7 grudnia 2014

Przepis na miłość - Katie Fforde


Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 424

Często lektury dobieram spontanicznie, pod wpływem emocji decydując, że chcę daną książkę przeczytać. Jak już wybrany egzemplarz do mnie trafi, to czasami zastanawiam się, co ja sobie myślałam, zamawiając powieść należącą do mało lubianego gatunku albo zbierającą raczej negatywne recenzje. Przyznam, iż po otrzymaniu przesyłki z dziełem Katie Fforde, zaczęłam się bać, że skazałam się na kilka dni czytania z przymusu oraz konieczność napisania opinii, w której po raz kolejny będę głównie wytykać błędy i marudzić na irytujące mnie fragmenty. Moje obawy wynikały z tego, że po pierwsze, Przepis na miłość jest historią ukazującą perypetie miłosne głównej bohaterki, a po drugie, równie ważnym elementem tej opowieści jest wątek kulinarny, który zazwyczaj śmiertelnie mnie nudzi. Jakby tego było mało, z okładki dowiedziałam się, że pani Fforde jest przewodniczącą Stowarzyszenia Autorów Romansów, a na koncie ma już ponad dwadzieścia napisanych książek, co skutecznie zabiło moją nadzieję na to, iż aspekt miłosny nie zdominuje tego dzieła. Ale cóż, decyzję podjęłam już wcześniej, więc nie pozostało mi nic innego jak wziąć przysłowiowego byka za rogi i zabrać się za czytanie.

Zaczęłam lekturę dość ostrożnie, bo założyłam, że na początek przeczytam zaledwie kilkanaście stron, żeby wybadać sytuację i dowiedzieć się, czego mniej więcej mogę się spodziewać. Zanim się zorientowałam, dobrnęłam do siedemdziesiątej strony, a z kwadransa poświęconego na czytanie zrobiło się co najmniej czterdzieści minut. To był pierwszy zwiastun mojego ogromnego, ale pozytywnego zaskoczenia wynikający z faktu, iż (wbrew przewidywaniom) książka po prostu mi się podobała. Nawet nie wiem kiedy zainteresowała mnie ta dość nieskomplikowana, typowo rozrywkowa historia, w której główną bohaterką jest uczestniczka konkursu kulinarnego. Zoe Harper nie tylko kocha gotować, ale przede wszystkim potrafi to robić, więc czytelnik poznaje ją w chwili przyjazdu do uroczego gospodarstwa Somerby, gdzie odbędzie się telewizyjne show poświęcone jedzeniu. Zoe zależy na wygranej, ponieważ marzy o otwarciu własnych delikatesów, a niestety bez pieniędzy pochodzących z nagrody nie będzie jej na to stać. Kobieta radzi sobie w konkursie naprawdę świetnie, jednak niespodziewane uczucie do jednego z sędziów może pogrzebać jej szansę na zwycięstwo. Przystojny krytyk kulinarny Gideon Irving zupełnie zawrócił Zoe w głowie, sprawiając, że dziewczyna musi zdecydować, co jest dla niej naprawdę ważne.

Sekretem sukcesu Przepisu na miłość jest talent autorki do zgrabnego łączenia kilku wątków tak, by odbiorca nie zdążył poczuć przesytu żadnym z nich. Spodziewałam się, że ta powieść będzie traktować o miłości i gotowaniu, i w dużej mierze tak właśnie jest, ale Katie Fforde dodała też kilka innych, ciekawych motywów, jak na przykład zabawną charakterystykę pewnych apodyktycznych staruszków czy opis pełnej serdeczności relacji pomiędzy Zoe a właścicielami Somerby. Dzięki tym zabiegom historia została urozmaicona, a ja nie musiałam koncentrować się jedynie na miłosnych podbojach protagonistki. Muszę też przyznać, że jeśli chodzi o wątek romantyczny, to pisarka również wykazała się zaskakującą powściągliwością, która mnie bardzo przypadła do gustu. Katie Fforde nie raczy czytelnika opisem nieustających zachwytów Zoe nad Gideonem czy też scenami schadzek roznamiętnionych kochanków. Zamiast tego przez większą część powieści odbiorca obserwuje zmagania głównej bohaterki z zadaniami konkursowymi oraz potyczki z wredną współlokatorką, a wszelkie perturbacje miłosne Zoe zostają nieco usunięte w cień. Oczywiście Przepis na miłość jest romansem, więc ostatecznie to właśnie kwestia uczuć Zoe do pewnego sędziego jest najważniejsza, ale autorce udało się wszystko zgrabnie połączyć i wyważyć tak, by fabuła nie opowiadała wyłącznie o tym, że bohaterka wodzi maślanymi oczami za mężczyzną, a następnie przez kilkanaście stron roztrząsa każde ich spotkanie.

Podobne obserwacje mogę odnieść do wątku kulinarnego, który przerażał mnie jeszcze bardziej niż romantyczny, ponieważ oczami wyobraźni już widziałam jak meczę się, pokonując kolejne kartki poświęcone charakterystyce potraw i temu, co czuje postać je konsumująca. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Owszem, Fforde pisze o jedzeniu, ale również bez zbędnego rozdrabniania się i uszczegółowiania. Kiedy główna bohaterka obmyśla menu, stresuje się werdyktem jury czy po prostu gotuje, to wszystko przebiega dynamicznie i emocjonująco. Nie ma mowy o dłużyznach, ale nie obawiajcie się, że pisarka potraktowała po macoszemu którykolwiek z motywów, bo w tym przypadku zwięzłość i szybki rozwój wydarzeń wyszły historii na dobre. Uważam, że Przepis na miłość to dobrze napisana książka, bo nie brak autorce ani pomysłowości, ani zdolności w wiarygodnym przedstawianiu konkretnych zdarzeń. Nie mogę także narzekać na styl, jakim posługuje się Fforde. Nie wyłapałam żadnych niezręcznych czy infantylnych sformułowań. Jako literatura rozrywkowa powieść wypada naprawdę nieźle. 

Gdyby nie jedna rzecz, z pewnością odebrałabym tę historię jeszcze bardziej pozytywnie. Niestety mam pewne zastrzeżenia, co do kreacji głównej bohaterki. Czasami Zoe zamienia się w potulną, niemal ubezwłasnowolnioną słabą kobietkę, która musi podporządkować się obiektowi swoich westchnień. Szkoda, że dziewczyna dość często jawi się jako bohaterka mówiąca „nie”, ale myśląca „tak”, co przyczynia się do tego, iż w niektórych sytuacjach jest traktowana dość obcesowo i niegrzecznie. Nie podobało mi się to, że Zoe pozwala sobą dyrygować, usprawiedliwiając swoje postępowanie chęcią niesienia pomocy innym. Zdaję sobie sprawę, że takie zachowanie głównej bohaterki to część konwencji, w jakiej utrzymane są romanse, ale mimo wszystko szkoda, że autorka nie obdarzyła Zoe większą stanowczością. Jednak, biorąc pod uwagę całokształt, muszę przyznać, że Przepis na miłość czytałam z przyjemnością i zainteresowaniem. Polecam tę książkę wszystkim szukającym lekkiej, optymistycznej historii o miłości. 

Ocena: 4.5 / 6

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza