21 sierpnia 2014

Odłamek - Sebastian Fitzek


Wydawnictwo: G+J
Liczba stron: 368

Kiedy sięgałam po powieść Sebastiana Fitzka wiedziałam, czego się spodziewać jeszcze zanim otworzyłam ją na pierwszej stronie. Nie musiałam czytać opisu fabuły ani zerkać na hasła zachęcające do wybrania akurat tej historii spośród tysiąca innych thrillerów, żeby mieć pewność, że jest to lektura dla mnie. To wyznanie może brzmi trochę zabawnie biorąc pod uwagę fakt, że oprócz recenzowanego właśnie Odłamka czytałam zaledwie dwie książki niemieckiego pisarza, ale trudno, jakoś zniosę Wasz lekko drwiący uśmiech. Po prostu nic nie poradzę na to, że na samą myśl o twórczości Fitzka natychmiast do głowy przychodzą mi sformułowania takie jak: inteligentna gra z czytelnikiem, niezwykle szybko rozwijająca się akcja, niewyraźna granica pomiędzy rzeczywistością a urojeniami protagonisty, bohater postawiony w sytuacji bez wyjścia oraz zakończenie, którego z pewnością nie przewidzę. Te skojarzenia sprawiają, że nie jestem w stanie odmówić sobie systematycznego dodawania kolejnych książek Fitzka do domowej biblioteczki, bo dokładnie takich elementów oczekuję od dobrze skonstruowanych, trzymających w napięciu thrillerów. Bez wątpienia Odłamek należy do grona takich powieści. Jeśli lubicie jak pisarz bawi się z odbiorcami najpierw zachęcając do wyciągania konkretnych wniosków i stawiania hipotez, a później brutalnie je obalając i wyśmiewając, to z kolejnej wyprawy do księgarni lub biblioteki powinniście przynieść właśnie tę książkę.

Akcja rozgrywa się właściwie w ciągu jednej doby. Czytelnik poznaje pogrążonego w żałobie Marca Lucasa. Kilka miesięcy temu w wyniku tragicznego wypadku samochodowego mężczyzna stracił żonę i nienarodzone dziecko. Od tamtej pory jego życie jest pasmem udręk, ponieważ każdy dzień przynosi tylko ból, ogromną tęsknotę za rodziną, a na dodatek także przytłaczające poczucie winy, wynikające ze świadomości, że to sam Marc ponosi odpowiedzialność za śmierć ukochanej Sandry oraz ich syna. Kiedy bohaterowi wydaje się, że jest już u kresu sił, znajduje w gazecie ogłoszenie o klinice poszukującej chętnych do wytestowania eksperymentalnej metody wymazywania traumatycznych wspomnień. Z jednej strony Marc nie chce zapominać o swoich bliskich, ale z drugiej nie może już znieść życia bez nich, więc poddanie się takiej terapii wydaje mu się ostatnią deską ratunku. Jednak po przejściu wstępnych testów rezygnuje z udziału w eksperymencie. Wraca do domu, a tam… wszystko wygląda inaczej. Klucze nie pasują do mieszkania, na drzwiach wisi tabliczka z innym nazwiskiem, a na dodatek Marc jest przekonany, że widział w oknie zmarłą żonę. Oczywiście nie powiem wam, co dzieje się dalej, ale zdradzę, że to dopiero początek koszmaru Lucasa.

Odłamek to kawał dobrego thrillera, w którym w pewnym momencie można kompletnie stracić rozeznanie w tym, kto jest pozytywnym, a kto negatywnym bohaterem, co jest prawdą, a co jedynie wyobrażeniem i wreszcie, co się tak naprawdę w tej historii dzieje. Pisarz do mistrzostwa opanował zdolność pogrywania sobie z czytelnikiem. Nie zliczę ile w ciągu całej lektury miałam mniej lub bardziej prawdopodobnych hipotez, podejrzeń i założeń, które Fitzek obrócił w niwecz jednym zdaniem. Nie wiem czy istnieje drugi autor z tak bujną wyobraźnią służącą do kreowania najbardziej okrutnych, mrożących krew w żyłach, koszmarnych wizji. Jeśli ktoś poprosiłby mnie teraz o wskazanie fikcyjnej postaci tragicznie doświadczonej przez los, pozbawionej jakichkolwiek nadziei na lepszą przyszłość oraz przygniecionej ciężarem własnych zaniedbań i grzechów, bez wahania wskazałabym na Marca Lucasa. Mam wrażenie, że bohatera spotkało wszystko, co najgorsze. Bo czy można wyobrazić sobie coś straszniejszego niż utrata najbliższej rodziny, na dodatek z własnej winy? A jeśli jeszcze dorzucimy do tego szereg trudnych do logicznego wytłumaczenia zdarzeń oraz fizycznych dolegliwości utrudniających podejmowanie działania? To jest tak okrutne i przerażające, że lepiej nawet nie zastanawiać się nad tym, co każdy z nas zrobiłby na miejscu bohatera.

Fitzek pisze konkretnie i dobitnie, co dla mnie jest kolejną zaletą jego twórczości. W książce nie ma rozwlekłych charakterystyk, dialogów rozciągniętych na kilka stron czy dywagacji bohatera zastanawiającego się nad swoim losem. Nic z tych rzeczy, w Odłamku najważniejsze jest szybkie tempo akcji, wobec czego nie ma już miejsca na wielostronicowe rozterki i kwieciste opisy. Zresztą to nie ten typ literatury i chwała pisarzowi za to. Sięgając po tę powieść musicie wiedzieć, że nie będziecie się nudzić nawet przez chwilę, bo nie sposób odczuwać znużenie, kiedy co kilka stron autor po prostu wywraca wszystko do góry nogami i nakazuje odbiorcy przeanalizować wydarzenia jeszcze raz i wysnuć nowe wnioski w oparciu o zupełnie świeże, szokujące informacje. Czytając o tym, co spotyka Marca Lucasa byłam zachwycona (i jednocześnie przerażona) pomysłowością pisarza zapewniającą mi emocjonalną huśtawkę i prowokującą do produkowania w zastraszającymi tempie przeróżnych teorii spiskowych.

Pomimo tego czasami czułam się nieco zmęczona oraz przytłoczona ogromem osobliwych zdarzeń, przez co nie mogę ocenić tej historii tak wysoko, jak bym chciała. Bo serio, kusi mnie, żeby ogłosić geniusz Sebastiana Fitzka i przymknąć oko na pewne elementy, ale nie mogę tego zrobić. Fitzek tworzy świetne powieści, niemal idealnie trafiające w mój gust, jednak w którymś momencie zawsze przedobrzy, przez co w końcu zaczynają mnie te jego wybiegi męczyć. Pod tym względem Odłamek wypada znacznie lepiej niż Makabryczna gra, ale i tak autor pokusił się tutaj o kilka twistów fabularnych za dużo. Mieszane odczucia mam także co do zakończenia. Na pewno zaletą finału jest jego nieprzewidywalność, nie odgadłam ani przyczyny wszystkich dziwnych wydarzeń, ani dalszych losów bohatera. Ale jednocześnie pewne elementy składające się na wyjaśnienie zagadki wydały mi się zbyt nieprawdopodobne. Ktoś może mi teraz zarzucić czepialstwo, bo narzekam na małą wiarygodność historii, w której protagonista udaje się do kliniki zajmującej się wymazywaniem pamięci. No cóż, podobno sterowanie ludzkimi wspomnieniami jest już możliwe, bo naukowcy dysponują substancjami powodującymi amnezję krótkotrwałą lub nawet całkowitą. Jeśli tak rzeczywiście jest, to tym bardziej uznaję moje marudzenie za zasadne.

Odpowiadając na najważniejsze w sumie pytanie, czyli „czytać czy nie czytać?”, stwierdzam jednoznacznie, że czytać i to jak najszybciej, bo żadna inna powieść nie dostarcza takich wrażeń jak Odłamek. Ale przy tych wszystkich zachwytach nad prozą Fitzka, warto czasem z dystansem spojrzeć na jego twórczość i wytknąć parę niedociągnięć. A tak na marginesie, jeśli kiedyś rzuci się Wam w oczy informacja o planowanym spotkaniu z autorem tej powieści, dajcie znać. Przeglądając stronę internetową pisarza i czytając posłowie do Odłamka, doszłam do wniosku, że Fitzek to sympatyczny gość i chętnie posłuchałabym jak opowiada o swoich książkach :)


Ocena: 5 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwań Klucznik oraz Z półki

17 sierpnia 2014

Krótko i na temat



Nie jestem fanką portali społecznościowych, ale postanowiłam odkurzyć założony już jakiś czas temu profil na twitterze. Mam nadzieję, że wystarczy mi zapału do regularnego udzielania się i wrzucania króciutkich komentarzy. Jeśli macie ochotę mnie obserwować to proszę bardzo, znajdziecie mnie tutaj :) 

Dostałam dzisiaj wiadomość, że jest jakiś problem z dodawaniem komentarzy na blogu. U mnie wszystko działa dobrze, ale jeśli też mieliście lub dalej macie z tym kłopot, to proszę o sygnał na maila lub tutaj, jeśli to możliwe. 


16 sierpnia 2014

Wysłanniczka - Stephen Miller


Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 448

Czarna ospa, nazywana też ospą prawdziwą to jedyna choroba ludzka, jaką Światowa Organizacja Zdrowia uznała za całkowicie wyeliminowaną. Od 1980 roku oficjalnie mówi się o tym, że wirus zbierający przez stulecia krwawe żniwo, został opanowany i pokonany, przez co światu nie zagrażają kolejne epidemie. Nie należy jednak zapominać, że w wielu laboratoriach próbki ospy nadal są przechowywane do celów naukowych i zdarzały się już przypadki, że wirus wydostał się z nieodpowiednio zabezpieczonych miejsc. Co by się jednak stało, gdyby ktoś postanowił wykorzystać czarną ospę jako broń biologiczną? Czy mielibyśmy jakiekolwiek szanse na przeżycie, czy też większość populacji po raz kolejny zostałaby zdziesiątkowana przez tę chorobę? Mam nadzieję, że te kwestie nigdy nie wyjdą poza czysto teoretyczne rozważania, chociaż ostatnie doniesienia o sytuacji w Afryce Zachodniej skutecznie burzą poczucie bezpieczeństwa i przekonanie, że medycyna XXI wieku wie jak walczyć z chorobami zakaźnymi. Stephen Miller, poprzez wydarzenia opisane w powieści, przekonuje, że epidemia na skalę światowa jest możliwa i ja mu niestety wierzę.

Daria Vermiglio od dzieciństwa zna swoje przeznaczenie. Wie, że jej zadaniem jest prowadzenie świętej wojny z bezbożnym, plugawym i opętanym przez zło Zachodem. Dziewczyna chce, żeby inni ludzie cierpieli tak jak ona, gdy utraciła bliskich, dom, poczucie bezpieczeństwa. W końcu nadchodzi dzień, w którym bohaterka ma stać się „strzałą” przenoszącą śmiercionośny wirus ospy do Europy i Stanów Zjednoczonych. Kobieta wyrusza do Berlina, a stamtąd leci do Nowego Jorku – serca zdegenerowanego, zepsutego świata. Każda rzecz dotknięta przez Darię natychmiast zostaje zainfekowana wirusem. Nikt nie jest bezpieczny, bo dziewczyna starannie wybiera miejsca i pojawia się wszędzie tam, gdzie tłum ludzi nigdy nie maleje. Służby bezpieczeństwa szybko zostają postawione w stan gotowości, ale czy to wystarczy, żeby zatrzymać epidemię?

Na naszym rynku powieść Stephena Millera ukazała się stosunkowo niedawno, ale już zdążyła zebrać kilkanaście pochlebnych opinii w blogosferze. Czytając kolejne pozytywne recenzje Wysłanniczki, wyobrażałam sobie, że czeka na mnie książka niezwykle emocjonująca, dobrze napisana i zawierająca galerię barwnych, dopracowanych postaci. Jednak coś poszło nie tak, bo teraz zamiast zachwycać się dziełem Millera, mogę jedynie stwierdzić, że to całkiem niezła powieść. Niezła, ale w gruncie rzeczy przeciętna, bo zasługująca na uwagę tylko z jednego powodu. Także zanim przejdę do narzekania i marudzenia na poszczególne elementy, musze odnotować jeden wielki plus tej historii, jakim jest realistyczne przedstawienie wydarzeń prowadzących do ponownego uaktywnienia wirusa ospy. Uważam, że jeśli kiedykolwiek dojdzie do sytuacji podobnej do wypadków opisanych w książce, to wszystko będzie przebiegało zgodnie z wyobrażeniem Stephena Millera. Pisarz ustrzegł się efekciarstwa, więc w Wysłanniczce nie poczytacie o szalonych pościgach za terrorystami czy o tajnych naradach wszelkich możliwych służb specjalnych. Nie będziecie również zmuszeni do śledzenia męczących wynurzeń na temat amoralności Zachodu i konieczności prowadzenia zdecydowanej i wymagającej poświęceń wojny z tą amerykańsko-europejską „bestią”. Zamiast tego wszystkiego, czeka was oddziałujący na wyobraźnię opis tego, co krok po kroku dzieje się na świecie w momencie ataku terrorystycznego przy użyciu broni biologicznej. Żadnych wybuchów, strzałów, porwanych samolotów i płonących wież. To jest w ogóle niepotrzebne, wystarczy śmiertelna choroba, niosąca ze sobą przerażenie, chaos, stres i rosnącą z każdą minutą świadomość ogromu zniszczeń, żeby zachwiać całym naszym światem. Autor zasługuje na pochwałę za rozmach w kreowaniu tej budzącej grozę wizji przy jednoczesnej rezygnacji z dosłowności i elementów przywodzących na myśl kino akcji klasy B.

Na tym zalety Wysłanniczki właściwie się kończą, bo nie zachwyciłam się ani kreacją bohaterów, ani jednowątkowością, a na dodatek miałam wrażenie, że niektóre fragmenty zostały dodane trochę na siłę, jako wypełniacze pomiędzy jednym istotnym zdarzeniem a drugim. Niestety tak chwalonej przeze mnie wiarygodności w opisywaniu przebiegu epidemii na skalę światową, zabrakło w tworzeniu portretów psychologicznych postaci. Jestem w stanie zrozumieć, że Daria Vermiglio działa jak automat i bez zastanowienia skazuje tysiące, jeśli nie miliony ludzi na śmierć, bo do tego została przygotowana. Nie pojmuje jednak, jakim cudem mnóstwo innych, pobocznych postaci po prostu ułatwiło dziewczynie zadanie, obdarzając ją ogromnym zaufaniem. Gdziekolwiek Daria się tylko pojawia, od razu na jej drodze staje sympatyczny współpasażer, który za wszelką cenę stara się jej pomóc, a to poprzez załatwienie noclegu, a to opatrzenie ran bez zadawania niewygodnych pytań itp. Naprawdę, naiwność i niewiarygodność aż biją z takich zachowań. Nie podobały mi się także fragmenty, w których akcja skupia się wokół doktora Samuela Wattermana. Moim zdaniem to kompletnie zbędna postać, ponieważ ma ona niemal zerowy wpływ na wydarzenia. Watterman został zatrudniony przez służby specjalne na stanowisku konsultanta i doradcy mogącego służyć wiedzą oraz doświadczeniem w prowadzeniu badań nad chorobami zakaźnymi. Spodziewałam się więc, że mężczyzna będzie brał czynny udział w wielu zdarzeniach, a nie siedział bezczynnie w chronionym kompleksie i tylko od czasu do czasu włączał się do rozmów.

Zakończenie niczym mnie nie zaskoczyło. Spodziewałam się, że właśnie taki będzie finał, chociaż po cichu liczyłam, że wydarzy się jeszcze coś znaczącego. Na okładce napisano, że „Wysłanniczka to trzymający w napięciu thriller, a także historia zagubionej dziewczyny szukającej odpowiedzi na najtrudniejsze życiowe pytania”. Jestem w stanie zgodzić się z pierwszą częścią tego zdania, ale drugą uważam za czysto marketingowe zagranie. Owszem, parokrotnie Darii robi się żal dobrych ludzi, którzy przez nią zginą, ale dziewczyna nie wątpi w słuszność swojej misji, więc sformułowanie sugerujące rozterki i dylematy moralne tej postaci uważam za przesadę. Stephen Miller skutecznie przeraził mnie opisem ataku terrorystycznego przy użyciu wirusa czarnej ospy, ale poza tym z jego książki niewiele zapamiętam.

Ocena: 3 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwania Grunt to okładka.

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza. 

Tu kupisz Wysłanniczkę:

http://muza.com.pl/thriller/1652-wyslanniczka-9788377586068.html?dosiakksiazkowo
 

13 sierpnia 2014

30 dni z książką - dzień 2

Nadszedł czas na drugi dzień książkowego wyzwania i kolejne niełatwe zagadnienie, czyli:

2. Książka, którą przeczytałaś więcej niż trzy razy

Myślę, że większości z Was wskazanie książki czytanej kilka razy nie sprawiłoby kłopotu, dlatego że dużo osób wraca do ulubionych historii i wciąż odkrywa je na nowo. Niestety ja do tego grona nie należę i właściwie od czasów dzieciństwa nie zdarzyło się, żebym sięgnęła po tę samą powieść więcej niż raz. To nie znaczy, że nie mam swoich ukochanych książek, ale mam tyle nowych, czekających na odkrycie dzieł że powrót do tych ulubionych wciąż odkładam na przyszłość. A poza tym nie chcę sobie rujnować wyobrażenia o lekturze, która kiedyś mnie zachwyciła, bo przecież po kilku latach mogę już daną historię odebrać nieco inaczej i co jeśli dzisiaj rozczarowałaby mnie książka, którą od dawna uważam za świetną? Wolę sobie takiego doświadczenia nie fundować :P




Na szczęście jako dziecko nie miałam takich problemów i często wracałam do kilku ulubionych książek. Wśród nich były baśnie Andersena, baśnie braci Grimm, zbiór wierszy dla dzieci Marii Konopnickiej oraz Jana Brzechwy, a także wiele, wiele innych tytułów. Jednak najchętniej i najczęściej wracałam do Dzieci z Bullerbyn autorstwa Astrid Lindgren. Zaskakujące, ale jak próbuję przypomnieć sobie momenty, w których po raz kolejny z zapartym tchem poznawałam przygody małych bohaterów, widzę siebie leżącą w łóżku z gorączką i anginą. W podstawówce chorowałam bardzo dużo i to zwłaszcza w okresie, kiedy za wszelką cenę chciałam być zdrowa, czyli np. w wakacje lub święta. W tym czasie pocieszałam się książkami i w stosie "chorobowym" zawsze były Dzieci z Bullerbyn. Dawno już tej powieści nie czytałam, ale nie planuję tego zmieniać na razie. Po raz kolejny do Bullerbyn wybiorę się pewnie dopiero, kiedy moje przyszłe dzieci będą domagały się ciekawych historyjek :)




10 sierpnia 2014

Poszukiwacze szczęścia - Tishani Doshi


Wydawnictwo: Świat książki
Liczba stron: 320

Mój egzemplarz powieści Tishani Doshi zapewne dalej zalegałby w szafie (tak, to jest ten moment, kiedy książki upycham już w każdym możliwym zakątku pokoju) wśród sterty innych nieprzeczytanych lektur, gdyby nie wyzwanie Book-Trotter i nakaz zmierzenia się w sierpniu z literaturą indyjską. Po poznaniu wytycznych na ten miesiąc od razu pomyślałam o Poszukiwaczach szczęścia i pełna zapału zabrałam się za czytanie, mimo że nie pamiętałam, o czym ta książka opowiada i z jakiego powodu w ogóle ją kupiłam. Jednak was nie będę trzymać w niepewności i zdradzę, że historia rozpoczyna się w 1968 roku, kiedy to dwudziestojednoletni Babo Patel wyjeżdża z Madrasu w południowych Indiach do Londynu, by tam kontynuować naukę, a później powrócić do domu z dyplomem i przejąć rodzinną firmę. Mężczyzna szybko aklimatyzuje się w nowym miejscu, w czym niewątpliwie pomaga mu urocza i piękna Siân Jones. Dziewczyna staje się całym światem Babo, który ani myśli o powrocie do Indii po tym jak poznał, czym są wolność od rodzicielskich nakazów i zakazów, seks, alkohol, a przede wszystkim gwałtowna, niespodziewana miłość. Ale nic nie trwa wiecznie, więc i nowe, ekscytujące doświadczenia Babo zostają przerwane, gdy rodzina dowiaduje się o jego cudzoziemskiej dziewczynie i podstępem sprowadza go do domu. W końcu Prem Kumar i Trishala zgadzają się na ślub syna z Walijką, ale tylko pod warunkiem, że młodzi pierwsze dwa lata spędzą w Madrasie. Babo i Siân przystają na ten wymóg i tak rozpoczyna się ich wspólne życie w Indiach.

Poszukiwacze szczęścia spodobają się czytelnikom lubiącym wszelkie sagi rodzinne, w których poszczególni bohaterowie naprzemiennie przeżywają swoje wzloty i upadki. Na początku wydawało mi się, że opowieść koncentruje się głównie na losach Babo i Siân, ale później okazało się, że pisarka poświęca sporo miejsca także innym postaciom należącym do rodziny Patel. Kilkadziesiąt pierwszych stron pozwoliło mi nabrać przekonania, że będę świadkiem trudnej aklimatyzacji Siân w Indiach, wynikającej z różnic kulturowych, uprzedzeń rodziny męża, odmiennego klimatu i mnóstwa innych drobiazgów sprawiających, że człowiek nie czuje się w danym miejscu dobrze. Ale pierwsze wrażenie było mylne, ponieważ Tishani Doshi skupiła się bardziej na opisaniu codziennej rutyny przełamywanej od czas do czasu przez jakieś ważniejsze, bardziej doniosłe wydarzenie w życiu bohaterów niż na ukazaniu rozterek i tęsknot Siân. Na szczęście to, co określiłam mianem rutyny w niczym nie przypomina codzienności, jaką zapewne teraz większość z was ma na myśli, dlatego że Doshi przybliża te egzotyczne i nieznane nam doświadczenia, takie jak pływanie w oceanie, obserwowanie gekonów, zajadanie się lokalnymi przysmakami czy słuchanie historii o indyjskich bogach, zjawach i demonach.

Z przyjemnością czytałam o tym jak wygląda życie w Madrasie, chociaż mam świadomość, że pisarka nieco ten obraz wyidealizowała. Rodzina Patel nie musi martwić się ani o finanse, ani o sytuację polityczną w kraju. W kilku miejscach Doshi wspomina o trzeciej wojnie indyjsko-pakistańskiej czy też o śmierci Indiry Gandhi, ale bohaterów w żaden sposób te zdarzenia nie dotyczą. Parokrotnie pojawia się też wzmianka o ubogich lub niepełnosprawnych ludziach koczujących na ulicach miasta i wyciągających ręce po jałmużnę, ale ten wątek również nie został szczególnie rozwinięty. Najpierw pomyślałam, że brak wspomnianych elementów powinnam uznać za minus, ale później zmieniłam zdanie, bo czy w każdej sadze bohaterowie muszą być uwikłani w politykę i zmuszeni do borykania się z tymi samymi problemami? Moim zdaniem nie, dlatego ostatecznie jestem zadowolona, że pisarka wyłamała się ze schematu. Przeszkadzał mi natomiast sposób opisywania najważniejszych wydarzeń, takich jak na przykład podjęcie przez Siân decyzji o przeprowadzce do Indii. Wyglądało to tak jakby dziewczyna rzuciła wszystko, co znajome bez specjalnych wątpliwości. Może ja mam jakieś mylne wyobrażenie o robieniu milowych kroków w życiu, ale nawet w dzisiejszych czasach, przy powszechnym dostępie do telefonu, Skype’a, tanich linii lotniczych itd., mocno zastanowiłabym się nad wyjazdem do tak odległego zakątka. A co dopiero u progu lat 70. XX wieku, kiedy ludzie zdani byli głównie na kontakt listowy. Ponadto miałam czasami wrażenie, że pisarka chce jak najszybciej uporać się z pewnymi zdarzeniami, dlatego wszelkie rewolucje w życiu bohaterów dokonują się nagle. Tishani Doshi wystarcza zaledwie kilkanaście stron by niespodziewanie uśmiercić protagonistę lub przeciwnie – obdarzyć go dwójką dzieci. Nie do końca przypadł mi do gustu taki zabieg, dysproporcja między pędzącą akcją, a leniwym opowiadaniem historii składającej się z codzienności bohaterów wydała mi się zbyt duża.

Skłamałabym, gdybym napisała, że Poszukiwacze szczęścia to nietrafiona, rozczarowująca lektura, ale niestety nie jest to też powieść, którą bez wahania mogłabym polecić. Na pewno na jej korzyść przemawiają egzotyczne miejsce akcji oraz poetycki styl pisania Doshi, nadający fabule nieco magii i tajemniczości. Autorka czasami pozwala swoim postaciom na niezbyt wiarygodne zachowania, ale w gruncie rzeczy bohaterowie są całkiem nieźle scharakteryzowani, więc zaangażowanie się w ich losy nie powinno wymagać wysiłku. Jednak pojawiły się także elementy niedopracowane, a przez to irytujące, więc każdy z osobna musi zdecydować czy opowieść o mieszkającej w Madrasie rodzinie Patel, jest na tyle interesująca, że warto ją poznać.

Ocena: 4 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwań Book-Trotter oraz Z półki.

7 sierpnia 2014

Stanley Kubrick. Rozmowy - Gene D. Phillips


Wydawnictwo: Axis Mundi
Liczba stron: 272

Pomyślałam sobie, że byłoby fajnie, gdybym mogła napisać, że od lat jestem zagorzałą fanką twórczości Stanleya Kubricka; że kierunek studiów wybrałam na fali fascynacji jego dziełami albo, że to właśnie jego filmy uzmysłowiły mi magię kina. Niestety nie mogę tej recenzji zacząć takim wyznaniem, ponieważ prawda jest znacznie bardziej prozaiczna – dorobek artystyczny jednego z najważniejszych reżyserów w historii zaczęłam poznawać z obowiązku. Zarówno 2001: Odyseja kosmiczna jak i Mechaniczna pomarańcza znalazły się w spisie filmowych lektur na drugim albo trzecim roku studiów, więc nie mogłam tych obrazów pominąć w obawie, że na egzaminie wylosuję pytanie dotyczące właśnie twórczości Kubricka. Mechaniczną pomarańczę widziałam jedynie we fragmentach, a 2001: Odyseja kosmiczna jakoś szczególnie na mnie nie podziałała. Owszem, doceniłam wizjonerstwo reżysera, jego dbałość o detale oraz oryginalne podejście do opowiadania historii za pośrednictwem medium kinowego, ale nie czułam potrzeby, żeby obejrzeć film jeszcze raz, chłonąć poszczególne sceny i ponownie zastanowić się nad interpretacją. Aż do teraz; do chwili, gdy przeczytałam ostatnią stronę z książki będącej zbiorem wywiadów przeprowadzonych z Kubrickiem i najchętniej natychmiast urządziłabym sobie maraton z jego filmami. Ale spokojnie, moja reakcja bynajmniej nie wynika z wysokiego poziomu recenzowanej publikacji, tylko z fascynującej osobowości reżysera, przebijającej niemal z każdej jego wypowiedzi. W takim razie, co z książką opracowaną przez Gene’a D. Phillipsa? Moim zdaniem książka jest koszmarkiem, zepsutym pomysłem i zmarnowanym potencjałem.

Nie napisałam jeszcze, że wymienione w pierwszym akapicie tytuły filmów nie są jedynymi dziełami Kubricka jakie obejrzałam, bo z czasem przydarzyły mi się także inne seanse, w czasie których walczyłam ze swoją ignorancją. W pewnym sensie mi się udało, bo od pierwszego wejrzenia zakochałam się w Lśnieniu i sięgając po publikację Stanley Kubrick. Rozmowy, liczyłam na obszerny wywiad poświęcony właśnie temu dziełu. Niestety srogo się zawiodłam, bo nie tylko nie znalazłam w książce zapisu rozmowy z reżyserem na temat procesu powstawania tego obrazu, etapu pisania scenariusza, pracy z aktorami czy efektu, jaki twórca zamierzał osiągnąć, ale nie zobaczyłam nawet notki na pół strony. Gene D. Phillips z kompletnie dla mnie niezrozumiałych powodów po prostu pominął Lśnienie, ograniczając się do odnotowania we wstępie, że Kubrick nie wstydził się mariażu z kinem gatunkowym. Podobny los autor książki zgotował także Barry’emu Lyndonowi, więc fanów tego filmu od razu uprzedzam, że nie poczytacie o nim w zbiorze Phillipsa. Kolejną rzeczą, która mnie niezmiernie irytowała w trakcie lektury jest powtarzalność pewnych faktów i wcale nie chodzi o wypowiedzi reżysera, tylko o pojawiające się w prawie każdym tekście wtręty z biografii artysty. Mam wrażenie, że teraz nawet obudzona w środku nocy będę w stanie wyrecytować, że Stanley Kubrick urodził się 26 lipca 1928 roku w Nowym Jorku, z dość miernym wynikiem ukończył Taft High School, rozpoczął pracę w wieku siedemnastu lat jako fotograf w magazynie Look, a jego pierwszymi filmami były krótkometrażowe dokumenty pt. Dzień walki oraz Flying Padre.

Za wszystkie te wady odpowiedzialny jest Phillips, który w taki, a nie inny sposób dobrał teksty i sklecił z nich książkę. Zadziwiające, że nie zauważył jak irytującego połączenia dokonał. Każdy zapis rozmowy z Kubrickiem oraz każda notka dziennikarska mu poświęcona broni się sama i największą krzywdę, jaką można było tym tekstom zrobić, to upakować je w jednym zbiorze, by odbiorca był zmuszony do czytania powtarzających się informacji. Proszę, niech mi ktoś wytłumaczy, czym mógł kierować się pan Gene D. Phillips, który jako filmoznawca i podobno także przyjaciel Kubricka, powinien chyba wiedzieć, że dość skromna pod względem ilościowym twórczość reżysera, zasługuje w całości na przedstawienie. Rzekoma niechęć Kubricka do udzielania wywiadów raczej nie jest wyjaśnieniem, bo jednak przed każdą premierą nowego filmu na kilka rozmów się zgadzał, więc opowiedział również o realizacji Lśnienia czy Barry’ego Lyndona.  Kończąc już wylewanie żalów, chcę tylko podkreślić, że wywiady, które znalazły się w książce Stanley Kubrick. Rozmowy jak najbardziej zasługują na uwagę, ale doradzam czytanie ich w dłuższych odstępach czasowych. Jeden na tydzień albo i miesiąc, bo poznawanie wszystkich na raz może być zbyt męczące ze względu na wspomniane już powtarzanie faktów czy pytania od dziennikarzy krążące wokół tych samych zagadnień.

Opublikowane w tym zbiorze rozmowy z Kubrickiem w większości mają podobną formę. Najpierw pojawia się notka biograficzna, czasem krótki opis okoliczności w jakich wywiad został przeprowadzony, a następnie rozpoczyna się seria pytań poświęconych głównie filmom i poglądom reżysera na kwestie, które w swoich dziełach poruszył. Pewnie ktoś stwierdzi, że trzymanie się schematu jest nudne, ale mnie właśnie taki szkielet tych wszystkich rozmów odpowiada. Dzięki temu czytając poszczególne teksty skupiałam się jedynie na rzeczach bezpośrednio związanych z twórczością Kubricka, a więc obsesyjnym poszukiwaniu tematu do zekranizowania, sprawowaniu kontroli nad każdym aspektem filmu oraz pracy z aktorami. Żadnych wtrętów dotyczących życia prywatnego czy próby „złapania” artysty na jakiejś skandalizującej wypowiedzi. Oczywiście sądzę, że taki przebieg rozmów wynikał z nacisków samego Kubricka, który na etapie autoryzacji wywiadu często nanosił jeszcze poprawki do swoich wypowiedzi, żeby perfekcyjnie oddawały jego myśli.

Po przeczytaniu tej książki utwierdziłam się w przekonaniu, że reżyser był osobą zupełnie nietuzinkową i dlatego zapragnęłam odnaleźć tą jego szaloną osobowość w filmach, które niegdyś potraktowałam jako studencki obowiązek. Nie mogę nie wrócić do jego dzieł wiedząc, że nad wyborem kostiumów czy muzyki potrafił spędzić kilka miesięcy, bo żadna z przedstawianych propozycji mu nie odpowiadała. Nie mogę też zignorować jego apelu o to, by każdy widz samodzielnie zastanowił się nad tym, co widzi na ekranie, a nie szukał gotowych interpretacji, najlepiej tych przedstawionych przez twórcę dzieła. Zachęcam do czytania wywiadów z Kubrickiem i poznawania jego opinii na temat konkretnych filmów czy kina w ogóle, a także zagłębiania się w snute przez niego wizje dotyczące komfortu życia człowieka w XXI wieku. Jednocześnie odradzam czytanie zbioru Phillipsa, a przynajmniej pochłanianie go na raz.

Ocena: 3 / 6

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.

5 sierpnia 2014

30 dni z książką - dzień 1

Postanowiłam wziąć udział w wyzwaniu 30 dni z książką znanym także jako 30 day book challenge. Większość z was zapewne doskonale wie na czym polega ta zabawa, więc tak w skrócie przypomnę tylko, że chodzi o to, by odpowiedzieć na 30 (trudnych!) pytań związanych z przeczytanymi lekturami. Za namówienie do zmierzenia się z tym zadaniem dziękuję Amalii Grace :) Początkowo zamierzałam odpowiedzieć na wszystkie pytania w jednym poście, ale zrezygnowałam z tego pomysłu, żeby zabawę nieco przedłużyć. W związku z tym odpowiednio oznaczone wpisy będą pojawiać się co jakiś czas, bez określonego harmonogramu.




1. Najlepsza książka jaką przeczytałaś w zeszłym roku


Pierwsze pytanie i już problem, bo szczęśliwie kilka świetnych książek wpadło mi w ręce w ubiegłym roku. Oczywiście moje myśli od razu powędrowały w kierunku horroru i czułam ogromną pokusę, żeby za najlepszą lekturę wskazać powieść Żywe trupy Kirkmana i Bonansingi albo krótką, ale emocjonującą historię opowiedzianą w książce Pasażer autorstwa Patricka Senécala, ale ostatecznie okazało się, że groza musi ustąpić innemu dziełu, ponieważ przypomniałam sobie, że w 2013 roku poznałam Rok 1984. Orwell napisał absolutnie wyjątkową, przerażająco realistyczną, po prostu genialną książkę, którą każdy powinien poznać. Po przeczytaniu ostatniej strony czułam się zupełnie rozbita przez tę historię i właściwie nadal mam takie wrażenie. Moim zdaniem to jest bezapelacyjnie najlepsza książka, po którą zdecydowałam się sięgnąć w zeszłym roku. Zainteresowanych odsyłam do recenzji pisanej świeżo po lekturze.