się chodzącym ideałem. Przystojny, wysportowany, zadbany, dobrze wychowany, ale dość szybko okazuje się, że i on ma ciemną stronę swojej osobowości. Niestety wszystkie wyróżniające protagonistów cechy, nikną w toku opowieści skupiającej się na dziecku z obrazu. Ogromnie żałuję, że autorka nie pogłębiła ich charakterystyk, bo przez to Płaczący chłopiec to jednowymiarowa historia, o której zapomina się w kilka dni po skończonej lekturze. 

Ocena: 3.5 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwań: Z półki, Polacy nie gęsi (powieść, której akcja rozgrywa się poza granicami Polski).

24 marca 2016

Córka Kleopatry - Michelle Moran


Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 376
Pierwsze wydanie: 2009
Polska premiera: 2012

Twórczość Michelle Moran poznałam dzięki powieściom z akcją rozgrywającą się w starożytnym Egipcie. Zarówno debiutancka Nefertiti, jak i późniejsza Heretycka królowa wywarły na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Przekonałam się, że autorka potrafi ożywić postaci historyczne, przywołać odległą i egzotyczną codzienność ludzi żyjących tak dawno temu, a przy tym sprawić, że współczesny czytelnik bez problemu zaangażuje się w losy bohaterów, emocjonując się ich problemami, sukcesami oraz namiętnościami. Trzecie dzieło pisarki przenosi odbiorcę do Cesarstwa Rzymskiego, w którym władzę sprawuje Oktawian (od 27 r. p.n.e. nazywany Oktawianem Augustem). Po sukcesie odniesionym w bitwie pod Akcjum Oktawianowi udaje się podbić Egipt, doprowadzając do tego, że jedna z najsłynniejszych par w dziejach świata odbiera sobie życie. Najpierw umiera Marek Antoniusz, a następnie jego śladami podąża Kleopatra, osieracając ich wspólne dzieci – bliźnięta Selene i Aleksandra oraz kilkuletniego Ptolemeusza. Ostatni potomkowie wielkiej dynastii zostają zabrani do Rzymu, gdzie zamieszkują w willi siostry Oktawiana. Teoretycznie uważani są za gości, jednakże wszyscy wiedzą, że dzieci Kleopatry mogą stanowić zagrożenie. Również jedenastoletnia Selene zdaje sobie sprawę ze swojego położenia, dlatego pomimo tęsknoty za rodzicami, postanawia pilnie się uczyć, by udowodnić, iż jej talenty mogą przydać się Oktawianowi. Nie przestaje jednak marzyć o powrocie do Egiptu i odbudowaniu chwały Ptolemeuszów.

Moim zdaniem dobra powieść historyczna powinna nie tylko przenosić czytelnika do odległych czasów, ale także wzbudzać zainteresowanie opisywanym okresem i skłaniać do samodzielnego zgłębiania wiedzy oraz wyszukiwania informacji, których być może w książce zabrakło. Dzieło Moran spełnia te wymagania, więc mogę zaliczyć je do grupy udanych, intrygujących utworów przybliżających pewne historyczne wydarzenia. Wielokrotnie wspominałam, że nie jestem ekspertką w tej dziedzinie, więc nie potrafię zweryfikować czy zawarte przez pisarkę opisy rzymskich uczt, świąt, codziennych zajęć czy konfliktów pomiędzy plebsem a patrycjuszami są prawdziwie. Niemniej nie mam podstaw do tego, by wątpić w kompetencje autorki, która tak żywo i barwnie przedstawiła antyczny świat. Jestem pod wrażeniem zarówno fragmentów przybliżających architekturę oraz usytuowanie słynnych budowli, jak i charakterystyk zachwycających, bogato zdobionych wnętrz, zwierających zaskakująco dużo udogodnień jak na ówczesne czasy. W książce można znaleźć również wtrącenia o istotnych różnicach dzielących rzymską rzeczywistość od świata starożytnego Egiptu. Gdy dzieci Kleopatry przybywają do miasta okazuje się, że wszystko wygląda inaczej niż w Aleksandrii. Również ludzka mentalność zdaje się być odmienna, a tym samym przerażająca dla kogoś, kto wychował się w przekonaniu, że kobiety i mężczyźni mogą pobierać te same nauki, a małżeństwa zawierane są z miłości, a nie z wyboru.

Michelle Moran przedstawia bohaterów tak, by wydawali się oni wiarygodni i bliscy współczesnemu czytelnikowi. Autorka tchnęła życie w postaci kojarzone głównie z suchymi faktami historycznymi oraz opowieściami, w których brak miejsca na zarysowanie ich charakterów oraz odczuwanych emocji. Przypomniała mi, że ponad dwa tysiące lat temu ludzie też pragnęli długiego, szczęśliwego życia, oddawali się rozrywkom, świętowali, obawiali się chorób oraz wojen. Za ogromny atut tej historii uważam wplecenie do fabuły prawdziwych, udokumentowanych wydarzeń lub chociażby szeroko dyskutowanych ówcześnie spraw. Zadziwiające, że około 30 r. p.n.e. pojawiały się głosy o konieczności zniesienia niewolnictwa oraz pomysły, by stosować finansową zachętę dla Rzymianek nieobawiających się rodzić dzieci. Wyraźnie widać także wszystkie bolączki mniej zamożnych obywateli, niebędących w stanie przeciwstawić się bogatym patrycjuszom czy przekupnym sędziom. Szczególnie zbulwersowała mnie dramatyczna sytuacja kobiet zdanych wyłącznie na łaskę ojców i mężów. Ani młode dziewczyny, ani dojrzałe matrony nie mogły decydować same o sobie. Musiały za to z pokorą znosić wyroki mężczyzn mających prawo wygnać je z domu lub nakazać opuszczenie własnych dzieci.

Główną bohaterką powieści jest oczywiście tytułowa córka Kleopatry i muszę przyznać, że z łatwością mogłam zrozumieć rozpacz jedenastoletniej Selene, która w ciągu jednego dnia z egipskiej księżniczki przemieniła się w sierotę o niepewnym losie. Przekonał mnie portret nieco zagubionej, ale bardzo inteligentnej i uzdolnionej dziewczyny mającej świadomość, że jej życie zależy od cudzego kaprysu. Jednakże w wizerunku Selene jest pewna rysa, ponieważ w trakcie lektury nieustannie czułam, że protagonistka zachowuje się i wypowiada zbyt dojrzale jak na swój wiek. Najwyraźniej pisarka ma świadomość tego mankamentu, ponieważ w posłowiu tłumaczy, iż dojrzałość wynika z wykształcenia dziewczyny. Nie jestem do końca przekonana czy znajomość geometrii lub umiejętność porozumiewania się w kilku językach sprawiły, że Selene dość szybko otrząsnęła się z tragedii i odnalazła swoje miejsce w Rzymie. Jednak z drugiej strony, średnia długość życia wynosiła ówcześnie około 30 lat, więc może nie powinnam się dziwić zachowaniu jedenastolatki, gdyż w czasach starożytnych była już prawie kobietą. Na szczęście poza tą jedną drobnostką Selene została wykreowana na ciekawą, sympatyczną i niebanalną postać.

Inni bohaterowie również wypadają zadawalająco. Jak już wspomniałam autorka ożywiła postaci historyczne, przez co czytelnik ma szansę wyobrazić sobie jak zachowywał się Oktawian, jakie relacje panowały między jego siostrą i żoną, jak traktował swoje dzieci. Obecne są także wątki związane z córką Oktawiana Julią oraz jego siostrzeńcem Marcellusem typowanym na przyszłego władcę. Niemal wszystkie wspomniane w Córce Kleopatry osoby w jakiś sposób zapisały się na kartach historii, dlatego podobała mi się możliwość wejrzenia w ich psychikę oraz snucia domysłów na temat życia jakie mogły prowadzić. Niestety w powieści zabrakło istotnego elementu w postaci napięcia i nieprzewidywalności wydarzeń. Wprawdzie w kilku momentach akcja nabiera tempa, ponieważ pisarka nie szczędzi przykładów udowadniających, że rzymskie prawo było często okrutne i bezlitosne, ale mimo tego brakowało mi politycznych intryg czy poważniejszych zatargów pomiędzy Selene a osobami z otoczenia Oktawiana. W książce dzieci Kleopatry raczej nie doświadczają przykrości ze strony Rzymian i to wydało mi się dość naiwne, bo trudno uwierzyć, że nie znalazł się nikt, kto dążyłby do ich zniszczenia, uwikłania w jakiś spisek itd.

Nie przekonało mnie także szalone tempo zdarzeń zaprezentowane w finale. W ostatnich dwóch rozdziałach dzieje się tak wiele, że w porównaniu z resztą powieści, nie wypada to wiarygodnie. Nagle wyjaśniają się wszystkie tajemnice, a główna bohaterka orientuje się, że pała gorącym uczuciem do pewnego mężczyzny, mimo że wcześniej w ogóle nie myślała o nim w romantyczny sposób. Z tego względu uważam, że trzecia książka Michelle Moran jest nieco słabsza niż pierwsze dzieła, choć nadal zasługuje na uwagę. Pisarka wykreowała ciekawą opowieść o młodej egipskiej księżniczce, której odebrano bliskich, dom i poczucie bezpieczeństwa, zmuszając do przyjęcia rzymskiego stylu życia oraz znalezienia sposobu na przetrwanie w świecie całkowicie podporządkowanym Oktawianowi Augustowi. 

Ocena: 4 / 6

Inne przeczytane powieści Michelle Moran:

 Nefertiti
Heretycka królowa

Książkę przeczytana w ramach wyzwań: Z półki oraz Mini Book Challenge (podobni jak dzień do nocy: książka autora o takich samych inicjałach).

19 marca 2016

Fear The Walking Dead, sezon 1


Liczba sezonów: 2 
(premiera drugiego sezonu 10 kwietnia)
Lata emisji: 2015 -
Liczba odcinków w pierwszym sezonie: 6
Obsada: Kim Dickens, Cliff Curtis, Alycia Debnam-Carey
Frank Dillane, Elizabeth Rodriguez

Kiedy w zeszłym roku usłyszałam, że przerwę pomiędzy kolejnymi sezonami mojego ukochanego The Walking Dead, wypełni produkcja utrzymana w ramach tego samego uniwersum, byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tego pomysłu. Przecież nikt nie zastąpi genialnych, w większości przeniesionych na ekran z komiksowego pierwowzoru, bohaterów ani nie odtworzy nieprawdopodobnie emocjonujących i intensywnych wydarzeń. Po co więc produkować kolejny serial bazujący na przetrwaniu w świecie opanowanym przez zombie? Cóż, odpowiedź jest prosta – dla pieniędzy. Nie mam wątpliwości, że Fear The Walking Dead to odcinanie kuponów od sukcesu opowieści o perypetiach grupy Ricka Grimesa, desperacko walczącej o przeżycie oraz zachowanie namiastki człowieczeństwa w obliczu upadku cywilizacji. Niemniej ciekawość zwyciężyła i obejrzałam pierwszy sezon składający się z zaledwie sześciu odcinków.