9 lutego 2014

Easylog - Mariusz Zielke


Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 352

W ciągu paru lat urządzenie o nazwie Wally całkowicie zdominowało przemysł rozrywkowy, łącząc w sobie funkcje smartfona, tabletu, mediów społecznościowych, a także czegoś na kształt wirtualnej rzeczywistości. Jednak Ben Stiller, twórca Wally’ego nie cieszy się sukcesem, nie śpi na pieniądzach i prawdopodobnie nie przejdzie do historii jako genialny wynalazca, ponieważ dekadę temu odszedł z potężnej korporacji SkyCom, porzucając pracę nad projektem Wally i wszystkim, co z nim związane. Powodem takiej decyzji było zaginięcie jego dziewczyny. Bez ukochanej Sally mężczyzna nie mógł funkcjonować tak jak dawniej, bo nigdy nie pogodził się z myślą, że ona nie żyje. Teoretycznie udało mu się osiągnąć pewien poziom wyciszenia i stabilizacji, ale jedno przelotne spojrzenie natychmiast przywołało demony przeszłości. Pewnego dnia Ben po prostu zauważył nad morzem swoją Sally. W jednej chwili wróciły wspomnienia, a wraz z nimi pytania czy najpotężniejsza firma na świecie należąca do bezwzględnego Devona Clarka, miała coś wspólnego z zaginięciem dziewczyny? A może kobieta, którą widział Stiller była jedynie podobna do jego ukochanej? Pewne jest tylko to, że Ben nie spocznie dopóki nie wyjaśni tej sprawy nawet, jeśli miałby przypłacić to własnym życiem.

Możliwe, że fabuła brzmi cokolwiek banalnie, a może nawet niezbyt zachęcająco, bo cóż ciekawego może być w historii o nieszczęśliwym facecie, który po latach próbuje doprowadzić do tego, by sprawiedliwość wygrała? Przecież podobnych opowieści jest mnóstwo i w kinie, i w literaturze. Zapewniam jednak, że Easylog nie jest tym, na co wygląda na pierwszy rzut oka. Mariusz Zielke stworzył niezwykle emocjonującą, zaskakującą i zagmatwaną intrygę, której nie powstydziliby się ani Harlan Coben, ani inni popularni autorzy, piszący sensacyjne historie. Nie mam zamiaru ogłaszać, że oto pojawił się polski odpowiednik wspomnianego Cobena, bo nie widzę sensu w odbieraniu tożsamości Polakowi, ale inspiracje amerykańskimi powieściami są wyraźne. I dobrze, w tym przypadku uważam to za plus. Zielke nie bał się osadzić akcji w Los Angeles, zapewne wiedział, że doskonale poradzi sobie z opisaniem nie tylko samego miasta, ale także jego atmosfery wynikającej z wielokulturowości mieszkańców. Ponadto historia o wielkich korporacjach, nowinkach technicznych i mafijnych porachunkach idealnie pasuje do rzeczywistości za oceanem.

W tej książce nic nie jest pewne, chociaż początek wcale nie zapowiada, że będzie to tak nieprzewidywalna historia. Dałam się wciągnąć w grę autora, pozwoliłam przedstawić sobie określony punkt widzenia na sprawę i przyjęłam go bez zastrzeżeń. W pewnym momencie odczułam nawet znużenie, ponieważ bohater uparcie wspomina ukochaną Sally, obserwuje z daleka poczynania SkyComu, ale nic konkretnego z tego nie wynika. O, jakże się pomyliłam. Uwierzyłam, że wiem więcej niż Ben i zaczęłam nawet snuć domysły dotyczące rozwiązania zagadki zniknięcia dziewczyny. A potem czytałam dalej i nagle wszystko uległo zmianie. Nie mogłam wyjść ze zdumienia, że intryga przybrała taki obrót, zastanawiałam się też ile jeszcze asów w rękawie trzyma Zielke i kiedy zdecyduje się je pokazać. W drugiej połowie powieści na czytelnika czeka szereg niespodzianek sprawiających, że od Easylog nie można się oderwać. Akcja rozwinęła się w zupełnie innym kierunku niż przypuszczałam, za co należy się autorowi ogromny plus. W jednym miejscu pojawia się ślad, pozwalający przejrzeć intrygę i koncept pisarza, ale ja nie zwróciłam na niego uwagi. Nie żałuję, bo dzięki temu doskonale bawiłam się przy lekturze tej powieści.

Coraz częściej odnoszę wrażenie, że dzisiaj światem nie rządzą ani politycy, ani terroryści, ani dziennikarze szumnie nazywani czwartą władzą, ani głupiutkie gwiazdki czy inni celebryci wmawiający zwykłym ludziom jak powinni wyglądać, co kupować, dokąd jeździć na wakacje itd. A skoro nie oni decydują o rzeczach ważnych i najważniejszych to, kto? Moim zdaniem odpowiedź jest jedna – korporacje. Wielkie firmy mają ogromne pieniądze, dzięki którym są w stanie kontrolować przepływ informacji, tuszować niewygodne dla siebie fakty, zamykać usta mediom, wpływać na każdy aspekt życia innych ludzi, decydując, co będziemy oglądać, czego słuchać, ile trujących związków znajdzie się w jedzeniu, w jakim stopniu przyroda zostanie zniszczona, w jakim kierunku będzie rozwijać się medycyna, itd. Jeśli, ktoś mi powie, że przesadzam, to odpowiem, że mam taką nadzieję. Ale trudno nie wyciągać wniosków z szokujących informacji jakimś cudem wypływających na światło dziennie, z wojen patentowych i regularnej walki korporacji o zakup oraz wieczyste zachowanie praw autorskich nie tylko do dorobku kulturowego, ale także, np. do wynalazków i naukowych osiągnięć. Mariusz Zielke poruszył kwestię wszechmocności koncernów na przykładzie fikcyjnego SkyComu. Jego właściciel Devon Clark jest nie do ruszenia, bo dysponuje ogromnym majątkiem, pozwalającym mu kupić cokolwiek i kogokolwiek. Prywatna wyspa, której wybudowanie zniszczy mnóstwo gatunków morskiej roślinności? Proszę bardzo. Niewygodny dziennikarz? Nie ma problemu, trzeba natychmiast wykupić gazetę czy stację telewizyjną. Jakieś oskarżenie? Sztab prawników już się tym zajmuje. Tak wygląda świat Devona. Przeciwko niemu nie można walczyć konwencjonalnymi metodami, dlatego główny bohater wymyślił coś innego. Oczywiście nie zdradzę jak wygląda jego plan, ponieważ to jest właśnie główna atrakcja tej powieści.

Z dużym zainteresowaniem czytałam także o możliwościach Wally’ego i skutkach, jakie jego pojawienie się wywarło na codzienne życie milionów ludzi. Nie jestem programistką, nie mam nic wspólnego z tworzeniem nowych technologii, ale lubię przyglądać się temu jak zmienia się nasza rzeczywistość przez ciągłą aktywność przeróżnych, mniej lub bardziej zaawansowanych systemów. W latach 90. XX wieku uważano, że wirtualna rzeczywistość rozumiana jako zupełnie nowa przestrzeń, w której człowiek będzie miał możliwość zapewniana sobie intensywnych doznań za pomocą specjalnego kombinezonu czy hełmu, jest na wyciągnięcie ręki. Dzisiaj wiemy, że technika rozwinęła się w odmiennym kierunku, mamy inne perspektywy i inne zagrożenia. Zielke w swojej książce robi krok naprzód, pokazując jak działa urządzenie sterowane przez niezwykle rozbudowaną sztuczną inteligencję, której bez problemów udaje się zdać test Turinga. Tradycyjne media czy portale społecznościowe odeszły do lamusa, bo okazało się, że wygodniej jest korzystać z urządzenia, którego algorytm pozwala maszynie nie tylko przechowywać, przeszukiwać i zapamiętywać, ale także uczyć się i samodzielnie rozwijać. Jak można się domyślać, korzystanie z Wally’ego ma swoje dobre i złe strony. Spodobał mi się ten wątek, ponieważ podejmuje problemy etyczne, związane z celem powstawania kolejnych gadżetów i tego, czym jest właściwie ich używanie.

Easylog nie zachwyci was skomplikowanymi portretami psychologicznymi bohaterów czy literackim językiem, ale z pewnością dostarczy emocji. Mariusz Zielke postarał się, żeby jego historia była mocna, dynamiczna, służąca głównie rozrywce, ale zawierająca przy tym wątki, nad którymi warto dłużej się zastanowić. Polecam wszystkim amatorom sensacyjnych powieści, obiecuję, że się nie zawiedziecie. 

Ocena: 5 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwania Polacy nie gęsi.

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Akurat. 

Tu kupisz Easylog:

http://muza.com.pl/thriller/1527-easylog-9788377585870.html?dosiakksiazkowo
 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza