8 października 2014

Miasto żywych trupów - Brian Keene


Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 264

W marcu recenzowałam książkę Noc zombie, będącą pierwszą częścią mini cyklu o Jimie Thurmondzie, który w czasie apokalipsy zombie wyrusza w śmiertelnie niebezpieczną podróż, by odnaleźć kilkuletniego syna. Powieść Briana Keene’a nie wywarła na mnie zbyt dużego wrażenia, ale postanowiłam poznać kontynuację, ponieważ pisarz zostawił swoich bohaterów w najgorszym możliwym momencie, czyli po prostu uciął historię bez sensownego zakończenia. Ogromnie mnie to zdziwiło i zirytowało, ponieważ nie spotkałam się jeszcze z takim porzuceniem opowieści, ale liczyłam na to, że kontynuacja okaże się o wiele bardziej satysfakcjonująca. Jednak czas pokazał, że moje oczekiwania to jedynie pobożne życzenia, ponieważ Miasto żywych trupów rozczarowuje pod każdym względem. Opisując swoje wrażenia z lektury, siłą rzeczy będę musiała zdradzić pewne szczegóły związane z fabułą, więc jeśli planujecie przeczytać Noc zombie, lepiej omińcie ten tekst.

Nie wiem nawet, od czego zacząć wytykanie błędów i irytujących rozwiązań, ponieważ mam wrażenie, że ta książka składa się tylko ze słabych momentów. O ile w przypadku pierwszej części znalazłam kilka plusów i wydaje mi się, że powieść ma szansę spodobać się fanom horrorów z zombie w roli głównej, o tyle druga cześć wypada naprawdę słabo. W Nocy zombie podobał mi się patent na zombiozę atakującą każdą żywą istotę, co sprawiło, że bohaterowie musieli walczyć również z nieumarłymi zwierzętami. Na dodatek żywe trupy nie zostały przedstawione jako istoty pozbawione inteligencji, więc starcie z nimi stanowiło dla ludzi nie lada wyzwanie. Te same rozwiązania pojawiają się także w Mieście żywych trupów, ale tym razem autor posunął się za daleko z pomysłem, ponieważ bohaterowie praktycznie od początku są skazani na klęskę. Jimowi i jego kompanom udało się opuścić ośrodek szkoleniowy i dostać się do domu, w którym mieszka Danny, ale jakim cudem bohaterowie mają znaleźć jakiekolwiek schronienie skoro zombiaki stanowią liczną i inteligentną armię? Dokąd uciekać, kiedy mordercze zamiary mają również psy, koty, szczury, ptaki, dzikie zwierzęta? 

Brian Keene nie zna odpowiedzi na te pytania, mimo że przez całą powieść protagoniści ostatkiem sił bronią się przed przeciwnikami i zawsze w jakiś sposób udaje im się uciec lub schować na chwilę. W mojej ocenie nie ma w tym logiki, zwłaszcza że ludzi jest coraz mniej, a zombie rosną w siłę z każdą chwilą. Poza tym fabuła nie prezentuje się specjalnie interesująco. Bohaterowie trafiają do ostatniego bastionu cywilizacji, czyli wieżowca zaprojektowanego przez ekscentrycznego milionera, który po ataku na WTC kazał stworzyć niemal samowystarczalny budynek odporny na ostrzał, pożar oraz wszelkie inne formy zagrożenia terrorystycznego. Jimowi, Danny’emu i Frankie wydaje się, że wreszcie znaleźli się w bezpiecznym miejscu, ale oczywiście nie mają racji, ponieważ super inteligentne zombiaki już przygotowują się do szturmu na wieżowiec. Nie trudno zgadnąć, że następnie odbywa się dramatyczna walka o przetrwanie, która teoretycznie powinna być interesująca i emocjonująca, ale w praktyce ten fragment nie trzyma w napięciu, ponieważ niczym nie różni się od wcześniejszych opisów zmagań z zombiakami. Brian Keene ochoczo raczy czytelnika makabrycznymi scenami rozdzierania ciał, wyjadania wnętrzności, brutalnych napaści na ludzi i śmierci w męczarniach, więc po pewnym czasie przywykłam do takich opisów i zobojętniałam na cierpienia postaci.

Bohaterowie, tak jak w pierwszej części, są słabym punktem historii. Ich charaktery właściwie niczym się nie różnią, ponieważ wszyscy walczą z jednakowym zacięciem, mają bardzo podobne pragnienia i w zasadzie w ten sam sposób postrzegają otaczającą rzeczywistość. Jim martwi się głównie o życie syna, a Frankie, Martin i Don pomagają mu chronić dziecko. W Mieście żywych trupów pisarz zdecydował się bardziej szczegółowo wyjaśnić skąd w ogóle wzięły się zombie, czym tak naprawdę są i jakie mają zamiary. Wizja autora niespecjalnie przypadła mi do gustu, wprawdzie w książce nie pojawia się dość oklepany wątek wirusa powodującego śmiercionośną chorobę, ale wytłumaczenie zaserwowane przez Keena’a też mnie nie przekonało. Na koniec ponarzekam na finał tej powieści, ponieważ moim zdaniem zakończenie zostało pozbawione sensu. Równie dobrze Brian Keene mógł taki finał wcisnąć do Nocy zombie i darować sobie pisanie kontynuacji, bo nie potrzeba osobnej książki po to, żeby bohaterowie skończyli w taki sposób.

Nie ukrywam, że nie podobała mi się ta książka. Oceniam Miasto żywych trupów na 2 (czyli i tak wysoko w tym przypadku) ze względu na kilka fragmentów wywołujących nutę strachu. Dodatkowo do głosu dochodzi moja słabość do wszelkich opowieści o zombiakach, ale mam wrażenie, że na rynku jest znacznie więcej lepszych historii, w których pojawiają się żywe trupy. 

Ocena: 2 / 6

Cykl Jim Thurmond:

Książka przeczytana w ramach wyzwań: Apokalipsa zombie, Klucznik oraz Z półki

2 października 2014

Złodziej dłoni - J.T. Ellison


Wydawnictwo: Mira
Liczba stron: 300

Kryminały z seryjnym zabójcą w tle zazwyczaj należą do najbardziej brutalnych i szokujących opowieści o morderstwie. Niejako z góry wiadomo, że takie książki wymagają od czytelnika odporności na makabryczne opisy, chęci zgłębienia zwichrowanego umysłu szaleńca oraz przygotowania na częste zwroty akcji. Jak się jednak okazuje są też historie o seryjnych zbrodniarzach, które można określić jako nieco lżejsze, skierowane do odbiorców niekoniecznie lubujących się w opisach potworności do jakich zdolny jest człowiek. Właśnie taką książką jest pierwsza część cyklu o porucznik Taylor Jackson. W Złodzieju dłoni morderca nie próżnuje, więc trup ściele się gęsto. Na dodatek jego ofiary zostają mocno okaleczone, ale autorka oszczędziła czytelnikom szczegółowych opisów dokonań psychopaty oraz fragmentów eksponujących uczucia postaci mających świadomość, że ich życie dobiega kresu. Z mojej perspektywy oznacza to, że powieść jest nieco mniej emocjonująca i nie oddziałuje na wyobraźnię tak mocno jak inne historie należące do tego gatunku. Jednak mam wrażenie, że dla czytelników dopiero zaczynających znajomość z taką literatura, Złodziej dłoni to dobry wybór.

Pracująca w wydziale zabójstw porucznik Taylor Jackson wraz z agentem FBI Johnem Baldwinem zajmuje się serią morderstw dokonanych przez tak zwanego Dusiciela z Południa. Psychopata porywa młode dziewczyny o określonym typie urody i po kilku dniach porzuca okaleczone ciała. Na miejscu zbrodni policjanci zawsze znajdują odciętą dłoń, leżącą w pewnej odległości od zmasakrowanych zwłok. Media szybko docierają do szczegółów tych bestialskich mordów i nie wahają się ich upublicznić podsycając strach oraz siejąc panikę wśród mieszkańców miast, z których pochodziły ofiary. Na dodatek uaktywnia się również poszukiwany od dawna gwałciciel o pseudonimie Słotnik, a pewna zbyt ambitna dziennikarka pakuje się w poważne kłopoty, co oznacza, że Taylor i John mają pełne ręce roboty.

Uważam, że powieść J.T. Ellison jest całkiem udana, chociaż pisarka nie uniknęła kilku niedociągnięć. Jednak zanim zacznę marudzić, napiszę o tym, co uważam za plus Złodzieja dłoni. Na uwagę zasługuje bardzo szybko rozwijająca się akcja. Właściwie już na pierwszej stronie autorka wrzuca czytelnika w wir wydarzeń, postaci oraz nazwisk ofiar Dusiciela, ponieważ jak już wspomniałam wcześniej zabójca jest wyjątkowo aktywny. Przez kilkadziesiąt pierwszych stron miałam wrażenie lekkiego chaosu, jakby Ellison zbyt szybko chciała nakreślić sytuację i trochę zbyt nachalnie wciągnąć odbiorcę do wykreowanego świata, ale na szczęście to odczucie szybko zostało zastąpione przez rosnące zaangażowanie w tę historię. Następnie dość szybko okazało się, że pewne elementy fabuły zgrabnie się ze sobą łączą, a nowych bohaterów już nie przybywa, więc początkowy chaos ustąpił miejsca przemyślanej, wielowątkowej fabule. Pozytywnie zaskoczyło mnie także to, że bohaterowie koncentrują się na kilku poważnych przestępstwach. W tej książce wszyscy śledczy nie mogą tak po prostu skupić się na seryjnym zabójcy i ignorować inne zbrodnie, ponieważ pojawienie się Dusiciela z Południa w żaden sposób nie wpływa na zmniejszenie ilości innych przewinień. Moim zdaniem takie rozwiązanie dodaje wiarygodności, ponieważ każdy zespół zajmuje się przydzieloną sprawą i niemożliwe jest, żeby wszyscy policjanci uganiali się za jednym przestępcą.

Jak już pewnie zdążyliście się zorientować bardzo często narzekam na wątek miłosny poprowadzony w kryminałach, ponieważ w przeważającej większości przypadków romans tylko psuje napięcie, spowalnia akcję, a na dodatek jest przewidywalny, ponieważ od razu wiadomo, kogo ugodzi strzała amora. Możliwe, że tym razem was zaskoczę, ale nie zamierzam krytykować uczucia pomiędzy bohaterami, dlatego że pisarka nie zmusiła mnie do śledzenie rodzącej się fascynacji czy namiętności. Zamiast tego wprowadziła do historii postaci już uwikłane w związek, omijając tym samym banalny początek romansu oraz wszelkie rozterki związane z tym czy na pewno tę parę może połączyć coś więcej. Taką postać wątku miłosnego akceptuję i nie miałabym nic przeciwko, gdyby większość autorów wzięła przykład z Ellison. Oczywiście Złodziej dłoni nie jest powieścią bez wad. Za najbardziej drażniącą kwestię uważam zbyt jasną podpowiedź, pozwalającą czytelnikowi na przedwczesne zdemaskowanie tożsamości Dusiciela z Południa. Dość szybko domyśliłam się, kto jest zwyrodnialcem zabijającym młode kobiety i nie ukrywam, że to odkrycie trochę zepsuło mi frajdę z czytania. Wystarczyłoby, żeby pisarka dokonała niewielkiej korekty, a książka byłaby bardziej emocjonująca i zaskakująca. Jestem zdziwiona, że nikt autorce tego nie doradził, bo w pewnej scenie aż się prosi o mniejszą dosłowność.

Zabrakło mi także bodźca pozwalającego na zbudowanie emocjonalnej więzi z uprowadzonymi bohaterami. Jak już pisałam w pierwszym akapicie ofiary zabójcy występują jedynie jako nazwiska. Szkoda, że pisarka nie zdecydowała się na przybliżenie portretu którejś z kobiet. Podejrzewam, że gdyby to zrobiła, postepowanie mordercy byłoby jeszcze bardziej szokujące i oddziałujące na wyobraźnię. Złodziej dłoni to ciekawy początek kolejnego kryminalnego cyklu, na który warto zwrócić uwagę. Powieść J.T. Ellison nie jest doskonała, ale fani gatunku mogą być z niej zadowoleni. Żałuję tylko, że wydawnictwo tak dziwnie publikuje tę serię. Oprócz tej książki na naszym rynku dostępna jest jeszcze trzecia i siódma część. Mam nadzieję, że reszta ukaże się wkrótce, w przeciwnym razie będę musiała zmierzyć się z oryginałami, ponieważ mam zamiar kontynuować poznawanie twórczości Ellison. 

Ocena: 4 / 6

Cykl "Taylor Jackson"

2. 14
3. Pocałunek śmierci
4. The Cold Room
5. The Immortals
6. So Close the Hand of  Death
7. Umarli nie kłamią

Książka przeczytana w ramach wyzwań Czytamy kryminały, Klucznik, Kryminalne wyzwanie.

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.


30 września 2014

30 dni z książką - dzień 5 + informacja o konkursie

5. Książka, która cię uszczęśliwia


Dzisiejsze zagadnienie sprawia mi ogromny problem. Każda książka, która mi się podoba w pewien sposób mnie uszczęśliwia. Samo czytanie uważam za czynność uszczęśliwiającą :) I jak teraz wybrać jeden tytuł? Moim zdaniem jest to niemożliwe. Ponadto zazwyczaj sięgam po kryminały i thrillery, więc dość dziwne wydaje mi się wskazywanie powieści o zabójstwach jako lektury wnoszącej do mojego życia pokłady radości i pozytywnej energii. Przypuszczam, że w tym pytaniu chodzi o wymienienie książki wielokrotnie czytanej, takiego poprawiacza humoru, który zawsze zadziała w momentach smutku, zniechęcenia i chandry. Z przykrością muszę stwierdzić, że nie mam takiej lektury za sobą. Nie natrafiłam na dzieło tak wyjątkowe, żebym mogła je nazwać uszczęśliwiającym. Jestem ciekawa jak Wy się zapatrujecie na takie pytanie, potraficie wskazać taką książkę?

PS Portal Sztukater obchodzi urodziny i w związku z tym przygotowano dla czytelników konkurs, w którym można wygrać mnóstwo książek! Zasady są proste:
 
Skomentuj na portalu Sztukater.pl min. 10 artykułów, oceń,
wdaj się w dyskusję, poleć, zachwal lub zniechęć do lektury!

*Udostępnij konkurs, zachęć do wzięcia udziału rodzinę, znajomych!
*Odpowiedz na proste pytanie:
Które urodziny obchodzi Portal Sztukater.pl!
*Odpowiedź wyślij na: zapisy@sztukater.pl

Więcej szczegółów znajdziecie na tej stronie oraz na facebooku. A o to nagrody do wygrania :)


25 września 2014

Chwila szczęścia - Federico Moccia


Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 320

Chwila szczęścia to druga powieść z literackiego dorobku Federico Mocci, jaką miałam okazję przeczytać. W zeszłym roku recenzowałam Mężczyznę, którego nie chciała pokochać i pomimo kilku zgrzytów byłam całkiem zadowolona z lektury. Pokusiłam się nawet o stwierdzenie, że rozumiem fenomen popularności tego pisarza i chętnie poznam inne jego dzieła. Teraz jednak nie jestem już tego taka pewna, ponieważ najnowsza powieść Mocci ogromnie mnie rozczarowała swoją naiwnością, prostotą, banalnością i kiczowatymi opisami. Głównym bohaterem tej historii jest Nicco, który właśnie zakończył swój roczny związek. Tak właściwie mężczyzna został porzucony bez konkretnego powodu, ponieważ jedyne, co Alessia potrafiła zrobić w chwili rozstania, to wyszeptać, że jej przykro, zalać się łzami i zwyczajnie odejść. Po tym wydarzeniu Nicco deklaruje miłość oraz przywiązanie do byłej dziewczyny, podobno nawet za nią tęskni, ale z jego zachowania można odczytać coś zupełnie innego. Razem ze swoim przyjacielem bohater rzuca się w wir imprez, jednonocnych przygód oraz skomplikowanych związków z wieloma kobietami. Pewnego dnia mężczyźni poznają dwie atrakcyjne turystki z Polski i to spotkanie rzekomo zaważy na całym ich życiu.

Nie mogłam darować sobie nieco ironicznego opisu fabuły, dlatego że w tej historii niemal wszystko jest miałkie i banalne, więc nie widzę potrzeby, żeby silić się na piękne słowa. Zamiast tego będę nazywać rzeczy po imieniu. Uważam, że czas poświęcony na przeczytanie tej książki był czasem zmarnowanym. Nie polubiłam bohaterów, nie poznałam niezwykłej atmosfery stolicy Włoch, nie czułam się zrelaksowana w trakcie lektury i oczywiście w żaden sposób mnie ta powieść nie ubogaciła wewnętrznie. Zastanawiając się nad tym, co złożyło się na fatalny odbiór Chwili szczęścia, doszłam do wniosku, że zawiniło wszystko po trochu, ale największą irytację wywołała schematyczna, stereotypowa kreacja bohaterów. Nicco to Włoch żywcem wyjęty z prześmiewczych opowieści i niewybrednych żartów o podstarzałych kawalerach podrywających absolutnie każdą kobietę, ale wciąż mieszkających u mamusi, bo przecież nikt tak dobrze nie zadba o mężczyznę jak własna matka. Wprawdzie Nicco nie jest jeszcze stary, ale reszta niestety zgadza się ze stereotypowym wizerunkiem włoskiego macho. W rzadkich momentach miałam wrażenie, że nieodpowiedzialne zachowanie bohatera wynika z zagubienia wywołanego przez niedawną śmierć ojca, co w pewien sposób tłumaczyłoby jego rozchwianie emocjonalne, ale niestety nie zawsze takie wyjaśnienie wydawało mi się wiarygodne. W większości sytuacji Nicco jawi się jako zwyczajny podrywacz, który nie potrafi odmówić, gdy nadarza się okazja na spędzenie upojnej nocy.

Moccia bardzo podobnie sportretował również polskie turystyki. Rolę Ani i Pauli ograniczył do chichotania w odpowiednich chwilach, piszczenia z zachwytów, gdy Nicco i jego kumpel o przezwisku Gruby fundowali im kolacje w restauracjach, a także wtulania się w ramiona nowych znajomych i jęczenia z rozkoszy w trakcie erotycznych uniesień. Jak dla mnie cała ta relacja między dwoma bawidamkami a roznamiętnionymi turystkami nie jest wiarygodna. Byłabym w stanie uwierzyć, że Ania i Paula przyjechały do Włoch właśnie po to, żeby bezkarnie flirtować i romansować, gdyby tylko coś na ich temat zostało napisane. Moccia jednak nie pokusił się o żadne wyjaśnienie, czytelnik nie wie o tych dziewczynach nic oprócz tego, że są bardzo atrakcyjnymi i rozrywkowymi Polkami. Bohaterowie nie potrafią się nawet porozumieć, ponieważ mężczyźni kiepsko mówią po angielsku, a kobiety znają ledwie kilka pojedynczych włoskich słówek. Nie rozumiem więc skąd wzięła się ta rzekoma fascynacja i przekonanie, że spotkanie z dziewczynami odmieni życie Nicco.

Tempo akcji oraz styl pisania także pozostawiają wiele do życzenia. Od momentu pojawienia się Ani i Pauli powieść jest po prostu nudna, ponieważ pisarz skupił się na relacjonowaniu, co bohaterowie jedzą, dokąd jadą i kogo spotykają po drodze. Te wstawki z pewnością byłyby bardziej interesujące, gdyby Moccia nie ograniczał się do pobieżnego opisu odwiedzanych miejsc. Niestety nie zdążyłam wyobrazić sobie tych zachwycających uliczek z romantycznymi kafejkami lub pięknej plaży, bo pisarz całe zwiedzanie załatwił w ekspresowym tempie. Przez tę wyliczankę w żaden sposób nie odczułam, że akcja dzieje się w jednym z piękniejszych miast w Europie. Zastanawiałam się też, do kogo ta powieść jest skierowana, ale nie znalazłam odpowiedzi na to pytanie, ponieważ nie jest to ani romantyczna historia o rodzącym się uczuciu, ani lekka opowiastka o wakacyjnych flirtach. Czasami Moccia wkłada w usta głównego bohatera całkiem trafne przemyślenia i refleksje związane z przemijaniem, utratą bezpieczeństwa po śmierci ojca, dziecięcym sposobem pojmowania świata i wówczas Nicco staje się bardziej prawdziwy. Jednak najczęściej autor koncentruje się na miłosnych podbojach, które mnie śmiertelnie wynudziły.

Dałam się nabrać na znane nazwisko autora, przyjemną okładkę i obietnicę, że jest to historia o miłości i poszukiwaniu szczęścia. Moim zdaniem to taka typowa powieść „o niczym”. Bohaterowie dokądś jadą, spotykają jakichś ludzi, ale nic interesującego z tego nie wynika. Podobno Moccia ma w planach napisanie kontynuacji, w której Nicco i Gruby przyjeżdżają do Polski, ale nie sądzę, żebym chciała po raz kolejny czytać o ich perypetiach. 

Ocena: 2 / 6

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza.

Książka przeczytana w ramach wyzwania Klucznik.

Recenzja innej powieści Federico Mocci:
Mężczyzna, którego nie chciała pokochać 

Tu kupisz Chwilę szczęścia:

http://muza.com.pl/literatura-kobieca/1670-chwila-szczescia-9788377586259.html?dosiakksiazkowo

22 września 2014

30 dni z książką - dzień 4

4. Ulubiona książka z ulubionej serii



Na pierwszy rzut oka pytanie nie jest trudne, bo skoro już wcześniej wskazałam swoją ulubioną serię, to teraz bez problemu powinnam wybrać ulubioną część. Jednak mam ciężki orzech do zgryzienia, bo wśród książek Yrsy Sigurđardóttir nie ma historii innych niż świetne, zachwycające i mocno działające na wyobraźnię. Uwielbiam Weź moją duszę, bo to właśnie od tej powieści zaczęłam poznawać twórczość pisarki, a poza tym opowieść pochłonęła mnie tak bardzo, że nie przeszkadzał mi brak chronologii i wyjątkowo nie denerwowałam się, że zaczęłam cykl od drugiego tomu. Tak naprawdę z sympatią myślę o każdej powieści z serii o prawniczce Thorze Gudmundsdóttir, ale skoro muszę wybrać tą jedną, ulubioną to stawiam na ostatnią część, czyli na Statek śmierci. Połączenie zagadki kryminalnej z elementami horroru, świetna intryga oraz doskonale sportretowani bohaterowie sprawiają, że to właśnie ten tytuł mogę nazwać ulubionym :)


18 września 2014

Przygody Sherlocka Holmesa - Arthur Conan Doyle


Wydawnictwo: Algo
Liczba stron: 334

Z Sherlockiem Holmesem spotkałam się po raz pierwszy jako nastolatka. Czytałam kilka opowiadań z tym bohaterem w roli głównej, obejrzałam ekranizację Psa Baskerville’ów, ale potem zapomniałam o jednym z najsłynniejszych detektywów w literaturze, mimo że sposób w jaki Sherlock rozwiązuje każdą ze swoich spraw zrobił na mnie duże wrażenie. Świetne filmy Guya Ritchiego sprawiły, że na nowo zainteresowałam się postacią stworzoną przez Arthura Conan Doyle’a i postanowiłam wreszcie poznać wszystkie utwory, w których można spotkać tego szalenie inteligentnego i spostrzegawczego bohatera. Na pierwszy ogień poszedł recenzowany dzisiaj zbiór opowiadań, ponieważ właśnie tę książkę znalazłam w domowej bibliotece. Dzięki nowemu przekładowi tytuły niektórych utworów uległy zmianie. Wprawdzie dla treści historii nie ma znaczenia czy opowiadanie nosi tytuł Niesamowita kobieta czy też Skandal w Bohemii, ale jednak wydaje mi się, że takie zmiany tylko dezorientują czytelników. W każdym razie zanim sięgnięcie po zbiór wydany przez oficynę Algo, sprawdźcie czy przypadkiem nie są to historie, które już doskonale znacie.

Przygody Sherlocka Holmesa to tom zawierający dwanaście niezbyt długich opowiadań zbudowanych według tego samego schematu. W każdym z nich narratorem jest doktor Watson, który na początku przybliża okoliczności, w jakich słynny detektyw zapoznał się ze sprawą oraz umiejscawia daną historię w odpowiednim czasie albo poprzez podanie dokładnej daty, albo wtrącając, że działo się to np. w okresie, gdy Watson i Holmes razem mieszkali na Baker Street. Później zazwyczaj następuje zapoznanie czytelnika z postacią uwikłaną w jakąś trudną do wyjaśnienia sprawę, następnie do akcji wkracza Sherlock i dzięki swoim metodom pracy rozwiązuje zagadkę, z którą nikt innym nie mógł sobie poradzić. Schematyczność jest uzasadniona, ponieważ Watson prowadzi kronikę spraw swojego przyjaciela, więc nic dziwnego, że każda opowieść ma tę samą strukturę, jednak w trakcie lektury czasami nachodziła mnie myśl, że przydałaby się na tym polu jakaś mała odmiana. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby od czasu do czasu narrator nieco inaczej wprowadzał odbiorcę w świat genialnego detektywa, co moim zdaniem mogłoby podsycić emocje i zbudować większe napięcie.

Zbiory opowiadań najczęściej cechuje różny poziom zawartych w nim utworów, więc prawie zawsze bez trudu mogę wyróżnić te najlepsze i ponarzekać na te najmniej udane. Jednak w przypadku tej książki nie jestem w stanie określić, która historia podobała mi się najbardziej, ponieważ wszystkie są mniej więcej na tym samym poziomie. Od razu zaznaczę, że żadnego opowiadania Doyle’a nie uważam za słabe, ale nie jest to też równoznaczne z jakimś ogromnym zachwytem tym zbiorem. Moje lekkie rozczarowanie wynika z tego, że spodziewałam się głównie zagadek kryminalnych, a otrzymałam historie w większości opierające się na motywie kradzieży klejnotów, zawodu miłosnego, niespodziewanego znaleziska itd. Jedynie w Tajemnicy doliny Boscombe, w Pięciu pestkach pomarańczy oraz w Cętkowanej opasce pojawia się morderstwo, a wraz z nim konieczność ujęcia sprawcy. Jednak nawet wymienione opowiadania nie do końca mnie usatysfakcjonowały, ponieważ uważam je za zbyt mało skomplikowane. Sama jestem tymi odczuciami zdziwiona, ale nie da się ukryć, że w niektórych przypadkach przestępcę można zdemaskować bez większych trudności. Fakt, że zazwyczaj do samego końca tajemnicą było dla mnie jak dany bohater dokonał mistyfikacji; jakim cudem udało mu się oszukać najbliższych itp., ale już sama tożsamość złoczyńcy rzadko kiedy wprawiała mnie w zdumienie.

Na szczęście nie zawiodłam się na umiejętnościach głównego bohatera. Jestem pod wrażeniem ilości informacji jakie Holmes potrafi wydobyć ze znoszonego kapelusza lub z odcisków na śniegu. Jego zdolność kojarzenia faktów, dostrzegania rzeczy niewidocznych dla zwykłych śmiertelników, a przede wszystkim wyciągania wniosków na podstawie zgromadzonych wiadomości i spostrzeżeń, zasługuje na szczery podziw. Tak właściwie Holmes został w przechytrzony tylko raz, przynajmniej w recenzowanych opowiadaniach i nie ukrywam, że cieszę się, iż nosa utarła mu kobieta. Moja radość wiąże się z dość irytującą cechą geniusza, czyli lekceważącym stosunkiem do przedstawicielek płci przeciwnej. W utworze Sprawa tożsamości Sherlock nie wyjawił rozwiązania zagadki swojej klientce, motywując taką decyzję stwierdzeniem, że i tak mu nie uwierzy, bo kobiet nie wolno pozbawiać złudzeń. Zresztą w innych historiach bohater też dość protekcjonalnie traktuje kobiety, co uważam za jego główną wadę. Natomiast, jeśli chodzi o inne cechy charakteru to jestem zaskoczona grzecznością Holmesa. Nie wiem czy to popkultura tak przemieliła tę postać, wyposażając ją w cięty język i aroganckie usposobienie, czy jednak w tym zbiorze przyjaciel poczciwego Watsona stracił gdzieś swój pazur, niemniej w mojej pamięci najsłynniejszy bohater Doyle’a zapisał się jako mężczyzna uważający się za znacznie lepszego od innych ludzi. W poznanych historiach Sherlock jest bardzo pewny siebie, tajemniczy i trochę apodyktyczny, ale jednak jego manierom nie można wiele zarzucić. 

Przygody Sherlocka Holmesa oceniam na czwórkę, ponieważ uważam, że opowiadania te są dobre, ale nic ponadto. Przyznaję, że jestem trochę zawiedziona, bo oczekiwałam większych emocji oraz bardziej wyrafinowanych intryg, jednak w żadnym razie nie zmieniam planów związanych z poznawaniem dzieł, w których pojawia się mistrz dedukcji. Następnym razem sięgnę po powieść z Holmesem w roli głównej. Innie opowiadania muszą na razie poczekać. 

 Ocena: 4 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwań Book-Trotter, Z półki, Kryminalne wyzwanie.

15 września 2014

Lokator do wynajęcia - Iwona Banach


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 410

Na palcach jednej ręki mogę policzyć książki, które mnie rozbawiły. Nie przemawia do mnie humor zawarty w powieściach Chmielewskiej czy też w większości innych kryminałów na wesoło. Tytuły reklamowane jako historyjki lekkie i przyjemne, napisane po to, by czytelnik mógł sobie poprawić nastrój, śledząc perypetie zwariowanych bohaterów również częściej mnie irytują niż bawią. Po Lokatora do wynajęcia sięgnęłam z nadzieją na odprężającą, totalnie relaksującą historię, która będzie miłą odmianą po brutalnych opowieściach o seryjnych zabójcach. Niestety nic z tego nie wyszło, bo książka Iwony Banach zupełnie nie przypadła mi do gustu, mimo że początek nie zwiastował katastrofy. Od razu wyjawię, że jedyny plus, jaki dostrzegłam w tej powieści, to właśnie szybkie zawiązanie akcji. 

Wydawało mi się, że czytanie o przygodach dwudziestoczteroletniej Michaliny, która jako zawodowa lokatorka do wynajęcia przyjeżdża do niewielkiej górskiej wioski, by pod nieobecność właściciela doglądać ogromnej, nieco zniszczonej willi, zapewni mi po prostu kilka godzin rozrywki. Cała historia zaczyna się nie najgorzej, ponieważ autorka natychmiast wrzuca bohaterkę w wir wydarzeń, zmuszając ja do konfrontacji z dwiema ekscentrycznymi staruszkami oraz ich „uroczymi” psiakami a także do stawienia czoła ciekawskim sąsiadom, włamywaczom, fajtłapowatemu policjantowi, miejscowemu artyście i wielu innym przedziwnym postaciom. Na dodatek dziewczyna musi radzić sobie z serią zaskakujących i nietypowych sytuacji, takich jak pojawienie się niezidentyfikowanych wykopów w ogrodzie czy też latających kuchennych sprzętów. Jednak im dalej, tym dziwniej, bo coraz mniej zabawnie, a coraz bardziej irytująco.

Iwona Banach wymyśliła mnóstwo różnych „atrakcji”, którymi hojnie obdarowała swoją bohaterkę zapewne wierząc, że dzięki temu powieść będzie lekka, zabawna i przyjemna, ale niestety dla mnie była to lektura ogromnie męcząca. Najbardziej przeszkadzały mi sztuczne, wymuszone dialogi zdecydowanie dominujące nad opisami. Mam wrażenie, że ta książka składa się z samych rozmów pomiędzy postaciami, co jeszcze byłabym w stanie przełknąć, gdyby tylko te wszystkie dyskusje były interesujące i choć trochę na poziomie. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest historia pisana na poważnie, więc nie powinnam oczekiwać realistycznych zdarzeń opowiedzianych piękną polszczyzną, ale mimo tego nie potrafię zadowolić się opowiastką, w której bohaterowie poproszeni o zrelacjonowanie jakiegoś wydarzenia, nie są w stanie wydukać jednego sensownego zdania. Najwyraźniej autorka próbowała wprowadzić elementy komizmu słownego, ale w mojej ocenie zupełnie się jej to nie udało. Stworzenie inteligentnego, a przy tym zabawnego dialogu jest nie lada sztuką. Nie wystarczy po prostu zrobić z bohaterów kompletne cielęta niebędące w stanie pojąć najprostszych rzeczy, uwikłać postaci w szereg absurdalnych zdarzeń, wszystko ze sobą pomieszać i poplątać, żeby czytelnik zaśmiewał się w głos.

Nie spodziewałam się rozbudowanej charakterystyki protagonistów, ale na kompletną miałkość również nie byłam przygotowana. Teoretycznie poszczególne postaci różnią się między sobą, ale w praktyce wszyscy zachowują się bardzo podobnie, czyli panikują, histeryzują, prześcigają się w obrzucaniu siebie nawzajem obelgami, kłócą się, a przede wszystkim nie grzeszą rozumem. Po raz kolejny podkreślę, że pewnie na tym miała polegać cała humorystyczna otoczka tej historii, ale do mnie zupełnie taki zabieg nie trafił. Nie polubiłam ani wiecznie narzekającej lub krzyczącej Michaliny, ani jej towarzysza, który przez większą część książki zachowuje się jak dziecko uwięzione w ciele dorosłego mężczyzny. Nie bawiła mnie nieporadność postaci, nie śmiałam się śledząc ich dziwaczne przygody i nie umiałam docenić nienaturalnych dialogów. Moim zdaniem Iwona Banach chce bawić na siłę, zabrakło lekkości w tym wszystkim i takiego naturalnego wyczucia w prowadzeniu akcji. Jak dla mnie w Lokatorze do wynajęcia jest stanowczo za dużo dialogów i zupełnie nierealistycznych zdarzeń, a za mało charakterystyk postaci oraz opisów pozwalających te szalone wypadki osadzić we właściwym kontekście. W trakcie czytania przeszkadzało mi również to, że w konkretnych sytuacjach bohaterowie pojawiają się jak wyczarowani z kapelusza. Wystarczy, że coś przytrafi się jednemu z nich, a cała reszta dziwnym trafem natychmiast znajduje się w tym samym miejscu, tak jakby ich jedynym życiowym celem było kręcenie się w pobliżu domu zajmowanego przez Michalinę.

Jestem zmuszona tak nisko ocenić tę powieść, ponieważ nie mogę się oszukiwać i na siłę przekonywać, że wcale nie czytało mi się jej źle, skoro od dwóch dni marzyłam o tym, żeby wreszcie ujrzeć ostatnią stronę. Jednakże nie chcę, żebyście kategorycznie odrzucili Lokatora do wynajęcia, ponieważ wszystko zależy od Waszego poczucia humoru. Do mnie książka Iwony Banach nie trafiła, co oczywiście nie oznacza, że i Wam nie będzie się podobać. Żałuję, naprawdę żałuję, że moje wrażenia z lektury są tak negatywne, ale nic nie jestem w stanie na to poradzić. 

Ocena: 1,5 / 6

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.


Książka przeczytana w ramach wyzwań Polacy nie gęsi oraz Klucznik.