28 grudnia 2014

Kości są wieczne - Kathy Reichs


Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 416

Mam wrażenie, że nazwisko Kathy Reichs znam odkąd tylko zaczęłam interesować się literaturą kryminalną, ale aż do teraz nie miałam okazji spotkać się z jej twórczością. Za ten stan rzeczy winię głównie swoją obsesję na punkcie poznawania wszelkich serii zgodnie z chronologią. Od dawna chciałam przeczytać pierwszy tom cyklu poświęconego antropolożce sądowej Temperance Brennan, ale niestety zdobycie tej książki w rozsądnej cenie jest niemożliwe. W związku z tym postanowiłam czekać na wznowienie i na razie po prostu zapomnieć o tej pisarce. Jednak cierpliwość nie jest moją mocną stroną, więc ostatecznie dałam spokój z polowaniem na początek cyklu Kości i sięgnęłam po najnowszą powieść Reichs, mając nadzieję, że nieznajomość czternastu poprzednich tomów nie wpłynie negatywnie na odbiór tej historii.

Na szczęście amerykańska pisarka skupiła się tylko na wątku kryminalnym i śledztwie, w którym udział bierze również doktor Brennan. Oczywiście pojawiają się odniesienia do życia prywatnego bohaterów, jednak stanowią one tylko delikatne tło, a ponadto są natychmiast wyjaśniane, więc zapewniam, że czytelnicy nieznający wcześniejszych części nie muszą się obawiać, że umkną im jakieś istotne kwestie. Reichs postawiła na komplikującą się w miarę rozwoju akcji intrygę oraz dynamiczne, zaskakujące wydarzenia, co sprawiło, że Kości są wieczne to dobry przykład typowo rozrywkowego kryminału, dostarczającego solidną dawkę emocji. Autorka nie zaprzątała sobie głowy wstępem do głównego wątku, ponieważ już pierwsza strona stanowi mocny akcent, jasno pokazujący, że w tej historii liczy się przede wszystkim dochodzenie w sprawie dzieciobójczyni. W niewielkim, obskurnym mieszkaniu zespół składający się z policjantów oraz Temperance Brennan odkrywa zwłoki malutkich dzieci, które prawdopodobnie zostały zamordowane tuż po urodzeniu. Mieszkanie wynajmuje niejaka Alma Rogers, chociaż kobieta posługuje się wieloma nazwiskami i znana jest również jako Alva Rodriquez oraz Amy Roberts. Stróże prawa natychmiast wszczynają śledztwo jednak podejrzana jakby zapadła się pod ziemie. Dość szybko sprawa znacząco się komplikuje, a dochodzenie przenosi się najpierw do Edmonton, a potem na daleką Północ, gdzie w parze z surowym klimatem występują nieprzychylni obcym, zamknięci w sobie mieszkańcy nieskorzy do dzielenia się posiadanymi informacjami z policją.

Pierwsze spotkanie z pisarstwem Kathy Reichs uważam za dość udane, chociaż z pewnością nie jest to książka, która na długo zapadnie mi w pamięć. Może przeczytałam już zbyt dużo podobnych powieści, żeby zachwycić się tą historią, może Kości są wieczne to nieco słabsze dzieło w dorobku autorki i stąd moje wrażenia, w każdym razie nie jestem ani oczarowana, ani rozczarowana lekturą. Początkowo wątek kryminalny wydawał mi się zbyt mało skomplikowany, ponieważ dotyczył jedynie poszukiwań kobiety posługującej się wieloma tożsamościami. Pojawiły się ofiary, wyznaczono podejrzaną i detektyw Andrew Ryan wraz z doktor Brennan usiłują odnaleźć matkę zamordowanych dzieci i postawić ją przed sądem. Na szczęście później wszystko zaczyna się komplikować i nie wygląda już tak jednoznacznie jak na początku, co czyni fabułę znacznie bardziej intrygującą i nieprzewidywalną. Parokrotnie dałam się zaskoczyć, chociaż rozwiązanie zagadki nie jest jakoś niesamowicie trudne. Jeśli tylko będziecie uważnie czytać i wyciągać wnioski z kolejnych wydarzeń, to jest duża szansa, że finał nie będzie dla was tajemnicą. Reichs potrafi przyciągnąć i utrzymać uwagę czytelnika, więc nie brakuje w tej książce napięcia skutkującego tym, że w pewnym momencie z niecierpliwością przewracałam kolejne kartki, by jak najszybciej dowiedzieć się, co dalej.

Jeśli główna bohaterka zajmuje się antropologią sądową, to wiadomo, że w historii pojawią się opisy jej pracy składającej się głównie z wydzierania zmarłym ich tajemnic. Nie inaczej jest w powieści Kości są wieczne. Tempe potrafi znaleźć informacje zapisane w ludzkich szczątkach i odpowiednio je wykorzystać. Długość poszczególnych kości, ich ułożenie oraz drobne szczegóły anatomiczne pozwalają bohaterce wysnuć wnioski niezwykle istotne dla śledztwa. Podobały mi się fragmenty, w których Brennan popisywała się swoją wiedzą, jednak nie mogłam pozbyć się porównań do genialnego antropologa Davida Huntera z książek Becketta. U Reichs opisy badań przeprowadzanych przez bohaterkę są ciekawe, ale takie suche, poprawne. Natomiast Beckett potrafi jednym krótkim zdaniem wywołać w czytelniku grymas obrzydzenia lub sprawić, by natychmiast zaczął interesować się procesami pośmiertnymi doprowadzającymi zwłoki do makabrycznego stanu. Może nie powinnam porównywać tych bohaterów, ale skojarzenie nasunęło się samo i niestety Temperance Brennan nie jest tak fascynującą postacią jak David Hunter. 

Rytm opowieści dość często przerywany jest przez naukowe, specjalistyczne wtrącenia i opisy, tłumaczące zasadę działania np. rezonansu magnetycznego lub innych urządzeń wykorzystywanych do badania zwłok. O ile same wiadomości na temat uważam za wzbogacające i uwiarygadniające historię, o tyle sposób ich wplecenia do fabuły jest raczej irytujący. Reichs nie poradziła sobie z naturalnym połączeniem naukowych lub historycznych wywodów z dynamiczną akcją powieści, przez co fragmenty poświęcone technicznym zagadnieniom, były dla mnie elementami burzącymi poczucie obecności w świecie doktor Brennan. Kości są wieczne polecam przede wszystkim miłośnikom gatunku. Pomimo minusów książka idealnie nadaje się do tego, by pochłonąć ją w czasie jednego popołudnia, a potem odłożyć na półkę ze świadomością, że za tydzień historia uleci z pamięci. 

Ocena: 4 / 6

Cykl Kości:

1. Zapach śmierci (Déjà Dead)
2. Dzień śmierci (Śmierć za dnia)
3. Śmiertelne decyzje
4. Zabójcza podróż
5. Pogrzebane tajemnice
6. Nagie kości
7. Poniedziałkowa żałoba
8. Starożytne kości
9. Okruchy śmierci
10. Kości w proch
11. Diabelskie kości
12. 206 kości
13. Kości pająka
14. Z krwi i kości

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.


22 grudnia 2014

Ripper. Gra o życie - Isabel Allende


Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 496

Do pisania kryminałów trzeba mieć talent. Nie da się stworzyć dobrej historii z trupem w tle bez posiadania pewnego wyczucia i tego nieuchwytnego czegoś, co sprawia, że książki jednych są błyskotliwe i interesujące, a innych słabe lub zaledwie poprawne. Niestety okazuje się, że czasami nawet uznani, odnoszący sukcesy pisarze, nie są w stanie wymyślić zajmującej historii kryminalnej i lepiej byłoby, gdyby nigdy nie wpadli na pomysł napisania powieści tego typu. Jeszcze tydzień temu nie śmiałabym zakwestionować zdolności pisarskich Isabel Allende, ponieważ poznałam dwie części cyklu Dom duchów jej autorstwa i obie książki wywarły na mnie ogromne wrażenie. Niestety po lekturze Rippera nasunęła mi się refleksja, że posiadanie talentu literackiego nie oznacza, że twórca jest w stanie poradzić sobie z każdym rodzajem historii. Nadal uważam Allende za świetną pisarkę, ale sądzę, że nie powinna więcej eksperymentować z kryminałem, ponieważ ewidentnie nie czuje tego gatunku.

Opis na okładce sugeruje, że fabuła tej książki koncentruje się na dochodzeniu prowadzonym w sprawie kilku niewyjaśnionych morderstw mających miejsce w San Francisco. Wydawca zaznaczył, że wspomniane śledztwo prowadzi nie tylko policja, ale także grupa nastolatków spędzających czas przy tytułowym Ripperze, czyli grze fabularnej przekształconej przez młodych ludzi tak, by jej celem było zdemaskowanie rzekomego seryjnego zabójcy. Wspomniane tematy oczywiście pojawiają się w powieści, ale wcale nie dominują, bo na pierwszy plan wysuwają się charakterystyki bohaterów oraz zdarzenia budujące ich portrety psychologiczne. W związku z tym elementów kryminału jest w dziele Allende stosunkowo niewiele, gdyż dopiero na ostatnich stu stronach akcja nabiera tempa i wreszcie dzieje się to, co zapowiedziano na okładce. Natomiast wcześniej czytelnik śledzi losy pewnej specyficznej rodziny, której członkowie odznaczają się dziwnymi zdolnościami, niepopularnymi poglądami lub oryginalnymi zainteresowaniami. Przed sięgnięciem po tę lekturę trzeba więc pamiętać, że policyjne śledztwo oraz grupa grająca w Rippera stanowią raczej tło dla ukazania barwnych charakterów postaci wykreowanych przez Allende.

Autorka w typowy dla siebie sposób wprowadziła do opowieści bohaterów, czyniąc ich życiorysy najważniejszymi zdarzeniami Rippera. W tej książce występuje cała masa nietuzinkowych postaci, których życie biegnie naprawdę dziwnymi i nieprzewidywalnymi torami. Czytelnicy poznają nastoletnią Amandę zafascynowaną rozwiązywaniem kryminalnych zagadek, jej ekscentryczną matkę pracującą jako uzdrowicielka, zatrudnionego w policji ojca dziewczyny, dziadka będącego powiernikiem i najlepszym przyjacielem Amandy oraz całą masę innych bohaterów, którzy również przykuwają uwagę odbiorcy. Z mojego opisu może wynikać, że nastolatka jest główną protagonistką, ale to mylne wrażenie, ponieważ trudno wyróżnić jedną, najważniejszą postać. Moim zdaniem wszyscy zostali dokładnie sportretowani i otrzymali określoną rolę do spełnienia, bez której historia byłaby płytka i nijaka. Czytając powieści Allende, mam wrażenie, że słucham czyjejś gawędy. Czuję się jakby ktoś opowiadał o własnych przeżyciach albo, posiadając doskonale rozwiniętą wyobraźnie, na poczekaniu układał historię przeznaczoną tylko dla mnie. Lekturze Rippera towarzyszyło to samo odczucie, dlatego z zainteresowaniem śledziłam kolejne wydarzenia, mimo że nie były ani specjalnie intrygujące, ani trzymające w napięciu, ani przełomowe dla fabuły.

Moim zdaniem wytłumaczenie takiej sytuacji może być tylko jedno – pisarka ma dar opowiadania. Układa zdania i formułuje myśli tworzące hipnotyzującą całość, mimo że teoretycznie nic ciekawego się nie dzieje. Z tego względu kompletnie nie nadaje się na autorkę kryminałów, w których istotne jest budowanie napięcia, podrzucanie czytelnikowi fałszywych tropów związanych ze śledztwem oraz niezbyt szczegółowe przedstawienie prywatnego życie bohaterów. Zdaję sobie sprawę, że urok stylu Allende nie działa na każdego, więc dla wielu osób Ripper to po prostu nieudany kryminał lub taka obyczajówka napisana przez kogoś, kto sam do końca nie wiedział, co chciałby przekazać. Rozumiem takie opinie, bo kilka razy sama złapałam się na rozmyślaniu nad tym, dokąd tak właściwie ta opowieść zmierza i po co autorka serwuje czytelnikowi tyle detali związanych z przeszłością bohaterów oraz z ich zachowaniami. Przypuszczam, że spoiwem całości miał być wątek kryminalny, ale niestety zabieg się nie udał, ponieważ, jak już wspomniałam, sprawa seryjnego zabójcy zaczyna silniej łączyć się z losami postaci dopiero w zakończeniu. Na dodatek całej intrydze brakuje dynamizmu i komplikacji. Tożsamość mordercy łatwo przewidzieć, suspensu jest niewiele, a niektóre rozwiązania skłaniają do podejrzeń, że autorka w pewnych kwestiach poszła na łatwiznę i na przykład zamiast pomyśleć jak naprowadzić policję na trop przestępcy, wyposażyła jednego z protagonistów w całą masę cech czyniących z niego niemal superbohatera gotowego w pojedynkę pokonać zabójcę. 

W książkach Isabel Allende pojawiają się elementy typowe dla realizmu magicznego. Nie inaczej jest również w przypadku Rippera, co prawdopodobnie tłumaczy koncentrację pisarki na przeżyciach wewnętrznych postaci oraz wplecenie nie do końca realnych zdarzeń. Lubię realizm magiczny w wydaniu Allende, ponieważ ta nadnaturalność nie jest zbyt nachalna i zazwyczaj dobrze wkomponowuje się w atmosferę opowieści. W recenzowanej książce również niektórzy bohaterowie są nieco oderwani od rzeczywistości, uduchowieni i wrażliwi na energię niewyczuwalną dla zwykłych ludzi i przyznam, że byłabym zachwycona takimi kreacjami, gdyby nie ta wymuszona kryminalna otoczka. Niestety jedno z drugim nie współgra i to rzutuje na całą powieść. Jako kryminał Ripper wypada słabo, jako powieść obyczajowa już lepiej, ale i tak moja ocena jest dość surowa, bo wiem, że tę autorkę stać na znacznie więcej. Wprawdzie dałam się uwieść gawędzie i bez problemu brnęłam przez historię niemającą wyraźnego celu, ale to zdecydowanie za mało, żeby nazwać tę książkę satysfakcjonującą lekturą. Najnowszą powieść Allende mogę polecić wyłącznie wiernym fanom jej dzieł. 

Ocena: 3.5 / 6

Recenzje innych powieści Allende:


Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza.

http://muza.com.pl/kryminal/1827-ripper-gra-o-zycie-9788377585856.html?dosiakksiazkowo

17 grudnia 2014

Nierządnica - Iny Lorentz


Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 440

Jak dotąd średniowiecze kojarzyło mi się z czasami, w których bogobojny lud starał się za wszelką cenę żyć w zgodzie z nauką Kościoła. Wszystko, co ludzie czynili, mówili, a nawet myśleli, miało służyć chwale Stwórcy, więc teoretycznie dbano o moralność, wystrzegano się grzechów i powszechnie straszono ogniem piekielnym czekającym na tych, którzy sprzeciwiają się boskim nakazom. Przyznam jednak, że znacznie rzadziej rozmyślałam o tak zwanej drugiej stronie medalu, czyli wpływach, jakie zdobyli księża i zakonnicy latami gromadzący potężne majątki oraz budujący swoją pozycje jedynych słusznych autorytetów. W książce duetu pisarskiego (ukrywającego się pod pseudonimem Iny Lorentz) Ingrid Klocke i Elmara Wohlratha podjęte zostały wątki, takie jak podwójna moralność duchownych, obrzydliwe manipulacje wysoko postawionych panów, a także rodzący się powoli sprzeciw wobec nieograniczonej władzy Kościoła oraz haniebnego postępowania księży. W zasadzie wszystkie wymienione tematy zostały ukazane jako tło opowieści o pewnej kobiecie, która padła ofiarą okrutnej intrygi, ale główny wątek nie mógłby istnieć bez tego doskonale opisanego, idealnie dobranego tła społeczno-politycznego, nadającego powieści dodatkową wartość.

Nierządnica to pierwszy tom cyklu o tym samym tytule, którego bohaterką jest córka zamożnego kupca Mateusza Schärera. Historia rozpoczyna się w momencie przygotowań do ślubu siedemnastoletniej, pięknej i delikatnej jak anioł Marii z synem hrabiego, adwokatem Magistrem Ruppertusem Splendidusem. Dziewczyna nie zna swojego przyszłego małżonka, nigdy nie zamieniła z nim ani jednego słowa, a na dodatek decyzja o jej zamążpójściu była szybka i niespodziewana, więc Maria obawia się czekającej ją przyszłości. Niestety ma ku temu powody, ponieważ w przeddzień ceremonii narzeczony oskarża dziewczynę o nierząd, znajdując fałszywych świadków jej niemoralnego zachowania oraz prezenty, które rzekomo przyjęła w zamian za usługi seksualne. Na początku XV wieku takie oskarżenie to dla kobiety hańba na całe życie. Maria zostaje wtrącona do więzienia, a następnie błyskawicznie osądzona i skazana, co sprawia, że w jednej chwili całe jej życie traci sens. Bohaterka postanawia jednak walczyć do końca i pomimo swojego upadku poprzysięga, że zemści się na wszystkich, którzy przyczynili się do jej tragicznego losu.

Jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki, więc od razu uprzedzam, że tym razem będę głównie chwalić i namawiać do przeczytania. Nie spodziewałam się, że autorzy stworzyli tak intrygującą, trzymającą w napięciu oraz dopracowaną historię, której punktem wyjścia jest skazanie niewinnej dziewczyny za sianie rozpusty i niemoralne postępowanie. Od pierwszych stron zapałałam sympatią do Marii Schärer i z przerażeniem obserwowałam jak wszystko, co dziewczyna zna i kocha zostaje jej po kolei odebrane. Wydawałoby się, że córka bogatego mieszczańskiego kupca nie musi martwić się o swoją przyszłość, ponieważ życie kobiety jej stanu jest z góry zaplanowane. Jednak w przypadku Marii wszystko poszło inaczej niż zazwyczaj, powodując, że ta pogodna i posłuszna ojcu dziewczyna, przeszła przez prawdziwe piekło. Celowo nie piszę o tym, jaką karę wymierzono bohaterce, żeby niepotrzebnie nie zdradzać istotnych szczegółów, ale dla cnotliwej i pobożnej kobiety żyjącej na początku XV wieku, taki wyrok równał się niemal ze skazaniem na śmierć. Ogromną zaletą tej powieści jest wiarygodne ukazanie metamorfozy dziewczyny, która musiała nauczyć się dbać o siebie, stawiać czoła przeciwnościom oraz wykazywać się inteligencją i sprytem, żeby przetrwać w ówczesnej rzeczywistości. 

Opowieść napisana przez Klocke i Wohlratha koncentruje się głównie na ukazaniu trudnego losu kobiet żyjących w epoce późnego średniowiecza. Oprócz całkowitego posłuszeństwa najpierw ojcu, a potem mężowi, kobieta musiała stosować się do szeregu niepisanych reguł, by nie zostać posądzoną o rozwiązłość. Z dzisiejszej perspektywy trudno uwierzyć, że kilka wieków temu poważana dama traciła szacunek towarzystwa z powodu rozmowy z nieznajomym mężczyzną, samotnej wyprawy do miasta lub jeszcze innego, całkiem niewinnego i błahego zdarzenia. Autorzy przybliżają czytelnikom także niewiarygodnie podły los kobiet, których nie szanował absolutnie nikt, ponieważ w społeczeństwie uchodziły za ludzi najgorszej kategorii. Mowa o nierządnicach wypędzanych z miast, pogardzanych i traktowanych gorzej niż zbrodniarze, mimo że wiele z nich to okrutny los zmusił do takiego życia. Najbardziej oburzające jest jednak stosowanie podwójnej moralności, wedle której prostytutka była nikim, a mężczyźni korzystający z jej usług cieszyli się powszechnym szacunkiem nawet, jeśli należeli do stanu duchownego. Poruszenie przez autorów takich wątków sprawia, że powieść charakteryzuje się przemyślanym, wiarygodnym i interesującym tłem społecznym, co w moich oczach przydaje jej wartości.

Warto również wspomnieć, że w książce pojawiają się także postaci historyczne oraz wydarzenia, które w rzeczywistości odegrały znaczącą rolę. Pisarze zgrabnie połączyli fikcyjną opowieść ze zdarzeniami takimi jak Sobór w Konstancji czy śmierć Jana Husa głoszącego konieczność reform w Kościele Katolickim. Wprawdzie wątki te nie są dominujące, niemniej ich przedstawienie również zasługuje na pochwałę ze względu na świetne połączenie z głównym motywem, czyli historią Marii Schärer. Moim zdaniem Nierządnica to jedna z lepszych powieści historycznych jakie czytałam, ale muszę wspomnieć o pewnym, drażniącym mnie nieco elemencie. Uważam, że autorzy trochę zbyt szybko rozwiązali całą intrygę w zakończeniu, powodując, że finał wydał mi się niepasujący do reszty opowieści. Wszystko wyjaśnia się nagle na ostatnich trzydziestu stronach i to w taki sposób, że niektóre wątki sprawiają wrażenie rozwiązanych zbyt pomyślnie, jakby autorzy nie chcieli skrzywdzić żadnej z pozytywnych postaci. Pomimo tego drobnego minusa z pewnością sięgnę po kolejne tomy, żeby znów zachwycać się dopracowaną fabułą, świetnie nakreślonymi bohaterami oraz charakterystyką rzeczywistości sprzed ponad pięciu wieków. 

Ocena: 5 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwania Z półki

 Cykl Nierządnica:

2. Kasztelanka
3. Testament nierządnicy
4. Córka nierządnicy
5. Córy grzechu

12 grudnia 2014

Słoneczna Dolina - Stefan Darda


Wydawnictwo: Videograf II
Liczba stron: 272

Ponad dwa lata temu sięgnęłam po debiutancką powieść Stefana Dardy, ale niestety dość mocno rozczarowałam się historią opisaną w Domu na Wyrębach. Nie podobał mi się styl autora, nie zachwyciła mnie fabuła i przyznam, że zniechęciłam się do twórczości bodaj najpopularniejszego obecnie polskiego pisarza grozy. Mimo tego postanowiłam, że dam Dardzie drugą szansę, ponieważ zewsząd docierały do mnie opinie, że jego książki są warte poznania. Doszłam też do wniosku, że nie powinnam uprzedzać się do całego dorobku literackiego tylko z powodu jednej nieudanej pozycji, więc zdecydowałam, że przeczytam pierwszy tom cyklu Czarny Wygon.

Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów związanych z fabułą, ponieważ uważam, że im mniej potencjalny odbiorca wie przed rozpoczęciem lektury horroru, tym większa szansa, że odczuje silne emocje w trakcie czytania. W związku z tym mogę jedynie napisać, że głównym bohaterem powieści jest dziennikarz Witold Uchmann, który przybył do niewielkiej miejscowości położonej w południowo-wschodniej Polsce, by zebrać materiały do artykułu o paranormalnych zjawiskach mających miejsce w okolicach Roztocza. O całej sprawie powiadomił bohatera tajemniczy informator, obiecujący spotkanie oraz dostarczenie brulionu z ważnymi notatkami, jak tylko dziennikarz pojawi się w Zwierzyńcu. Uchmann skwapliwie skorzystał z propozycji, mając nadzieję na znalezienie tematu pozwalającego wzmocnić swoją pozycję w redakcji i choć na chwilę uwolnić się od utyskiwań szefa. Na miejscu okazało się jednak, że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana i niebezpieczna niż bohater początkowo przypuszczał.

Mam nadzieję, że taki zarys fabuły wystarczy, żeby zaintrygować was tą powieścią. Wprawdzie Słoneczna Dolina nie jest pozbawiona wad, ale wypada znacznie lepiej niż debiutancki Dom na Wyrębach, co dla mnie jest już sygnałem, że najwyższy czas porzucić uprzedzenia do twórczości Dardy i zacząć kompletować pozostałe części cyklu. Poprawa stylu oraz znacznie bardziej urozmaicone słownictwo to pierwsza pozytywna rzecz, jaką zaobserwowałam już po przeczytaniu kilkunastu stron. Ogromnie się cieszę, że pisarz zrezygnował ze szczegółowego wymieniania kolejnych czynności wykonywanych przez bohatera na rzecz naturalnego, dobrze współgrającego z akcją opisu, dopełniającego charakterystykę Uchmanna. Tym samym to, co tak bardzo irytowało mnie w debiucie pana Dardy, zostało wyeliminowane, więc mogłam całkowicie skupić się na historii. Przyznaję również, że autorowi udało się stworzyć atmosferę niepokoju. Może nie jest to groza w najczystszej postaci i czytelnik nie musi posiadać specjalnie mocnych nerwów, żeby dotrwać do końca opowieści, ale w kilku momentach rzeczywiście ciarki przebiegają po plecach. Trudno bowiem o obojętność, gdy główny bohater wybiera się do lasu nawiedzanego przez dziwne istoty lub uczestniczy w wydarzeniach, o których na samą myśl robi się człowiekowi nieprzyjemnie.

Drugim, bardzo dużym plusem Słonecznej Doliny jest świetny pomysł na historię. Przekazany Witoldowi brulion zawiera osobną opowieść, którą czytelnik poznaje wraz z głównym bohaterem. A skoro pojawia się kolejna fabuła, to oczywistym jest, iż na scenę wkroczą również nowe postacie. Oczywiście te dwa wątki tylko pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego, dlatego w pewnym momencie następuje zgrabne połączenie obu historii. Podejrzewam, że odbiorca zaznajomiony z konwencją grozy od razu wychwyci w czym rzecz, a tym samym pewne wydarzenia nie będą dla niego zaskoczeniem, ale wierzcie mi na słowo, to nie wpłynie negatywnie na przyjemność czerpaną z lektury. Śmiem twierdzić, iż będzie wręcz przeciwnie, ponieważ czasami znajomość schematów buduje napięcie, a czytelnik tylko czeka, by potwierdzić swoje przypuszczenia lub też poznać kolejną metodę na udane wykorzystanie znanego w horrorze motywu. Moim zdaniem tak właśnie dzieje się w tej książce. Niby wiedziałam w jaki sposób wątek Uchmanna i historia, którą on czyta, będą ze sobą związane, ale i tak z niecierpliwością czekałam na wyjawienie wszystkich szczegółów oraz nadchodzący moment kulminacyjny. 

Nie obraziłabym się, gdyby powieść budziła nieco więcej przerażenia. Mam świadomość, że poczucie grozy w horrorze, to bardzo zindywidualizowana kwestia i pisarz nigdy nie dogodzi wszystkim czytelnikom, ale Darda potrafi podsycić ciekawość, zbudować napięcie oraz w plastyczny sposób opisać poszczególne wydarzenia, więc aż się prosi, żeby nieco podkręcić pewne elementy. Nie będę jednak jakoś szczególnie marudzić, bo mam nieodparte wrażenie, że Słoneczna Dolina to dopiero rozgrzewka przed znacznie bardziej mroczną drugą częścią cyklu. Mogę się mylić, ale coś mi mówi, że ta książka jest swego rodzaju wstępem, a więcej atrakcji czeka na mnie w tomie Starzyzna. Z pewnością na takie odczucia wpłynęło zakończenie, zawierające porządny cliffhanger. Już nie mogę doczekać się rozwinięcia motywu miejsca zawieszonego pomiędzy światem żywych i umarłych, pogłębionej charakterystyki dziwnych istot pojawiających się na Roztoczu, a także wyjaśnienia, czym jest klątwa zatajenia. Interesują mnie również losy głównych bohaterów, pomimo tego że trudno obdarzyć ich sympatią. Zarówno Uchmann, jak i Rafał Grela wzbudzili we mnie litość i współczucie, ale z pewnością nie polubiłam żadnego z nich. Po raz kolejny nie mogę czegoś wyjaśnić do końca, więc wybaczcie, że nie napiszę, dlaczego oceniam ich zachowanie dość surowo. Najlepiej będzie, jak przeczytacie książkę i wówczas podyskutujemy na temat ich postaw oraz charakterów :)

Jak dotąd głównie chwalę dzieło Stefana Dardy, ale niestety muszę też nieco ponarzekać. Wydaje mi się, że pisarz zbyt szybko pozwolił wszystkim swoim bohaterom uwierzyć w nadprzyrodzone, niewytłumaczalne zjawiska i wydarzenia, o których usłyszeli. Zabrakło mi momentu, w którym protagoniści zakwestionowaliby informacje niemające nic wspólnego z racjonalnym postrzeganiem rzeczywistości lub chociaż wyrazili jakieś większe zdziwienie. U Dardy postaci nie wpadają w panikę na wieść, iż trafili w czasoprzestrzenną pętlę bez wyjścia, nie są wystarczającą przerażeni widokiem ni to zjaw, ni demonów i ogólnie wykazują nadspodziewaną tolerancję dla wszelkich tego typu zjawisk. Moim zdaniem taka postawa jest mało wiarygodna, a na dodatek nie buduje nastroju grozy, ponieważ czytelnik nie odczuwa przerażenia, jeśli teoretycznie straszne rzeczy nie robią na postaciach większego wrażenia. Jednak pomimo tego Słoneczną Dolinę przeczytałam z dużym zainteresowaniem i wreszcie zaczynam dostrzegać potencjał w twórczości autora. Jeśli jeszcze nie znacie pierwszej części cyklu Czarny Wygon, polecam. 

Ocena: 4.5 / 6

Cykl Czarny Wygon:

 2. Starzyzna
3. Bisy
4. Bisy II


Książka przeczytana w ramach wyzwania Z półki.

7 grudnia 2014

Przepis na miłość - Katie Fforde


Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 424

Często lektury dobieram spontanicznie, pod wpływem emocji decydując, że chcę daną książkę przeczytać. Jak już wybrany egzemplarz do mnie trafi, to czasami zastanawiam się, co ja sobie myślałam, zamawiając powieść należącą do mało lubianego gatunku albo zbierającą raczej negatywne recenzje. Przyznam, iż po otrzymaniu przesyłki z dziełem Katie Fforde, zaczęłam się bać, że skazałam się na kilka dni czytania z przymusu oraz konieczność napisania opinii, w której po raz kolejny będę głównie wytykać błędy i marudzić na irytujące mnie fragmenty. Moje obawy wynikały z tego, że po pierwsze, Przepis na miłość jest historią ukazującą perypetie miłosne głównej bohaterki, a po drugie, równie ważnym elementem tej opowieści jest wątek kulinarny, który zazwyczaj śmiertelnie mnie nudzi. Jakby tego było mało, z okładki dowiedziałam się, że pani Fforde jest przewodniczącą Stowarzyszenia Autorów Romansów, a na koncie ma już ponad dwadzieścia napisanych książek, co skutecznie zabiło moją nadzieję na to, iż aspekt miłosny nie zdominuje tego dzieła. Ale cóż, decyzję podjęłam już wcześniej, więc nie pozostało mi nic innego jak wziąć przysłowiowego byka za rogi i zabrać się za czytanie.

Zaczęłam lekturę dość ostrożnie, bo założyłam, że na początek przeczytam zaledwie kilkanaście stron, żeby wybadać sytuację i dowiedzieć się, czego mniej więcej mogę się spodziewać. Zanim się zorientowałam, dobrnęłam do siedemdziesiątej strony, a z kwadransa poświęconego na czytanie zrobiło się co najmniej czterdzieści minut. To był pierwszy zwiastun mojego ogromnego, ale pozytywnego zaskoczenia wynikający z faktu, iż (wbrew przewidywaniom) książka po prostu mi się podobała. Nawet nie wiem kiedy zainteresowała mnie ta dość nieskomplikowana, typowo rozrywkowa historia, w której główną bohaterką jest uczestniczka konkursu kulinarnego. Zoe Harper nie tylko kocha gotować, ale przede wszystkim potrafi to robić, więc czytelnik poznaje ją w chwili przyjazdu do uroczego gospodarstwa Somerby, gdzie odbędzie się telewizyjne show poświęcone jedzeniu. Zoe zależy na wygranej, ponieważ marzy o otwarciu własnych delikatesów, a niestety bez pieniędzy pochodzących z nagrody nie będzie jej na to stać. Kobieta radzi sobie w konkursie naprawdę świetnie, jednak niespodziewane uczucie do jednego z sędziów może pogrzebać jej szansę na zwycięstwo. Przystojny krytyk kulinarny Gideon Irving zupełnie zawrócił Zoe w głowie, sprawiając, że dziewczyna musi zdecydować, co jest dla niej naprawdę ważne.

Sekretem sukcesu Przepisu na miłość jest talent autorki do zgrabnego łączenia kilku wątków tak, by odbiorca nie zdążył poczuć przesytu żadnym z nich. Spodziewałam się, że ta powieść będzie traktować o miłości i gotowaniu, i w dużej mierze tak właśnie jest, ale Katie Fforde dodała też kilka innych, ciekawych motywów, jak na przykład zabawną charakterystykę pewnych apodyktycznych staruszków czy opis pełnej serdeczności relacji pomiędzy Zoe a właścicielami Somerby. Dzięki tym zabiegom historia została urozmaicona, a ja nie musiałam koncentrować się jedynie na miłosnych podbojach protagonistki. Muszę też przyznać, że jeśli chodzi o wątek romantyczny, to pisarka również wykazała się zaskakującą powściągliwością, która mnie bardzo przypadła do gustu. Katie Fforde nie raczy czytelnika opisem nieustających zachwytów Zoe nad Gideonem czy też scenami schadzek roznamiętnionych kochanków. Zamiast tego przez większą część powieści odbiorca obserwuje zmagania głównej bohaterki z zadaniami konkursowymi oraz potyczki z wredną współlokatorką, a wszelkie perturbacje miłosne Zoe zostają nieco usunięte w cień. Oczywiście Przepis na miłość jest romansem, więc ostatecznie to właśnie kwestia uczuć Zoe do pewnego sędziego jest najważniejsza, ale autorce udało się wszystko zgrabnie połączyć i wyważyć tak, by fabuła nie opowiadała wyłącznie o tym, że bohaterka wodzi maślanymi oczami za mężczyzną, a następnie przez kilkanaście stron roztrząsa każde ich spotkanie.

Podobne obserwacje mogę odnieść do wątku kulinarnego, który przerażał mnie jeszcze bardziej niż romantyczny, ponieważ oczami wyobraźni już widziałam jak meczę się, pokonując kolejne kartki poświęcone charakterystyce potraw i temu, co czuje postać je konsumująca. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Owszem, Fforde pisze o jedzeniu, ale również bez zbędnego rozdrabniania się i uszczegółowiania. Kiedy główna bohaterka obmyśla menu, stresuje się werdyktem jury czy po prostu gotuje, to wszystko przebiega dynamicznie i emocjonująco. Nie ma mowy o dłużyznach, ale nie obawiajcie się, że pisarka potraktowała po macoszemu którykolwiek z motywów, bo w tym przypadku zwięzłość i szybki rozwój wydarzeń wyszły historii na dobre. Uważam, że Przepis na miłość to dobrze napisana książka, bo nie brak autorce ani pomysłowości, ani zdolności w wiarygodnym przedstawianiu konkretnych zdarzeń. Nie mogę także narzekać na styl, jakim posługuje się Fforde. Nie wyłapałam żadnych niezręcznych czy infantylnych sformułowań. Jako literatura rozrywkowa powieść wypada naprawdę nieźle. 

Gdyby nie jedna rzecz, z pewnością odebrałabym tę historię jeszcze bardziej pozytywnie. Niestety mam pewne zastrzeżenia, co do kreacji głównej bohaterki. Czasami Zoe zamienia się w potulną, niemal ubezwłasnowolnioną słabą kobietkę, która musi podporządkować się obiektowi swoich westchnień. Szkoda, że dziewczyna dość często jawi się jako bohaterka mówiąca „nie”, ale myśląca „tak”, co przyczynia się do tego, iż w niektórych sytuacjach jest traktowana dość obcesowo i niegrzecznie. Nie podobało mi się to, że Zoe pozwala sobą dyrygować, usprawiedliwiając swoje postępowanie chęcią niesienia pomocy innym. Zdaję sobie sprawę, że takie zachowanie głównej bohaterki to część konwencji, w jakiej utrzymane są romanse, ale mimo wszystko szkoda, że autorka nie obdarzyła Zoe większą stanowczością. Jednak, biorąc pod uwagę całokształt, muszę przyznać, że Przepis na miłość czytałam z przyjemnością i zainteresowaniem. Polecam tę książkę wszystkim szukającym lekkiej, optymistycznej historii o miłości. 

Ocena: 4.5 / 6

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater

3 grudnia 2014

Żywe trupy tom V i VI


Studio: Sound Tropez
Długość nagrania: 2 godz. 40 min.

Audiobooki mogłyby dla mnie nie istnieć. Kilka razy próbowałam przekonać się do słuchania książek, ale nie osiągnęłam na tym polu sukcesu. Zazwyczaj drażnił mnie głos lektora albo intonacja, z jaką czyta. Ponadto okazało się, że nie umiem skupić się na opowieści, kiedy nie mogę śledzić tekstu, więc zabieranie się za nagrania lektur postanowiłam sobie darować raz na zawsze. Jednak w zeszłym roku przekonałam się, że jeśli nagranie nie jest audiobookiem, ale słuchowiskiem, w którym świetni aktorzy wcielają się w poszczególnych bohaterów, to również ja potrafię czerpać przyjemność ze słuchania historii. Dzisiaj nie wyobrażam sobie, żeby codziennej jazdy samochodem nie umilało mi jakieś słuchowisko, dlatego mam nadzieję, że i Was przekonam do utworów tego rodzaju. Spośród wszystkich znanych mi tytułów najbardziej polubiłam serię Żywe trupy, będącą dźwiękową adaptacją komiksu o tym samym tytule. W momencie, gdy studio Sound Tropez wypuściło na rynek płytę z pierwszym i drugim tomem, trudno było przewidzieć, czy pomysł spotka się z zainteresowaniem odbiorców. Na szczęście fani The Walking Dead docenili polski wkład w rozbudowę systemu rozrywkowego i obecnie możemy cieszyć się adaptacją kolejnych części komiksowej opowieści o zombie apokalipsie.

Na premierę tomu piątego i szóstego czekałam z ogromną niecierpliwością, ponieważ to właśnie w tej części pojawia się przerażający, szalony, owładnięty pragnieniem władzy i sprawowania kontroli nad innymi Gubernator. Byłam bardzo ciekawa, jak w słuchowisku zostanie ta postać wprowadzona, kto będzie wcielał się w rolę psychopatycznego, samozwańczego zarządcy Woodbury oraz czy twórcom uda się oddać napięcie wynikające z konfliktu pomiędzy grupą Ricka Grimesa a Gubernatorem. Wcześniejsze słuchowiska z tego cyklu charakteryzowały się świetnym doborem aktorów, którzy idealnie pasują do wybranych postaci, więc miałam nadzieję, że i tym razem będzie podobnie. Na szczęście tak właśnie się stało, ponieważ obsada pozostała bez zmian, a do roli Gubernatora zaangażowano Janusza Chabiora, który moim zdaniem po prostu skradł całe słuchowisko dla siebie. Szaleństwo, brutalność, bezwzględność – wszystkie te cechy bohatera uwypuklają się ilekroć tylko Chabior zabiera głos. Jak dotąd uważałam, że serialowy odtwórca tego czarnego charakteru doskonale pasuje do roli i nie potrafiłam sobie wyobrazić nikogo innego na jego miejscu, jednak teraz jestem pewna, że polski Gubernator jest nawet bardziej przerażający, ponieważ samym tylko głosem sprawia, że słuchaczowi ciarki chodzą po plecach. Oczywiście reszta ekipy również świetnie sobie radzi. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek mógł zastąpić Jacka Rozenka jako Ricka, Sonię Bohosiewicz wcielającą się w postać Michonne czy Krzysztofa Banaszyka, który jako narrator również ma trudne zadanie do wykonania, zwłaszcza opisując dynamiczne sceny z komiksu.

Żywe Trupy tom piąty i szósty to słuchowisko w niczym nieustępujące poprzednim nagraniom. Twórcy nie tylko idealnie dobrali aktorów, ale także postarali się o to, żeby opowieść została wzbogacona o dźwięki dynamizujące akcję i sprawiające, że w jednej chwili odbiorca znajduje się w samym centrum wydarzeń. Raz spokojna i melancholijna, a zaraz żywa i budująca napięcie muzyka oraz wszelkie inne dźwięki, takie jak odgłos kroków rozbrzmiewających w pustym pomieszczeniu, hałas rozbijanej szyby czy głuchy łoskot upadającego ciała, to prawdziwy majstersztyk w wykonaniu Sound Tropez. Ogromne wrażenie robią również wszelkie pojękiwania i warknięcia wydawane przez zombiaki. Jedyna rzecz, która przeszkadza mi w udźwiękowieniu całej serii słuchowisk, to piosenki wybierane na zakończenie niektórych zeszytów. Moim zdaniem nie pasują do atmosfery tej historii, a poza tym od początku nie mogę pozbyć się wrażenia, że sama muzyka w zupełności wystarczyłaby do zbudowania odpowiedniego nastroju, więc piosenki są wciśnięte nieco na siłę.

Nie uważam, żeby streszczanie fabuły tej części było potrzebne, ale mogę zdradzić, że słuchowisko obfituje w mroczne i drastyczne sceny. Wprawdzie już sam fakt, iż wszystko dzieje się podczas zombie apokalipsy oznacza, że to opowieść dla odbiorców o mocnych nerwach, ale tom piąty i szósty bazuje nie tyle na strachu wywoływanym starciami z nieumarłymi, co na ukazaniu okrucieństwa człowieka, który w obliczu końca świata zmienia się w prawdziwą bestię. Gwałt, tortury, przekleństwa, walki na śmierć i życie to tylko niektóre z elementów sprawiających, że historia robi się brutalna i prawdziwie dramatyczna. Nie obawiajcie się, że przemoc została dodana niepotrzebnie, bo wszystko ma swój kontekst, a każde działanie bohaterów wynika z określonych motywacji. Gorąco polecam najnowsze słuchowisko o żywych trupach, ponieważ jest czymś więcej niż przeniesieniem komiksowej historii do innego medium. Studio Sound Tropez stworzyło kolejny, świetny element rozwijający cały system rozrywkowy, który z pewnością spodoba się zarówno fanom komiksowej, jak i serialowej wersji przygód szeryfa Ricka Grimesa. 

Ocena: 9,5 / 10

 Posłuchajcie głosu Gubernatora:

video


Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości studia Sound Tropez.

http://www.soundtropez.pl/


26 listopada 2014

Naucz ich, jak mają Cię traktować - Bartłomiej Stolarczyk


Wydawnictwo: Helion
Liczba stron: 248

Nie lubię moralizatorstwa i wciskania mi na siłę cudzych poglądów, a właśnie z tym kojarzę wszelkie poradniki, które mają nakłonić czytelnika do zmiany diety, stylu ubierania, sposobów podtrzymywania relacji z najbliższymi itd. Tego typu rady raczej mnie nie interesują, dlatego słynne poradniki mające uczyć jak powinno się w dzisiejszym świecie funkcjonować, omijam z daleka. Jeśli macie w tej kwestii podobne odczucia to śpieszę donieść, że książka Bartłomieja Stolarczyka poradnikiem na szczęście nie jest. Autor nie wmawia swoim czytelnikom, że coś robią źle, żyją nie tak jak powinni i w ogóle nie pasują do pędzącego świata, ale zamiast tego podpowiada, co mogą zrobić, żeby pewne sytuacje stały się mniej kłopotliwe i krępujące. Według autora publikacji zachowanie asertywnej postawy ułatwia radzenie sobie zarówno z codziennymi sprawami jak i nieprzewidzianymi zdarzeniami, które często zupełnie wytrącają ludzi z równowagi. Przyznam, że początkowo dość nieufnie podchodziłam do tej książki, ale szybko przekonałam się, że Stolarczyk wie, co mówi. 

Asertywność zawsze kojarzyła mi się z umiejętnością odmawiania, gdy ktoś próbuje wymusić spełnienie prośby, wykonanie jakiegoś zadania itd. Okazuje się jednak, że zachowywanie postawy asertywnej to coś znacznie więcej niż tylko jasne postawienie granic i powiedzenie „nie”, kiedy ktoś usiłuje narzucić własną wolę. Zaskoczyło mnie to, że Stolarczyk do zachowań asertywnych włącza między innymi przyjmowanie komplementów niemające nic wspólnego z fałszywą skromnością i chęcią „wyłudzenia” jeszcze kilku dodatkowych miłych słów, a także zmianę sposobu myślenia o swoich wadach tak, by nie biczować się nieustannie i przeżywać, że jest się takim i owakim, ale precyzyjnie określić swoje zachowanie w danej sytuacji, a potem wyciągnąć z tego wnioski na przyszłość. Oczywiście w skład tego, co autor określa jako „postawę asertywną” wchodzi znacznie więcej elementów, ale do tego musicie dotrzeć już samodzielnie. Naturalnie informacje jak skutecznie, a przy tym kulturalnie odmawiać również w tej publikacji się pojawiają, niemniej Bartłomiej Stolarczyk zawarł także szereg innych, cennych porad związanych z asertywnością.

Sądzę, że każdy znajdzie w tej publikacji coś użytecznego i pomocnego, co będzie mógł później wykorzystać w praktyce. W książce opisano bowiem metody radzenia sobie z różnymi delikatnymi sprawami zarówno w pracy jak i w domu. Autor pokazuje jak powinno się negocjować z szefem w kwestii otrzymania podwyżki, jak reagować na różne prośby współpracowników, jak radzić sobie z trudnymi, agresywnymi klientami (zwłaszcza, gdy ktoś pracuje w infolinii i znacznie częściej jest narażony na wysłuchiwanie negatywnych komentarzy, narzekań, a nawet obelg) oraz, co mówić, gdy ktoś uparcie ignoruje naszą asertywną postawę i wciąż próbuje nas zdominować. Jak już wspomniałam autor koncentruje się także na przekazaniu wiedzy o asertywnym zachowaniu w stosunku do członków rodziny oraz przyjaciół. Podoba mi się także to, że Bartłomiej Stolarczyk nie ukrywa, że działania asertywne nie będą skuteczne absolutnie zawsze i podpowiada, co robić, kiedy ktoś zachowuje się zupełnie inaczej niż teoretycznie powinien.

Autor tej publikacji ma dość specyficzny styl, ponieważ do tekstu wplótł mnóstwo anegdot oraz tzw. sytuacji z życia wziętych, co moim zdaniem ubarwia przekaż, chociaż potrafię sobie wyobrazić, że dla kogoś będzie to raczej wprowadzanie chaosu niż jakiekolwiek urozmaicenie. Niemniej Stolarczyk nie sili się na naukowy język, ale lekko i z humorem podchodzi do większości przekazywanych wiadomości. Czasami miałam tylko wrażenie, że autor trochę zapędza się w tych przykładach „z życia” przekonując, że pewne tragiczne wydarzenia jak np. katastrofa lotnicza sprzed lat, zostały spowodowane brakiem asertywności ze strony pracowników czy szefów firm. Moim zdaniem takie wstawki są niepotrzebne skoro cała publikacja opiera się na radzeniu sobie ze zwykłymi, codziennymi sytuacjami. Mimo tej uwagi, polecam książkę Naucz ich, jak mają Cię traktować każdemu, kto czuje, że w pewnych sytuacjach nie wie jak się zachować, co powiedzieć oraz jak zareagować, gdy ktoś usiłuje coś wymusić. 

Ocena: 4,5 / 6

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.


23 listopada 2014

30 dni z książką - dzień 7

7. Książka, która cię rozśmiesza


Przeczytałam kilka książek promowanych jako lekkie, przyjemne i rozśmieszające do łez, ale nie potrafię wskazać takiej, która rzeczywiście spełnia te kryteria. Nie wiem czy problem tkwi w moich oczekiwaniach, czy może w specjalistach od marketingu przyklejających poszczególnym lekturom etykiety, ale prawda jest taka, że nie trafiłam jeszcze na książkę, którą z czystym sumieniem mogłabym nazwać zabawną i poprawiającą humor. Nie przepadam za twórczością Joanny Chmielewskiej, więc nie trafiają do mnie jej kryminały na wesoło zawierające te wszystkie szalone perypetie bohaterów oraz niespotykane zbiegi okoliczności. Irytują mnie także powieści mające łatkę "zabawnej historii dla kobiet", dlatego że w większości takich dzieł bohaterki zachowują się infantylnie i kompletnie nieracjonalnie, co w moich oczach je po prostu kompromituje, więc zamiast poprawy humoru czuję tylko irytację.

Zastanawiając się nad zagadnieniem z wyzwania, doszłam do wniosku, że znacznie bardziej lubię kiedy książki należące do innych gatunków zawierają elementy humorystyczne, które nie dominują, ale pozwalają na złapanie oddechu oraz nabranie lekkiego dystansu do mrocznego wydźwięku opowieści. Tego rodzaju komizm znajduję w twórczości Yrsy, potrafiącej rozbawić mnie opisem domowych perypetii głównej bohaterki oraz rozmowami prowadzonymi przez najbliższych Thory. Również świetnie pamiętam błyskotliwe fragmenty z Domofonu Zygmunta Miłoszewskiego. Powieść jest horrorem i to świetnym, więc przez większą część akcji w napięciu czekałam na to, co zdarzy się dalej, ale czasami śmiałam się na głos śledząc niektóre dialogi nasycone ciętymi ripostami oraz czytając opisy pełne czarnego, cynicznego humoru. Jednak chyba nie o taki rodzaj rozśmieszania chodzi w haśle na dziś, więc mimo wszystko muszę wybrać jakąś inną książkę. Zdecydowałam, że wskażę dzieło pt. Awantura na moście. Komedyja wieków minionych, mimo że nie jest to lektura, którą mogę uznać za szczególnie zabawną czy interesującą. Marcin Hybel postanowił połączyć średniowieczne realia ze współczesnymi zachowaniami, co czasami jest komiczne, a czasami sztuczne. Kilka razy uśmiechnęłam się pod nosem, ale to wszystko, więc na tę naprawdę zabawną książkę wciąż czekam. Jeśli macie swoje ulubione, sprawdzone, rozśmieszające tytuły, podzielcie się nimi komentarzach, a nuż i mnie wreszcie coś rozbawi do łez :)



17 listopada 2014

Beznadziejna sprawa - Mark Gimenez


Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 496

Wszystko wskazuje na to, że wreszcie przełamałam złą passę w doborze książek, ponieważ pierwszy raz od kilku tygodni mogę napisać, że ostatnio przeczytana powieść przypadła mi do gustu. Pokonanie czytelniczego kryzysu zawdzięczam Markowi Gimenezowi, który wprowadził mnie w świat zawładnięty przez skorumpowanego policjanta, pazernego potentata gazowego, nieprzebierającą w środkach ekolożkę, ekscentrycznego profesora prawa oraz grupę artystów oczekujących aż jakiś łowca talentów zwróci na nich uwagę. Na dodatek cała opowieść rozgrywa się w niewielkim teksańskim miasteczku, w którym nieustannie dochodzi do konfliktów na tle rasowym, płciowym lub światopoglądowym, co sprawia, że historia staje się jeszcze bardziej emocjonująca, skomplikowana i niejednoznaczna.

Głównym bohaterem powieści jest profesor John Bookman (dla przyjaciół po prostu Book) wykładający prawo konstytucyjne na Uniwersytecie Teksańskim. Mężczyzna słynie z niekonwencjonalnego podejścia do swoich obowiązków, a tym samym stanowi zaprzeczenie statecznego wykładowcy akademickiego. Book ma także w zwyczaju angażowanie się w sprawy teoretycznie beznadziejnie, od razu odrzucane przez każdego rozsądnego prawnika. Jego najnowszym zadaniem jest odkrycie prawdy o śmierci swojego byłego stażysty Nathana Jonesa. W tym celu bohater wyrusza do Marfy, będącej mieściną pełną kontrastów, absurdów oraz wspomnianych już konfliktów, by zbadać czy Nathan zginął w wyniku nieszczęśliwego wypadku, czy może nadepnął komuś ważnemu na odcisk i został brutalnie uciszony.

Mimo mojej ogromnej sympatii do kryminałów i thrillerów zazwyczaj unikam tych zawierających rozbudowany wątek prawniczy. Rozwlekłe opisy rozpraw sądowych oraz ciągnące się utarczki słowne przedstawicieli dwóch skonfliktowanych stron raczej nie wzbudzają mojego entuzjazmu. Jednak autor Beznadziejnej sprawy udowodnił, że akcja thrillera prawniczego nie musi rozgrywać się według tego samego schematu i co najważniejsze – może obyć się bez żmudnego opisywania kolejnych etapów procesu. W książce Gimeneza nie ma ani jednej sceny w sądzie, nie występuje także jawny podział na oskarżyciela i adwokata, ale mimo tego prawo (zwłaszcza konstytucyjne) jest wciąż obecne poprzez wątki związane z prowadzonym śledztwem oraz fenomenalne fragmenty ukazujące Bookmana w trakcie dyskusji ze studentami. Nie mam pojęcia o amerykańskim prawodawstwie, głośnych precedensach czy też wszelkich lukach i niedopowiedzeniach umożliwiających legalne dokonywanie przeróżnych przekrętów, ale przedstawione przez Gimeneza niebezpieczeństwa wynikające z wprowadzania do amerykańskiej konstytucji coraz to nowych zapisów, naprawdę mną wstrząsnęły. Przytoczone przez pisarza przypadki jasno pokazują jak Stany Zjednoczone krok po kroku sprzedają wolność swoich obywateli korporacjom, zgadzając się na to, aby firma z ogromnym kapitałem mogła poszczycić się posiadaniem większych praw niż zwykły obywatel. Ktoś może powiedzieć, że nie ma sensu się tym przejmować skoro to przecież dotyczy Amerykanów, a nie nas, ale uważam, że to marne pocieszenie, bo zapewne i w Europie jest podobnie, tylko mało kto zdaje sobie z tego sprawę.

Na początku wydaje się, że dyskusje protagonisty ze studentami nie mają związku z dalszą częścią historii, ale w zakończeniu okazuje się, że wszystko się ze sobą świetnie łączy. Mark Gimenez wplótł do fikcyjnej opowieści kilka jak najbardziej rzeczywistych i realnych problemów. Zastanawialiście się kiedyś czy wydobycie gazu łupkowego może negatywnie wpłynąć na środowisko? A może rozmyślaliście na temat wyczerpujących się paliw kopalnych i tego jak zmieniłoby się nasze życie, gdyby nagle zabrakło gazu, ropy, węgla? Jeśli nie, to jestem przekonana, że po lekturze tej książki zaczniecie te kwestie rozważać. Oczywiście Beznadziejna sprawa to nie tylko opowieść o wielkich korporacjach i dokonywanych przez nich oszustwach, ponieważ równie ważnym wątkiem jest śmierć młodego mężczyzny. Bookman wraz ze swoją stażystką Nadine nie prowadzą typowego śledztwa, ale rozmawiają z mieszkańcami Marfy, zasypują pytaniami osoby mogące skorzystać na śmierci Nathana i analizują wszystko, co się dokoła nich dzieje. Akcja nie rozwija się w szaleńczym tempie, ale w tym przypadku to dobrze, ponieważ razem z bohaterami krok po kroku przybliżałam się do odkrycia prawdy, zastanawiając się nieustannie, kto kłamie, a kto mówi prawdę. Autorowi udało się zaskoczyć mnie w kilku miejscach, co naturalnie uważam za duży plus tej książki.

Amerykański pisarz w ciekawy sposób sportretował mieszkańców miasteczka, zwracając uwagę na problemy pojawiające się w momencie, gdy niewielka społeczność składa się z ludzi różniących się niemal pod każdym względem. Marfa to specyficzne miejsce pełne kontrastów, ponieważ właśnie tam jednocześnie można spotkać artystów marzących o zaistnieniu jako twórcy sztuki współczesnej, jak i konserwatywnych, twardych ranczerów gardzących tymi, którzy nie hodują bydła lub nie pracują przy wydobyciu gazu. Na dodatek do głosu dochodzi brak tolerancji dla homoseksualistów, Latynosów oraz wszystkich w jakiś sposób wyróżniających się z tłumu, co sprawia, że Marfa jawi się jako tykająca bomba zegarowa, którą dla własnego bezpieczeństwa lepiej omijać. Jednak Bookmanowi nie straszne małomiasteczkowe uprzedzenia, dlatego uparcie dąży do poznania prawdy. Autorowi Beznadziejnej sprawy udało się wykreować głównego bohatera na postać ciekawą i zapadającą w pamięć. Nieco ekscentryczny profesor prawa zaskarbił sobie moje uznanie swoją bezkompromisowością i determinacją. Zresztą każda postać pojawiająca się w tej powieści posiada zestaw niepowtarzalnych cech charakteru, co świadczy o tym, że Gimenez dokładnie przemyślał i dopracował niemal każdy aspekt swojej historii.

Jedyne zastrzeżenie mam do zbyt spektakularnego finału, który trochę kłóci się z wcześniejszym spokojnym rytmem rozwoju akcji. Zakończenie czytało mi się wspaniale, ale nie mogłam pozbyć się wrażenia, że pewne zdarzenia są niestety mało prawdopodobne, żeby nie powiedzieć zupełnie niewiarygodne. Szkoda, że końcówka trąci już hollywoodzkimi filmami akcji, ale niestety to przypadłość wielu thrillerów. Jednak w ogólnym rozrachunku Beznadziejna sprawa wypada dobrze głównie za sprawą rewelacyjnie scharakteryzowanych bohaterów oraz obecności wielu wątków mających ścisły związek z rzeczywistością i aktualnymi realiami. Intryga związana ze śmiercią Nathana Jonesa również nie rozczarowuje, więc uważam, że spokojnie możecie tej książce poświęcić kilka godzin wolnego czasu. 

Ocena: 4,5 / 6

Cykl John Bookman


Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.

11 listopada 2014

Zaginięcie Ethana Cartera


Producent: The Astronauts
Wydawca: CD Projekt oraz Nordic Games Publishing
Gatunek: gra przygodowa, FPP
Data premiery: 24 września 2014


Stworzenie dobrej historii kryminalnej nie należy do łatwych zadań. Trzeba wymyślić emocjonującą i odpowiednio skomplikowaną intrygę; wykreować zapadających w pamięć bohaterów; zbudować odpowiednie tempo akcji, a także umiejętnie pokierować uwagą odbiorcy tak, by jednocześnie umożliwić mu samodzielne dojście do pewnych wniosków, ale też zaskoczyć w kulminacyjnym momencie. A jeśli na dodatek historia ta ma zostać przedstawiona w grze komputerowej, to robi się jeszcze trudniej, ponieważ interaktywne medium pozwala odbiorcy realnie wpływać na fikcyjny świat, co dla twórców oznacza szereg nowych wyzwań. Oczywiście istnieje kilka całkiem udanych produkcji, które ze względu na warstwę tematyczną można nazwać kryminałami, jednak takich tytułów jest wciąż stosunkowo niewiele. Na szczęście amatorzy gier zawierających wątek detektywistyczny od niedawna mogą cieszyć się doskonałą, dopracowaną w każdym szczególe produkcją przygotowaną przez studio The Astronauts.


 Tak pięknych widoków znajdziecie w tej grze wiele.

 Zaginięcie Ethana Cartera nie jest jednak grą, która można określić wyłącznie jako przygodówkę z wątkiem kryminalnym, ponieważ twórcy postarali się, by ich dzieło wyróżniało się na tle innych produkcji i pozostawało w pamięci graczy na dłużej. Głównym bohaterem jest posiadający nadprzyrodzone zdolności detektyw Paul Prospero. Mężczyzna potrafi zrekonstruować przebieg zdarzeń na podstawie przedmiotów znalezionych na miejscu zbrodni oraz swego rodzaju wizji umożliwiających mu wgląd w przeszłość. Detektyw przybywa do Red Creek Valley, by rozwikłać zagadkę zaginięcia kilkuletniego Ethana Cartera. Prospero ma świadomość, że jego misja będzie trudna i niebezpieczna, ponieważ już chwilę po przyjeździe na miejsce odczuwa niepokojącą, wrogą siłę, która najprawdopodobniej ma wiele wspólnego z zaginięciem chłopca. Jego potwierdzenia przypuszczają się, gdy znajduje pierwsze ciało i doświadcza retrospekcji wyjaśniającej okoliczności przestępstwa. 


 Kluczem do uruchomienia wizji jest odnalezienie wszystkich niezbędnych przedmiotów.


Wcielając się w postać detektywa gracz ma spore pole do popisu, ponieważ musi wykazać się spostrzegawczością, żeby odkryć nie tyle samo miejsce zbrodni, co wszystkie elementy niezbędne do uruchomienia wizji i odtworzenia rzeczywistego przebiegu zdarzeń. Gra nie prowadzi odbiorcy za rękę, więc na początku można poczuć się nieco zagubionym i zdezorientowanym. Przyznam, że przez pewien czas sama nie do końca wiedziałam, co powinnam zrobić, dokąd pójść i na co zwrócić uwagę dopóki metodą prób i błędów nie odkryłam w jaki sposób powinnam prowadzić to nietypowe śledztwo. Nie należę do cierpliwych osób, więc przez to gra nie zachwyciła mnie od samego początku i właściwie po pierwszych kilkunastu minutach byłam nieco zirytowana. Na szczęście dałam temu tytułowi drugą szansę i namawiam do tego wszystkich, którzy na początku odczuwają lekki chaos. Naprawdę warto, bo Zaginięcie Ethana Cartera to wyjątkowa gra łącząca w sobie detektywistyczną zagadkę, mroczną i niepokojącą atmosferę, ikonografię horroru oraz zachwycające lokacje wygenerowane na podstawie prawdziwych obiektów znajdujących się w południowej części Polski.


 Cisza i spokój panują niemal we wszystkich odwiedzanych miejscach. Jest w tym coś niepokojącego.


Twórcy z The Astronauts przygotowali dla graczy ciekawą opowieść, której kolejne fragmenty należy stopniowo odsłaniać i układać w spójną całość, co sprawia, że w zasadzie niezbyt skomplikowana historia jest w stanie dostarczyć wielu emocji. Gdy początkowa dezorientacja ustąpiła miejsca ciekawości, a poczucie zagubienia zmieniło się w naglącą potrzebę poznania losów Ethana, dałam się porwać rozgrywce bez reszty. Bardzo podobał mi się schemat działania obowiązujący w każdym miejscu zbrodni, ponieważ zmusza gracza do dokładnego przeszukania okolicy, zastanowienia się nad przyczyną śmierci danego bohatera, umieszczenia znalezionych przedmiotów w odpowiednim miejscu oraz odgadnięcia chronologii przebiegu poszczególnych zdarzeń. Sposób w jaki przedstawiane są retrospekcje tworzy aurę niesamowitości, a tym samym wzbudza niepokój i wrażenie, że jakaś nadprzyrodzona istota obserwuje wszystkie poczynania detektywa Prospero, a może nawet utrudnia odkrycie prawdy. Zaginięcie Ethana Cartera charakteryzuje się także praktycznie brakiem interfejsu typowego dla gier przygodowych. W trakcie rozgrywki nie znajdziecie żadnej informacji na temat stanu zdrowia bohatera czy ilości znalezionych artefaktów. Również nie będziecie mogli ponownie przeczytać zgromadzonych notatek czy wycinków z gazet. Moim zdaniem taki zabieg połączony z pierwszoosobową perspektywą sprawia, że wrażenie obecności w świecie gry jest niezwykle silne. 


Przed obejrzeniem retrospekcji należy wskazać chronologię wydarzeń.


Integralną częścią tej gry są także wszelkie zagadki i łamigłówki. Nie uważam, żeby były specjalnie wymagające, na szczęście do banalności też im daleko. Oprócz opisanej już konieczności znalezienia pewnych przedmiotów i ustalenia chronologii wydarzeń, gracz musi także zapamiętać układ pomieszczeń w pewnym domu, uruchomić kilka mechanizmów dzięki właściwym kombinacjom, a także odwiedzić opuszczoną kopalnię i zbadać porzucone w niej zwłoki. Tę sekwencję uważam za świetny ukłon w stronę horroru. Wprawdzie zwiedzanie kopalni nie trwa długo, ale zapewnia solidną dawkę mocnych wrażeń. Na uwagę zasługuje także piękno świata, po którym użytkownik musi się poruszać. Wspomniałam już, że prawie wszystkie charakterystyczne obiekty istnieją naprawdę, a swoją obecność w grze zawdzięczają użyciu techniki nazywanej fotogrametrią. W dużym uproszczeniu taki zabieg polega na fotografowaniu otoczenia z wielu stron i pod różnymi kątami, a następnie przekształcaniu go w trójwymiarowe modele oraz umieszczaniu w środowisku gry. Moim zdaniem to był strzał w dziesiątkę, ponieważ wszystko w tej produkcji wygląda naturalnie. Gęsty las, most, budynki, tama, rzeka, góry – każdy z tych elementów zachwyca i sprawia, że ma się ochotę przebywać w tych miejscach bez końca. 


 Jednym z trudniejszych zadań jest wskazanie właściwego rozmieszczenia pomieszczeń w opuszczonym domu.


Przed premierą Zaginięcia Ethana Cartera dużo mówiło się o otwartym świecie gry. Nie mogę zaprzeczyć, że twórcy zaoferowali odbiorcom rozległe lokacje, po których można dość długo spacerować, chłonąć śliczne widoki i zachwycać się oprawą graficzną gry, ale wbrew pozorom ten świat nie jest aż tak ogromny. W moim odczuciu nie jest to wadą, bo dostępny do eksploracji teren uważam za wystarczający, ale warto mieć świadomość, że po paru godzinach Red Creek Valley nie będzie miało przed wami tajemnic. Chaos na początku rozgrywki skutkuje tym, że można przegapić pewne zadania i nie rozwiązać zagadek koniecznych do poznania zakończenia, ale tym nie należy się martwić, bo w stosownym momencie gra przypomni o opuszczonych misjach. Do gustu przypadły mi też liczne interteksty, a szczególną sympatię wywołały nawiązania do twórczości H.P. Lovecrafta oraz gry Alan Wake będącej jednym z moich ulubionych survival horrorów


 Las kryje niejedną tajemnicę...


W trakcie rozgrywki testowałam zarówno angielską jak i polską wersję językową, i z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że do dubbingu nie mam najmniejszych zastrzeżeń. Bez względu na to czy zdecydujecie się na słuchanie rozmów po polsku czy po angielsku, powinniście być usatysfakcjonowani pracą aktorów podkładających głos pod konkretnych bohaterów. Zresztą same dialogi zostały świetnie napisane, ponieważ charakteryzują się jednocześnie zwięzłością oraz celnością i w żadnym razie nie przedłużają niepotrzebnie rozgrywki. Jeszcze zanim zaczęłam grać w długo oczekiwany tytuł od The Astronauts, czytałam recenzje, których autorzy narzekali na to, że gra jest zdecydowanie zbyt krótka. Nie przeczę, że rozgrywka zajmuje zaledwie kilka godzin, ale nie uważam, żeby ta cecha zasługiwała na narzekania. Moim zdaniem historia przedstawiona w grze idealnie wybrzmiewa właśnie w tym określonym, krótkim czasie i naprawdę nie potrzeba jej dodatkowych godzin.


... podobnie jak rodzina Carterów.


Nie będę ukrywać, że recenzowana produkcja mnie oczarowała. Za jedyny minus uważam to, że na początku nie bardzo wiadomo, co trzeba zrobić i w jakim kierunku podążyć, ale zapewniam, że dezorientacja nie trwa długo i po kilkunastu minutach wszystko staje się jasne. Zaginięcia Ethana Cartera pozwoliło mi na wcielenie się w postać detektywa jednocześnie szukającego kilkuletniego chłopca i prowadzącego śledztwo w sprawie tajemniczych zabójstw. Ponadto przez całą rozgrywkę towarzyszyło mi poczucie nieuchwytnej grozy wiszącej nad Red Creek Valley oraz obecności nadprzyrodzonych sił we wszystkich odwiedzanych miejscach, co jak dla mnie stanowi dodatkowy, duży plus. Studiu The Astronauts należy się uznanie także za wykreowanie intrygującej i emocjonującej historii oraz połączenie jej z niesamowicie dopracowanymi lokacjami. Zachęcam wszystkich gorąco do sięgnięcia po tę grę.

Ocena: 9,5 / 10

Grę do recenzji otrzymałam dzięki uprzejmości portalu ŚwiatGry.pl

http://swiatgry.pl/



 Jeśli zaciekawiła was ta produkcja poniżej znajdziecie trailer, a tutaj możecie sprawdzić jak w rzeczywistości wyglądają obiekty pojawiające się w grze.




6 listopada 2014

30 dni z książką - dzień 6

6. Książka, która cię zasmuca


Jeśli jakaś powieść okaże się na tyle zajmująca, że nie mogę przestać myśleć o bohaterach i o poszczególnych zdarzeniach z nimi związanych nawet po odłożeniu książki na bok, to zasmucają mnie wszystkie nieszczęścia jakie dotykają postaci, które zdążyłam obdarzyć sympatią. Dotyczy to zwłaszcza wszelkich trylogii oraz wielotomowych serii, które aż roją się od tragicznych wydarzeń, a często charakteryzują się także niesatysfakcjonującym, irytującym zakończeniem. Mam jednak wrażenie, że nie o taki rodzaj smutku chodzi w tym pytaniu, bo przecież trudno przez długi czas przeżywać losy fikcyjnych postaci i emocjonować się tym, co nigdy się nie zdarzyło. O wiele bardziej zasmucają mnie wszelkie reportaże i artykuły zwracające uwagę na życie ludzi zmagających się z prawdziwymi nieszczęściami. Dobrze wiecie, że nie często sięgam po literaturę faktu, ale jeśli już zrobię wyjątek, to zazwyczaj poznaję historie osób, które doświadczyły czegoś przerażającego i w jakiś sposób próbują sobie z tą traumą poradzić. Ostatnio przeczytaną książką, która mnie mocno zasmuciła jest Masakra na wyspie Utøya. Jej autor zrelacjonował przebieg ataku terrorystycznego dokonanego przez Andersa Breivika. Adrian Pracoń był wówczas na wyspie, znał ludzi brutalnie zamordowanych przez zamachowca i doświadczył paraliżującego lęku o własne życie. Niewiarygodne ile zła jest w stanie wyrządzić jeden człowiek, dlatego książki poruszające ten temat zasmucają i szokują mnie najbardziej.  


1 listopada 2014

Bezcenny dar - Jim Stovall


Wydawnictwo: Replika
Liczba stron: 204

Nie widziałam filmu zrealizowanego na podstawie powieści Bezcenny dar, ale po przeczytaniu dzieła Jima Stovalla mam wrażenie, że ta historia należy do wąskiej grupy opowieści, które znacznie lepiej prezentują się na ekranie niż w książce. Autor miał bardzo ciekawy pomysł na historię z tak zwanym morałem, mającą skłonić czytelnika do zastanowienia się nad pewnymi sprawami, a może nawet do zmiany poglądów na kwestie najważniejszych wartości w życiu człowieka. Niestety Stovall nie do końca poradził sobie z wykonaniem, ponieważ jego opowieść jest moim zdaniem zbyt prosta i jednoznaczna. Ponadto Bezcenny dar to bardzo niewielka objętościowo książka z tekstem wydrukowanym ogromną czcionką, co sprawia, że mnóstwo wątków podjętych przez pisarza aż prosi się o rozwinięcie i pogłębienie. Poznając tę opowieść nie mogłam pozbyć się przeświadczenia, że powinnam obejrzeć film, żeby móc docenić przesłanie zawarte w historii i uzupełnić wszystkie luki, którymi Stovall postanowił nie zawracać sobie głowy. 

Głównym bohaterem jest dwudziestoczteroletni Jason Stevens, któremu od dziecka niczego nie brakowało. Mężczyzna urodził się w zamożnej i wpływowej rodzinie, dzięki czemu gładko prześlizgnął się przez wszystkie etapy edukacji i nie musiał martwić się o jakiekolwiek zajęcie, ponieważ w życiu nie przepracował ani jednego dnia. Sytuacja zmienia się w dniu odczytania testamentu pozostawionego przez seniora rodu – Reda Stevensa. Okazuje się, że staruszek postanowił niejako zza grobu nawrócić Jasona i pokazać młodemu milionerowi, czym powinien kierować się przez całe dorosłe życie. Red zostawił w testamencie szereg wskazówek dla Jasona, które ten musi wypełnić jeśli chce otrzymać swoją część spadku. Nadzorcami całego procesu są serdeczny przyjaciel zmarłego – Theodore Hamilton oraz jego asystentka Margaret Hastings. 

Pomysł na fabułę spodobał mi się od razu. Jak tylko przeczytałam kilka pierwszych stron i zaczęłam orientować się jaki był zamysł pisarza, pomyślałam, że czeka mnie naprawdę interesująca powieść. Nastawiłam się na wymyślne zadania, którym Jason będzie musiał podołać oraz na doskonale przedstawioną metamorfozę bohatera. Niestety zawiodłam się i to bardzo, ponieważ Jim Stovall maksymalnie spłycił proces przemiany Jasona, nie pozwalając odbiorcy poznać postaci młodego milionera, zrozumieć jego podejścia do życia i przede wszystkim obserwować z jakim nastawieniem mężczyzna podchodzi do kolejnych misji. Narracja toczy się wyłącznie z punktu widzenia starego prawnika Theodore’a Hamiltona, czuwającego nad tym, żeby najmłodszy z rodu Stevensów właściwie wykonał wszystkie zadania. Taki zabieg niesamowicie ogranicza możliwość utożsamienia się z postaciami i zrozumienia ich poczynań. Nie pojmuję, dlaczego autor nakazał czytelnikowi śledzenie opowieści z perspektywy bohatera, który w żaden sposób nie uczestniczy w życiu Jasona, nie jest świadkiem jak Stevens boryka się z kłopotami, a jedynie raz w miesiącu spotyka się z nim w kancelarii, by ocenić postępy i przydzielić następne zadanie. Przez to ani przez chwilę nie poczułam, że wiem, dlaczego Jason zachowuje się tak a nie inaczej, co poskutkowało tym, że uważam, tę opowieść za naiwną i nieprzekonującą.

W przedmowie autor stwierdził, że po przeczytaniu jego książki będę innym człowiekiem. No cóż, nie miał racji. Nie neguję nauki płynącej z tej powieści, ale jak dla mnie została ona nakreślona zbyt płytko, żeby rzeczywiście mogła wywołać jakiś wstrząs. Już po pierwszym rozdziale wiadomo, jak główny bohater będzie reagował na kolejne etapy swoistego eksperymentu, więc Bezcenny dar nie jest w stanie niczym zaskoczyć. Również poszczególne wartości, które poznaje Jason także nie są żadną tajemnicą, ponieważ, jak można się domyślić, rozpieszczonego milionera raczej nie trzeba nakłaniać do wydawania pieniędzy czy organizowania szalonych imprez, a zatem młody Stevens będzie musiał zrobić coś całkiem oderwanego od jego życia, ale zupełnie zwyczajnego i naturalnego dla większości ludzi. Przykro mi, że po raz kolejny muszę krytykować przeczytaną książkę, ale niestety dzieło Stovalla mnie rozczarowało. Wprawdzie z historii przebijają optymizm i ciepło, a także przeświadczenie, że każdy może zmienić swoje postępowanie, jeśli tego chce, ale autor to wszystko podał zbyt nachalnie i dosłownie. Na dodatek do minimum ograniczył nie tylko interakcje między bohaterami, ale także rolę Hamiltona i Margaret Hastings. Jeśli chodzi o tę ostatnią postać, to przyznam, że jest zupełnie, ale to zupełnie zbędna. Moim zdaniem bez większej szkody można sobie darować lekturę tej książki. 

Ocena: 2 / 6

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.

29 października 2014

Zabawka Diabła - Matt Richtel


Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 528

Wspomniałam kiedyś, że jeśli jakąś książkę czytam dłużej niż tydzień, to albo jestem bardzo zajęta i na lekturę prawie nie mam czasu, albo książka mnie zupełnie nie wciągnęła. Ostatnio obowiązków miałam całkiem sporo, więc trochę zaniedbałam i czytanie, i blogowanie, ale nie zmienia to faktu, że powieść Matta Richtela męczyłam dwa tygodnie. Określenie „męczyłam” użyte nieprzypadkowo, ponieważ idealnie oddaje nastrój, jaki towarzyszył mi w trakcie poznawania tej historii. Od razu powiem, że jestem bardzo, ale to bardzo zaskoczona, że Zabawka diabła tak mi się nie podobała, bo przecież wszystko wskazywało na to, że książka przypadnie mi do gustu. Czytałam wiele recenzji, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że pierwsza część cyklu thrillerów z Natem Idle’em jest warta mojej uwagi, ponieważ zawiera ciekawą intrygę, szybko rozwijającą się akcję oraz wątek związany z kontrolą sprawowaną nad ludźmi przy pomocy nowoczesnej techniki. Wprawdzie pojawiały się też opinie, że niektóre fragmenty powieści są nieco przesadzone i przez to niewiarygodne, ale akurat w thrillerach dość często tak się dzieje, więc postanowiłam przymknąć na to oko. Jak się okazało brak realizmu w pewnych scenach to drobnostka w porównaniu do reszty wad. 

Jak dla mnie fabuła Zabawki diabła jest groteskowa i zwyczajnie nudna. Wyobraźcie sobie około trzydziestoletniego mężczyznę zarabiającego na życie publikowaniem postów na blogu, który rzekomo zostaje wplątany w super niebezpieczną aferę związaną z technikami kontrolowania ludzkiego umysłu za pomocą złożonych programów komputerowych. Na razie brzmi całkiem ciekawie, prawda? Niestety przy bliższym poznaniu, historia wiele traci, ponieważ moim zdaniem brakuje w niej sensu. Wspomniany już główny bohater Nat Idle podejrzewa, że jacyś wpływowi i nieuchwytni ludzie chcą porwać jego osiemdziesięciopięcioletnią babcie, ponieważ są przekonani, że kobieta posiada cenne informacje, chociaż sama nie zdaje sobie z tego sprawy, bo cierpi na zaawansowaną demencję. Nat orientuje się, że coś jest mocno nie tak, kiedy razem z babcią wybiera się na spacer po parku i nagle jakiś szaleniec zaczyna do ich strzelać. Od tego momentu bohater znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, ale pomimo tego postanawia na własną rękę zbadać aferę, której on i jego babcia stali się częścią. 

Zapewne dziwicie się jakim cudem historia pełna pościgów, strzelanin i wielu innych, niewytłumaczalnych zdarzeń może być nudna. Przyznam, że sama jestem zaskoczona, że tak odebrałam fabułę Zabawki diabła, ale nie będę ukrywać, że powieść nie wzbudziła mojego zainteresowania niemal w ogóle. Całe to bieganie głównego bohatera od punktu A do punktu B i z powrotem, z umęczoną staruszką u bogu wydało mi się raczej przykre niż ciekawe. Oczywiście Nat nie ufa policji, co wprawdzie zostało wyjaśnione, ale moim zdaniem niezbyt przekonująco, dlatego w trakcie lektury dziwiłam się, że mężczyźnie do głowy nie przyszedł pomysł, by szukać pomocy u stróżów prawa. Poza tym jakoś ten cały spisek wokół bohaterów mnie nie przekonał. Nie mogę zbyt wiele napisać, żeby nie zdradzić istotnych szczegółów, ale tak naprawdę to dopiero pod koniec autor wyjaśnił, kto posiadał informacje niebezpieczne dla pewnej firmy i dlaczego ta osoba miała zostać zlikwidowana. Przez większą część powieść miałam wrażenie, że cała ta afera jest rozdmuchana, żeby nie napisać wyssana z palca. 

Oczywiście to, że mnie ta książka nie przypadła do gustu, nie musi oznaczać, że wy odbierzecie ją tak samo, ponieważ jak już pisałam wszystkie warunki do tego, by był to ciekawy thriller zostały spełnione, ale po prostu coś poszło nie tak. Główny bohater irytował mnie swoim beztroskim zachowaniem, nieodpowiedzialnością oraz nieumiejętnością rozmowy z chorą babcią. Ilekroć Lane zaczyna mówić coś potencjalnie ważnego, co mogłoby rzucić światło na kłopoty postaci, Nat natychmiast jej przerywa, wypytuje na siłę i oczywiście wątła nić porozumienia od razu zostaje zerwana. Nie jestem lekarzem i nie wiem jak powinno się rozmawiać z osobami tracącymi pamięć i kontakt z rzeczywistością, ale odniosłam wrażenie, że z pewnością nie powinno się naśladować Nata. Podobało mi się natomiast to, że autor uczynił starszą osobę jedną z głównych postaci. Zazwyczaj w powieściach akcji można spotkać młodych i dynamicznych bohaterów, więc plus dla Matta Richtela za oryginalność. Nie ośmielam się kategorycznie odradzać tej lektury, ponieważ moim zdaniem nie ma w niej jakichś rażących mankamentów. Do mnie nie trafiła, opisałam dlaczego tak się stało, ale ostateczna decyzja jak zawsze należy do was. 

Ocena : 2,5 / 6

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Akurat.  

Tu kupisz Zabawkę diabła:

http://muza.com.pl/thriller/1756-zabawka-diabla-9788377587171.html?dosiakksiazkowo