Jest taki rodzaj literatury, który nazywam pociągowym, czyli sprawdzający się w dłuższej podróży, kiedy dookoła mnie jest głośno, gwarno i ostatnie o czym można pomarzyć to warunki do spokojnej lektury. W takich chwilach wybieram niewymagający thriller, oczekując od niego jedynie zabicia czasu. W trakcie ostatniego wyjazdu sięgnęłam po książkę Lucy Foley, ponieważ nadal mam fazę na poznawanie historii bohaterów odciętych od świata z powodu złej pogody. Tym razem poznałam grupę przyjaciół ze studiów, którzy pomimo upływu lat wciąż utrzymują ze sobą kontakt. Może nie widują się już tak często jak kiedyś, ale co roku spędzają wspólne imprezę sylwestrową w jakimś oryginalnym, luksusowym miejscu. Koniec 2018 roku postanawiają przywitać w odludnej chacie myśliwskiej położonej w szkockich górach. Oczywiście to nie jest zwykły domek dla chcących zaszyć się w głuszy tylko okazały kompleks przyciągający zamożnych turystów, którzy niby pragną odosobnienia i spokoju, ale muszą mieć również zapewnione wszelkie możliwe wygody. Kiedy dziewięcioro hałaśliwych londyńczyków przybywa na miejsce, obsługująca gości Heather ma złe przeczucia, ale nawet ona nie spodziewa się, że wkrótce dojdzie do morderstwa.
