31 lipca 2026

Co możemy wiedzieć - Ian McEwan

 

Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron:  416
Pierwsze wydanie: 2025
Polska premiera: 2026

Jakimś cudem ominęła mnie twórczość Iana McEwana, mimo że to uznany pisarz mający w swoim dorobku kilkanaście książek, z czego niektóre są naprawdę wysoko oceniane przez krytyków i czytelników. Kiedy zobaczyłam, że ukazała się jego najnowsza powieść, pomyślałam, że to będzie dobry moment na pierwsze spotkanie z autorem. Co możemy wiedzieć przyciągnęło mnie także obietnicą historii o świecie po apokalipsie klimatycznej oraz wątkiem akademickim, gdyż jednym z głównych bohaterów jest badacz literatury. W roku 2119 Thomas Metcalf zajmuje się głównie prowadzeniem zajęć dla zblazowanych studentów, których nie interesuje ani literatura, ani kultura ludzi żyjących przed stu laty. Mężczyzna prowadzi też badania nad twórczością słynnego poety Francisa Blundy’ego, który w 2014 roku, w takcie przyjęcia urodzinowego swojej żony odczytał pewien sonet. Utwór ten nigdy nie doczekał się publikacji, gdyż został napisany specjalnie dla Vivien Blundy i tylko kilkunastu gości miało okazję go wysłuchać. W czasach Metcalfa sonet jest owiany aurą zaginionego, być może nigdy nie istniejącego, ale Thomas nie poddaje się i wciąż drąży, mając nadzieję, że archiwa dokumentujące twórczość poety w końcu dadzą mu upragnioną wskazówkę. Bohater coraz bardziej pogrąża się w przeszłości, czując przedziwną więź z dawno zmarłymi ludźmi oraz stylem życia zupełnie innym od rzeczywistości panującej w roku 2119.

Od razu zdradzę, że Co możemy wiedzieć należy do grupy powieści, które czytałam długo i ze sporym znużeniem, zwłaszcza w pierwszej połowie. Później akcja nabiera tempa, a bohaterowie dostają nieco ikry sprawiającej, że ich losy przestały być mi zupełnie obojętne, ale przebrnięcie przez co najmniej połowę tej historii było dla mnie wyzwaniem. Za ten stan obwiniam konstrukcję powieści, ponieważ autor bardziej skupił się na wątku Blundych oraz czasach początku XXI wieku niż tym, co mnie do tej książki przyciągnęło, czyli wizją przyszłości. Więcej miejsca poświęcił też na rozważania dotyczące sztuki, a konkretnie poezji, chociaż też dość szybko okazało się, że w tej historii tak naprawdę nie chodzi ani o pokazanie jak może wyglądać nasza cywilizacja po katastrofie klimatycznej, ani opis pracy badawczej, ani przedstawienie rozważań na temat sztuki i kultury oraz ich wpływu na przyszłe pokolenia, a po prostu o… romanse głównych bohaterów.

W trakcie lektury często miałam wrażenie, że McEwan pod płaszczykiem literatury pięknej ukrył obyczajówkę opowiadającą o niestabilnych ludziach, którzy histerycznie rzucają się od jednej toksycznej relacji do drugiej, popełniając przy tym katastrofalne w skutkach błędy prowadzące do śmierci innych osób. Jak dla mnie momentami ta powieść zawiera tyle telenowelowych wydarzeń, że nie potrafiłam traktować jej zupełnie serio. Coś, co początkowo wzięłam za interesujący eksperyment myślowy okazało się sporym rozczarowaniem, bo autor wplótł zwroty akcji rodem z taniego romansidła. Mamy więc erotyczne uniesienia, morderstwo, bohaterów z traumami przeszłości, małżeńskie szantaże i liczne zdrady, a dopiero gdzieś na drugim albo trzecim planie pojawiają się treści pobudzające do refleksji. Dla tych przebłysków czytałam dalej, ponieważ momentami autorowi udaje się wpleść do opowieści rozważania na temat tego jak krucha i niestabilna jest nasza współczesna rzeczywistość, która za sto lat może jawić się jako czas beztroski, piękny, chociaż pełen krótkowzrocznego hedonistycznego podejścia do życia. Dla bohaterów z 2119 roku jesteśmy głupcami, ponieważ zdajemy sobie sprawę ze szkodliwej działalności człowieka i nadciągającej katastrofy klimatycznej, ale nic z tym nie robimy. Thomas Metcalf niemalże obsesyjnie studiuje materiały na temat życia na początku XXI wieku, zwłaszcza że prawie każdy aspekt ludzkiej egzystencji został świetnie udokumentowany, ale jego studenci nie chcą uczyć się o przeszłości i nie podzielają zachwytu nad epoką, w której  konflikty zbrojne oraz brak poszanowania planety doprowadziły do śmierci milionów ludzi, a także wyginięcia setek gatunków zwierząt i roślin.

Ten ekologiczno-pacyfistyczny przekaz jest bardzo wyraźnie zaakcentowany, ale mnie to zupełnie nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, uważam, że McEwan zbyt mało miejsca poświęcił na ten wątek, bo czytelnik otrzymuje jedynie strzępki informacji na temat tego, że w roku 2119 nie można swobodnie przemieszczać się po świecie, bo pewne miejsca zostały zalane przez podnoszące się wody oceanów, inne bezpowrotnie zniszczone, a jeszcze inne zupełnie odcięte komunikacyjnie, więc od dekad nikt się tam nie zapuszcza. Nie ma już internetu, mediów i kultury popularnej w naszym dzisiejszym rozumieniu. Świat znów jest bardziej skurczony, dziki i niedostępny. Drugą interesującą refleksją wybrzmiewającą z powieści jest niemożność dotarcia do prawdy dotyczącej życia przeszłych pokoleń. Naukowcy z powieści opierają się na znaleziskach, dokumentach, a w przypadku analizowania  przełomu XX i XXI wieku mają dostęp do wielu nagrań, maili, postów z mediów społecznościowych, a i tak błędnie odczytują pewne informacje. Dochodzi też aspekt autokreacji oraz rozmyślnego wprowadzania potencjalnego czytelnika w błąd, do którego posuwają się autorzy pamiętników i dzienników. Kiedy Thomas Metcalf znajduje pewne zapiski cały jego ogląd przeszłości diametralnie się zmienia i za ten zwrot akcji warto autora pochwalić.

Nie żałuję lektury tej książki, ale jednak spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Na pewno nie jest to moje ostatnie spotkanie z twórczością McEwana, chociaż planuję nieco ostrożniej podchodzić do jego powieści i następnym razem wybiorę jakiś starszy tytuł z bogatego dorobku literackiego autora.

 Ocena: 3.5 / 6

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz