5 grudnia 2015

Dom służących - Kathleen Grissom


Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 440
Rok pierwszego wydania: 2010
Rok polskiej premiery: 2013

Debiutancka powieść Kathleen Grissom rozpoczyna się prologiem, z którego czytelnik dowiaduje się, że na główną bohaterkę spada ogromne nieszczęście. Nie wiadomo dokładnie, co się stało ani jakie wydarzenia doprowadziły do tragedii, ale nie ma wątpliwości, że świat pewnej młodej kobiety właśnie rozpada się na kawałki. Nie przepadam za takim wyprzedzaniem akcji i zdradzaniem kierunku, w jakim historia podąży, niemniej muszę przyznać, że dzięki temu krótkiemu fragmentowi autorka zdobyła moją uwagę. Z zapałem zaczęłam więc czytać kolejne rozdziały, jednak szybko zrozumiałam, że długo przyjdzie mi czekać na jakiekolwiek wyjaśnienia i kontynuowanie zdarzeń z prologu. Pisarka bowiem nagle przenosi akcję kilkanaście lat wstecz, do roku 1791, kiedy na plantację tytoniu trafia siedmioletnia dziewczynka.

Lavinia jest zamkniętym w sobie dzieckiem, które jako jedyne z rodziny przeżyło katastrofę statku, dlatego ma duże problemy z odnalezieniem się w nowej sytuacji. Zostaje przygarnięta przez właścicieli dobrze prosperującego majątku i oddelegowana do pomocy służbie, by uczyć się prowadzenia domu oraz usługiwania państwu. Wśród czarnoskórych niewolników znajduje spokój, opiekę, a co najważniejsze – rodzicielską miłość, ponieważ mama Mae i papa George nie zważają na to, iż Lavinia jest biała. Wychowują ją jak własną córkę, udowadniając, że podziały, konwenanse i uprzedzenia nie są w stanie zniszczyć szczerego, bezinteresownego uczucia. Niestety spokojny okres w życiu bohaterki nie trwa długo. Przedłużająca się nieobecność kapitana, uzależnienie jego żony od laudanum oraz szereg mniejszych i większych nieszczęść spotykających domowników oraz służbę boleśnie uświadamiają dziewczynie, że świat dzieli się na białych i czarnych. Każdy rok spędzony na plantacji jest dla Lavinii coraz trudniejszy, dlatego wkrótce będzie musiała dokonać wyboru i ponieść konsekwencje swojej decyzji.

Tematyka niewolnictwa, rasizmu oraz skrajnie złego traktowania czarnoskórych budzi wiele emocji i kontrowersji, dlatego nie dziwię się, że wciąż powstają nowe historie przybliżające haniebne wydarzenia z przeszłości, krzywdzące poglądy oraz przejawy ludzkiego okrucieństwa. Kathleen Grissom również udało się nakreślić trudny niewolniczego życia i przekonująco odmalować realia panujące na przełomie XVIII i XIX wieku. Oczywiście tym, co od pierwszych stron wybija się na pierwszy plan jest ogromny kontrast pomiędzy dostatnim życiem plantatora, a ciężką pracą należącej do niego służby, wśród której również panuje hierarchia. Niewolnicy bezpośrednio obsługujący państwa zajmują znacznie wyższą pozycję niż ci pracujący na polach i mieszkających w barakach. Wprawdzie autorka skupiła się głównie na tej pierwszej grupie, niemniej pojawiły się także wątki odnoszące się do ludzi z baraków, często cierpiących z powodu niedostatku pożywienia i zbyt wyczerpującej pracy.

Bez wątpienia służba pracująca w domu również nie miała łatwego życia, o czym świadczą opisane w tej powieści wydarzenia. Grissom pokazuje jak znikomy wpływ na własną egzystencję mieli czarnoskórzy niewolnicy. Od kaprysów i humorów pana zależały ich racje żywnościowe, przydzielone obowiązki, a także kwestie takie jak chociażby zakładanie własnej rodziny. Właściciel decydował o wszystkich sferach ich życia i w każdej chwili mógł uznać, że ktoś przestał być potrzebny, co skutkowało sprzedaniem niewolnika handlarzowi, a tym samym brutalnym wyrywaniem go ze znajomego otoczenia oraz rozdzieleniem z bliskimi. W trakcie lektury nie byłam zaskoczona tymi informacjami, ponieważ wiem, że tak właśnie postępowano w przeszłości i przez długi czas nie widziano w tym nic złego, ale mimo tego czułam ogromne emocje, gdy bohaterów kolejno spotykały coraz większe nieszczęścia. Trudno ze spokojem czytać o tym jak niewinny człowiek zostaje pobity na śmierć, jak matka traci swoje malutkie dziecko, bo właśnie tak zarządził właściciel oraz jak młoda dziewczyna jest co noc odwiedzana przez pijanego pana i musi służyć mu również swoim ciałem.

Pisarka dość dokładnie charakteryzuje życie niewolników i niewątpliwie jest to spory plus jej powieści, niestety pod innymi względami autorka raczej się nie popisała. Przede wszystkim od pierwszego kontaktu z tekstem czuć, że jest to debiutanckie dzieło. Kuleje zarówno styl, jak i sposób przedstawiania wydarzeń, brakuje też właściwych proporcji pomiędzy rozwinięciem akcji a jej zakończeniem. Grissom pisze w sposób bardzo prosty, dosłowny, nie ma mowy o jakiejkolwiek finezji językowej czy własnym stylu. Ona po prostu relacjonuje kolejne zdarzenia, dokładnie opisując, kto, co powiedział oraz co i w jaki sposób zrobił. Historia jest rozbudowana, ale brakuje głębszych charakterystyk postaci, pozwalających na nawiązanie relacji pomiędzy nimi a czytelnikiem. Wspomniałam wcześniej, że w książce pojawiają się emocjonujące sceny, ale moim zdaniem niejako sam temat sprawia, że pewne momenty są bulwersujące i przykuwają uwagę. Zasługa autorki jest w tym względzie mniejsza, bo w zasadzie jedynie Lavinia doczekała się bardziej rozbudowanego portretu, reszta funkcjonuje jakby na marginesie, mimo że ich również dotykają ważne zdarzenia.

Skoro wspomniałam już główną postać, muszę też dodać, że nie zawsze rozumiałam jej motywacje. Teoretycznie była mocno związana ze swoją przybraną rodziną, ale nawet z jej członkami nie potrafiła szczerze rozmawiać. Bardzo nie lubię takich sytuacji, kiedy protagonista snuje całe teorie spiskowe i dręczy się jakimiś podejrzeniami nabranymi na podstawie podsłuchanej rozmowy czy błędnie zinterpretowanego zachowania. Później z tych nieporozumień rodzą się niepotrzebne konflikty, a czasem nawet tragedie. Tak dzieje się w przypadku Lavinii, która pewnie inaczej ułożyłaby sobie życie, gdyby przyszło jej do głowy odbyć szczerą rozmowę z kilkoma osobami. Rozumiem, że autorce na rękę takie pokierowanie bohaterką, niemniej mnie przeszkadzał brak szczerości między protagonistami. Naturalnie dotyczy to również małżeństw, w których ówcześnie kobieta nie miała wiele do powiedzenia i mąż często w ogóle nie liczył się ze zdaniem żony. Pisarce udało się poruszyć wątek niedopasowania młodych małżonków, wynikający z faktu, że nie mieli okazji spędzić ze sobą więcej czasu i sprawdzić czy mają podobne poglądy, czy lubią ze sobą rozmawiać itd. Niestety nie da się kogoś dobrze poznać, jeśli konwenanse zabraniają spotkań bez przyzwoitki, a śluby aranżują starsi członkowie rodów.

Zakończenie uważam za mocno rozczarowujące, ponieważ sprawia wrażenie napisanego na szybko, bez pomysłu, byle tylko książka jakoś została skończona. Niemal przez cały czas autorka dość drobiazgowo relacjonuje kolejne wydarzenia, ale w finale zmienia taktykę i w zasadzie porzuca bohaterów bez konkretnego wyjaśnienia, mimo że właśnie wtedy pojawia się punkt kulminacyjny i wreszcie następuje odniesienie do prologu. Wygląda to tak jakby nagle Kathleen Grissom zdała sobie sprawę, że czas kończyć powieść i na odczepnego dopisała kilkanaście ostatnich stron. Dom służących to historia z potencjałem, ciekawym pomysłem i szokującym tematem, który chyba zawsze będzie w czytelnikach wzbudzał duże emocje. Szkoda tylko, że warsztatowo dzieło nie jest najlepsze i niestety to rzutuje na jego odbiór. 

Ocena: 3 / 6

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza