15 lipca 2014

Blaze - Stephen King (pseud. Richard Bachman)


Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 272

Unikam czytania streszczeń umieszczonych na okładkach książek z dwóch powodów. Po pierwsze, zazwyczaj wydawca zdradza znacznie więcej niż czytelnik powinien przed lekturą wiedzieć, a po drugie, lubię tę mieszankę ekscytacji i niepokoju związaną z niepewnością czy dana powieść mi się spodoba. W przypadku nieznanych pisarzy ryzyko trafienia na niewypał jest spore, ale z dziełami moich ulubionych autorów nigdy nie miałam problemu, dlatego Blaze Stephena Kinga kupiłam nie zadając sobie uprzednio trudu, by sprawdzić, o czym ta historia w ogóle jest. W końcu miano króla horrorów coś znaczy, więc założyłam, że w najgorszym razie książka będzie średnia. Nie przewidziałam jednak, że Blaze wcale opowieścią grozy nie jest. No dobra, pojawiają się w niej pewne elementy charakterystyczne dla tego gatunku, ale z pewnością nie jest to historia przypominająca Lśnienie, Miasteczko Salem czy Cmętarz zwieżąt. Po przeczytaniu wstępu, w którym autor wyjaśnia jak doszło do opublikowania dzieła zapomnianego, niemal zaginionego przez wiele lat, byłam jednocześnie zaintrygowana i przygotowana na to, że powieść może być jedną ze słabszych w dorobku Kinga, ponieważ pochodzi z wczesnego okresu jego twórczości, kiedy to pisał również jako Richard Bachman. Mimo tego nie byłam przygotowana na to, że Blaze to wzruszająca historia…obyczajowa. Domyślam się, że w tym momencie krzywicie się z niesmakiem, bo przecież King to mistrz horroru, ale dajcie tej książce szansę, bo emocji w niej nie brakuje.

Clayton Blaisdell junior zwraca na siebie uwagę innych ludzi gdziekolwiek się pojawi. Wścibskie oczy nieznajomych z zaciekawieniem śledzą ruchy ponad dwumetrowego faceta z widocznym wgłębieniem w czole i wypisaną na twarzy umysłową ociężałością. Mężczyzna wygląda na kogoś, kto regularnie zadziera z prawem i w tym przypadku pozory nie mylą, ponieważ rzeczywiście Blaze od dawna obraca się w przestępczym światku. Jednak żaden z niego gangster tylko drobny oszust i złodziejaszek, który bez pomocy kumpla nie byłby w stanie zaplanować nawet najprostszego skoku. Niestety jego kompan George nie żyje od trzech miesięcy i Clayton nie wie, co z sobą począć. Pewnego dnia przypomina sobie jednak, że George wpadł na pomysł porwania dla okupu dziecka miejscowych bogaczy. Blaze bez zastanowienia decyduje się działać według dawnych ustaleń i pod osłoną nocy wynosi kilkumiesięcznego chłopca z luksusowej rezydencji państwa Gerardów. Policja depcze mu po piętach niemal od samego początku, ale bohater nie podda się bez walki.

Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron miałam ochotę odłożyć powieść na półkę. Byłam rozczarowana tym, że jest to jednowątkowa historia niemająca wiele wspólnego z horrorem. Jednak ze względu na niewielką objętość książki postanowiłam się przemęczyć i doczytać ją do końca. Jakie było zdziwienie, gdy wkrótce okazało się, że wcale nie zmuszam się do lektury, bo nie wiedzieć kiedy zainteresowała mnie opowieść o życiu Blaze’a. Stephen King potrafi pisać tak, by pozornie nudną i miałką opowiastkę zmienić w całkiem intrygującą i emocjonującą historię. Niektórzy narzekają na ten jego charakterystyczny gawędziarski styl, ale mnie się on bardzo podoba, a poza tym dzięki niemu czytelnik ma szansę dokładnie poznać bohaterów oraz okoliczności wielu istotnych wydarzeń. W tej powieści autor również nie miał oporów przed przedkładaniem opisów nad wartką akcję, chociaż dynamicznego rozwoju wypadków nie zabrakło w końcówce powieści. Odbiorca naprzemiennie śledzi aktualne poczynania głównego bohatera oraz poznaje jego przeszłość począwszy od trudnego dzieciństwa poprzez równie nieudany start w dorosłość aż do momentu poznania George’a i względnej stabilizacji trwającej dopóki Blaze nie zdecydował się porwać dziecko.

Zazwyczaj w historiach wykorzystujących motyw zaginięcia nacisk kładziony jest na rozwikłanie zagadki, przedstawienie działań policji i ukazanie rozpaczy sparaliżowanych strachem i bezsilnych członków rodziny zaginionej osoby. Jednak Stephen King obrał zupełnie inną taktykę, ponieważ skupił się tylko na porywaczu. Blaze jest najważniejszy w historii, bo od początku czytelnik towarzyszy właśnie temu bohaterowi, poznając go lepiej i sympatyzując z tym niezbyt rozgarniętym, ale niezasługującym na etykietę bezwzględnego przestępcy wielkoludem. Postać Blaze’a wzbudziła we mnie głównie litość, przez co w pewnym momencie gorąco mu kibicowałam, mając nadzieję, że chociaż raz coś mu się uda i ucieknie przed policyjną obławą. Książka zasługuje na uwagę między innymi, dlatego że pokazuje jak środowisko, w którym człowiek się wychowuje oraz ludzie, których spotyka na swojej drodze determinują jego przyszłe życie. Oczywiście to nie jest specjalnie odkrywczy temat, ale w wydaniu Kinga ciekawie zrealizowany, bo pisarzowi udało się uniknąć zaszufladkowania bohatera. Nie można uznać Blaze’a za zwyrodnialca, ale mężczyzna nie pasuje też do wzorca złodziejaszka o gołębim sercu. Powiedziałabym, że jest gdzieś po środku i dlatego jego losy wzbudziły moje zainteresowanie.

W książce nie zabrakło motywu wprowadzającego aurę nadprzyrodzoności i tajemniczości, ale jest on raczej subtelnym dodatkiem, więc nie oczekujcie trzymającego w napięciu horroru. Zamiast tego przygotujcie się na opowieść o tym jak fortuna potrafi boleśnie zakpić z tych, którzy i bez dodatkowych kłopotów wiele przeszli, ale wciąż mają nadzieję na uśmiech losu. Nie żałuję, że zdecydowałam się poznać tę powieść, chociaż uważam, że przydałby jej się jakiś dodatkowy wątek, niezwiązany bezpośrednio z głównym protagonistą. Jednak mimo tego polecam Blaze fanom twórczości Kinga. Nie znajdziecie w tej historii wydarzeń mrożących krew w żyłach, ale dostaniecie typową dla tego pisarza mieszankę błyskotliwych, celnych komentarzy, nieco rubasznego humoru i zapadających w pamięć obserwacji mogących dotyczyć każdego z nas.

Ocena: 4 / 6

Recenzje innych powieści Stephena Kinga:



Książka przeczytana w ramach wyzwań Z półki, Grunt to okładka oraz Klucznik.

11 lipca 2014

LiteraTura II

Na pewno pamiętacie, że w zeszłym roku odbyła się pierwsza edycja wydarzenia skierowanego do miłośników słowa pisanego zorganizowana przez Stowarzyszenie Sztukater. Cieszę się, że już w sierpniu LiteraTura zagości w kalendarzu imprez po raz drugi. Zobaczcie jakie atrakcje czekają na gości tym razem :)



LiteraTura II Strzelin 2014

Według założeń ogólnych, kultura jest przestrzenią, w której człowiek rozwija się i rośnie najpełniej. Oznacza to stwarzanie możliwości rozwojowych każdemu z nas, każdej grupie społecznej. Zależy nam na zwiększeniu uczestnictwa mieszkańców w kulturze w dwóch aspektach – czynnym i biernym. Chcemy, by kultura powstawała na różnych poziomach.
Dołączycie do nas?
W związku z nastawieniem kultury masowej na masowego odbiorcę, kultura ta musi być skierowana do osób w różnym wieku, o zróżnicowanym poziomie wykształcenia, doświadczenia, miejsca zamieszkania, osób należących nieraz do bardzo różnych grup społecznych.
Powyższe, szerokie i płynne określenie adresata produktów kultury masowej powoduje często odejście od tematów trudnych i kontrowersyjnych na rzecz prostej i przyjemnej rozrywki, która podobać się może prawie każdemu. Nic dziwnego więc, że kulturę masową często uznaje się za niosącą mało wartościowe i spłycone treści. Pora to zmienić!

Zapełnianie przestrzeni publicznej rozpoczynamy od 22 sierpnia we Wrocławiu!
 
W programie przewidziano między innymi:
Godzina 15:00 Matras, Świdnicka 28
Konferencja prasowa! 
*Spotkanie autorskie z Grahamem Mastertonem oraz pozostałymi zaproszonymi artystami,
*konkursy, gry, promocje,
*wspólne zwiedzanie miasta Wrocław, z przewodnikiem,
Godzina 20:00 Klub Muzyczny Od Zmierzchu Do Świtu, Krupnicza 15
*Koncert zespołu MENTAL SHUTDOWN!
Godzina 22:00 Wrocławska Fontanna, Hala Stulecia
*Multimedialny pokaz specjalny pt. "Marzenia"

Już 23/24 sierpnia Miasto i Gmina Strzelin otwiera przestrzeń publiczną dla każdego!
 
Godzina 14:00 Wielkie, wybuchowe, wystrzałowe, kulturalne otwarcie happeningu!
W programie przewidziano między innymi:
* Koncerty polskich i zagranicznych zespołów muzycznych – Majster Kat (Słowacja), Thermit, Deathinition, Rusted Brain, Ewa Bahrs, Beata Sielicka-Kowalska, Mental Shutdown (Norwegia) NoName, Friday Blues Band, Coś Tak O, Paul Dance,
*„Nauka przez zabawę” – Bum Bum Rurki (kolorowe muzyczne tuby) jako zabawa i edukacja muzyczna,
* Konkursy z nagrodami, trwające podczas całego wydarzenia,
* Spotkania z pisarzami, prezentacje pasji autorów oraz odczyty fragmentów autorów. Zaproszenie na wydarzenie przyjęli m.in. Adamkowicz Marek, Banach Iwona, Bancarzewska Wiesława, Bauer Ewa, Dryjer Marek, Georgiou Katarzyna, Gische Victoria, Hanaf Grażyna, Hybel Marcin, Kopsik Ewa, Krajewska Marta, Joć-Adamkowicz Iwona, Łysiak Edward, Madejek Monika, Malinowski Łukasz, Masterton Graham, Miśkiewicz Jolanta, Ponińska Dorota, Piekarska Małgorzata Karolina, Romanowska Kornelia, Sala Bartłomiej, Spadło Krzysztof, Sokół-Rudowska Monika, Skwarek-Gałęska Małgorzata, Szewczyk Katarzyna, Szymanowska Wanda, Śmigielska Krystyna, Śnieżkowska-Bielak Elżbieta, Tomaszewska Maria Zofia, Tomaszewski Mirosław, Turzyński Adrian, Wąsowicz Jacek, Wilczyńska Karolina, Wojciechowicz Juliusz, Zimowski Andrzej Ziemowit, Zychla Marek,
* Warsztaty i kursy artystyczne z zaproszonymi gośćmi,
* Spektakle warszawskiego Teatru Druga Sfera – „Czkawka” i „Morfina 0.05”,
* Występy regionalnych artystów scenicznych,
* Strefa rekreacyjno-sportowa dla dzieci i młodzieży (m.in. dmuchańce, "Strefa Bałaganu", Bajkowe Przedszkole, malowanie twarzy, bańki mydlane, gry i zabawy)
* Wystawa dzieł malarzy oraz artystów współczesnych,
* Strefa Welles (kultura i sztuka zdrowia i urody),
* Punkt krwiodawstwa,
* Kwesta charytatywna na rzecz Domu Dziecka w Górcu, z której dochód zostanie przeznaczony na zakup meblościanek.
* Pole namiotowe w Parku Staromiejskim dla obieżyświatów, turystów z daleka jak i z bliska,
* Strefa smażonej gastronomi (grille, parki piwne, zimne soki itp.),
 *Strefa taniej książki,
* Kiermasz wyrobów regionalnych oraz rękodzielniczych,
* Towarzyskie imprezy sportowe dla osób niepełnosprawnych,
* Kino pod chmurką - u nas zawsze świeci słońce! (przegląd kampanii społecznościowych)
* Kursy tańców latynoamerykańskich oraz technik samoobrony,
To tylko wybrane atrakcje z wyjątkowo bogatego programu!


Szczegółowe informacje na stronie:


Zapraszamy!


Organizator: Stowarzyszenie Sztukater, organizacja non-profit oraz partnerzy.
Telefon: 791-566-675
E-mail: info@sztukater.pl
Strona internetowa: www.sztukater.pl / http://facebook.com/Sztukater

8 lipca 2014

Killer is Dead


Producent: Grasshopper Manufacture
Wydawca: Kadokawa Shoten Publishing
Gatunek: akcja, science-fiction
Data premiery: 27 sierpnia 2013

Jeśli znacie i lubicie produkcje studia Grasshopper Manufacture, to z czystym sumieniem mogę wam polecić Killer is Dead. Jestem przekonana, że fani gier sygnowanych nazwiskiem Goichiego Sudy nie będą rozczarowani, dlatego że w tym tytule znajduje się wszystko, co dla japońskiego twórcy charakterystyczne. Nie brakuje więc niezwykle widowiskowych potyczek z osobliwymi przeciwnikami; specyficznej, groteskowej estetyki; humoru, a także erotyki obecnej w jednym z trybów rozgrywki. Jeśli jednak nie mieliście wcześniej okazji poznać jakiejkolwiek gry powstałej we wspomnianym studiu lub w ogóle nie kojarzycie projektów Sudy 51, lepiej zastanówcie się chwilę zanim ruszycie do sklepów po własny egzemplarz Killer is Dead. Dlaczego zalecam ostrożność? Nie, wcale nie chcę odstraszyć potencjalnych graczy, bo jak się zaraz przekonacie, moja recenzja jest raczej pozytywna, ale mam świadomość, że nie wszystkim ten tytuł przypadnie do gustu.

 Kompozycja kadru poziom mistrzowski.

W przypadku gier akcji fabuła często schodzi na dalszy plan, ponieważ liczy się dynamiczna rozgrywka, która ma zaangażować niemal całą uwagę odbiorcy, więc pojawiająca się gdzieś w tle historia raczej nie należy do najistotniejszych elementów danego tytułu. Tak też jest z wątkiem fabularnym w Killer is Dead, ponieważ opowieść dotycząca głównego bohatera Mondo Zappy nie jest szczególnie porywająca. Najprościej rzecz ujmując – mężczyzna należy do grupy płatnych zabójców, których praca polega na eliminowaniu ze społeczeństwa wszelkich potworów, demonów i innych „czarnych charakterów”. Wszystkie egzekucje wykonywane są oczywiście w słusznej sprawie, bo dzięki nim świat zostaje oczyszczony z okrutnych tyranów, oszustów i szaleńców ogarniętych wizją uzyskania kontroli nad ludźmi. Bohater nie ma żadnych dylematów moralnych, działa jak robot bezlitośnie eliminując kolejnego przeciwnika. Jednak jak każdy twardziel, tak i Mondo ma swój słaby punkt. Mężczyzna utracił wspomnienia, nie pamięta ani kim był zanim stał się egzekutorem, ani w jaki sposób dołączył do grupy zabójców na zlecenie. 

 A to właśnie Mondo gotowy do wykonania zadania.

Jak już zaznaczyłam wcześniej wątek fabularny nie jest w tej grze najważniejszy, ale nie zmienia to faktu, że umieszczono sporo przerywników narracyjnych, dzięki którym gracz zyskuje informacje o kolejnych przeciwnikach do wyeliminowania, a także obserwuje jak stopniowo Mondo odzyskuje pamięć, co skutkuje ujawnieniem pewnego sekretu związanego z jego przeszłością. Fragmenty te nie należą do najkrótszych, ale ani razu nie odczuwałam znużenia dialogami czy też monologami poszczególnych postaci, więc uważam, że warto obejrzeć wszystkie te przerywniki do końca, żeby dokładnie wiedzieć, co i dlaczego trzeba zrobić. Ponadto niektóre są dość humorystyczne, inne nieco mroczne, więc o nudzie nie może być mowy. Skoro wspomniałam już o komizmie to muszę dodać, że w tej produkcji realizuje się on głównie poprzez dialogi protagonisty z kolejnymi bossami. Co ciekawe, co najmniej dwa razy twórcy przełamują czwartą ścianę, ponieważ Mondo otwarcie mówi o tym, że jest częścią wirtualnego świata, co wprowadza do rozgrywki dość specyficzną atmosferę.

 W tej grze większość miejsc wygląda co najmniej tak ładnie jak to.

Wszystkie walki zarówno z bossami jak i pomniejszymi przeciwnikami odbywają się w bardzo widowiskowy sposób. Bohater ma do dyspozycji katanę oraz własne, mechaniczne ramię przystosowane do zadawania ciosów specjalnych. Pokonanie wrogów nie nastręcza zbyt wiele trudności, ale żeby wyjść z każdego starcia bez szczególnego uszczerbku na zdrowiu, warto nauczyć się kilku przydatnych kombinacji pozwalających naprzemiennie unikać uderzeń oraz skutecznie atakować. Uniki są szczególnie ważne, ponieważ zazwyczaj antagoniści są znacznie więksi i silniejsi od głównego bohatera, więc jedyną szansą na ich pokonanie jest umiejętne blokowanie gradu ciosów oraz sprytne okrążanie wroga w poszukiwaniu jego najsłabszego punktu. Co jakiś czas można również uruchomić tryb furii pozwalający uzyskać przewagę nad oszołomionym i zdezorientowanym rywalem. Mondo nikomu nie okazuje litości, a sposobów zadawania śmierci ma wiele, z czego do ulubionych należy dekapitacja. Oczywiście przy każdym starciu krew leje się obficie, a w powietrzu wirują nie tylko wytrącone z rąk wrogów broń oraz fragmenty uzbrojenia, ale także odcięte kończyny przeciwników na dowód tego, że protagonista zna się na swojej robocie. Pokonanie poszczególnych bossów także ma spektakularny przebieg, dlatego że odbywa się w kilku etapach i za każdym razem potwór przemienia się w jeszcze bardziej odrażającą i groźną istotę.

 Krew tryskająca z przeciwników służy m.in. do leczenia obrażeń bohatera.

Amatorzy growych slasherów powinni być usatysfakcjonowani, ponieważ w Killer is Dead walczyć trzeba niemal na każdym kroku i to nie z byle kim, bo wśród przeciwników nie ma zwyczajnych, banalnych postaci. Gracz musi zmierzyć się między innymi z wampirem, opanowaną przez demona dziewczyną, gigantem niszczącym całe miasto, a także upiornym… pociągiem. Jak zwykle twórcom z Grasshopper Manufacutre nie zabrakło fantazji przy wymyślaniu kolejnych zadań oraz projektowaniu otoczenia, w którym poszczególne misje należy wykonać, dlatego w przerwach między pozbawianiem życia kolejnych antagonistów, podziwiałam uroki mrocznego zamczyska, pięknej willi znajdującej się na księżycu, krainy reprezentującej świat snów oraz kilka innych równie interesujących lokacji. Od gier, nad którymi pieczę sprawuję Suda 51 oczekuję nietypowej estetyki łączącej niepasujące z pozoru konwencje gatunkowe. Na szczęście recenzowany tytuł nie zawodzi pod tym względem i prezentuje dokładnie to, czego się spodziewałam, czyli radosne, nasycone barwy oraz błyszczące elementy skontrastowane z brutalnym przebiegiem rozgrywki. Myślę, że tylko w projektach Sudy można podziwiać krople krwi układające się w fantazyjne wzory, cienie na twarzach bohaterów, przywodzące na myśl estetykę kina noir oraz szereg absurdalnie kolorowych świecidełek potrzebnych do rozwijania umiejętności bohatera. Wszystko to tworzy nieco groteskową mieszankę, którą spotkać można niemal we wszystkich grach japońskiego twórcy.

Lepiej nie dociekać, co to za monstrum.

Z tego, co zdążyłam zaobserwować wynika, że Killer is Dead często obrywa od recenzentów za kontrowersyjny tryb Gigolo Mode polegający na tym, że Mondo musi uwieść kilka kobiet. Zgodzę się, że misji, w których zadaniem bohatera jest patrzenie na biust czy krocze swoich towarzyszek, a następnie obdarowywanie ich prezentami w nadziei, że piękne panie zgodzą się na wspólne spędzenie nocy, nie można nazwać wyrafinowanymi czy subtelnymi, ale dziwi mnie aż taka nagonka na tę grę. Produkcje Sudy 51 są specyficzne i chyba czas do tego przywyknąć, a nie rozpętywać burzę za każdym razem, gdy w dialogach padną komentarze o podtekście seksualnym lub na ekranie ukaże się skąpo odziana kobieta. Zresztą inspiracją w tworzeniu postaci głównego bohatera był James Bond, co też wiele tłumaczy. Jednak nie można zapominać, że Gigolo Mode służy głównie do otrzymywania nowych rodzajów broni. Jeśli Mondo uwiedzie którąś z kobiet, w nagrodę dostanie od niej dodatkowe uzbrojenie, które szybko okazuje się przydatne w walce z wymagającymi przeciwnikami.

 Ciekawe, co lubią wampirzyce. Kwiatki, czekoladki, a może biżuterię?

Nie ukrywam, że opisywana gra przypadła mi do gustu i z niecierpliwością czekam na kolejny tytuł promowany przez Goichiego Sudę, ale niestety produkcja nie jest bez wad. Najpoważniejszy minus dotyczy bardzo złej optymalizacji powodującej, że wersja na PC może napsuć użytkownikom krwi. Widać, że sterowanie jest dostosowane do konsoli, więc w trakcie grania na komputerze często irytowałam się na dziwne, zupełnie nieintuicyjne rozwiązania. Ale o ile taką niedogodność mogłabym jeszcze jakoś przełknąć, o tyle nie do wybaczenia są błędy skutkujące tym, że często albo dana misja nie chce się wczytać za pierwszym razem, albo nagle rozgrywka zostaje bez powodu przerwana, a cały postęp w grze utracony. Wprawdzie błędy nie zdarzają się nagminnie, ale mnie wystarczyło, że dwa razy zaczynałam to samo zadanie, żeby porządnie się zezłościć. Jako mniej poważne wady muszę wypunktować stanowczo za krótki czas rozgrywki, bo przejście tego tytułu nie trwa więcej niż 8 godzin, a także dość wyśrubowane wymagania związane z rozwojem postaci. Zanim zdołałam ulepszyć wszystkie cechy bohatera to gra się po prostu skończyła.

Akcja, akcja i jeszcze raz akcja.

Zgodnie z tym, co napisałam w pierwszym akapicie, polecam Killer is Dead fanom zwariowanych, nieco groteskowych a czasami nawet absurdalnych gier, w których nacisk położono na akcję, a nie rozbudowaną fabułę. Amatorzy widowiskowych pojedynków i oryginalnie wyglądających lokacji na pewno będą zadowoleni. Sama z pewnością wystawiłabym wyższą ocenę, gdyby tylko wersja na PC była bardziej dopracowana. Niestety tak nie jest, więc Killer is Dead może liczyć jedynie na mocną siódemkę.

Ocena: 7 / 10

 Grę otrzymałam dzięki uprzejmości portalu ŚwiatGry.pl




2 lipca 2014

Kosogłos - Suzanne Collins


Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 376


Na listę noworocznych postanowień czytelniczych wpisałam punkt dotyczący szybkiego poznawania rozpoczętych serii, bo nie może być tak, że dany cykl czytam przez lata i w końcu zapominam, co działo się w pierwszych częściach i jakie emocje towarzyszyły mi w trakcie ich lektury. Połowa roku już za nami i niestety nie mogę pochwalić się imponującymi osiągnięciami ani w kwestii tego postanowienia, ani kilku innych, ale przynajmniej w końcu udało mi się skończyć trylogię Suzanne Collins. Igrzyska śmierci czytałam niespełna trzy lata temu i pamiętam, że książka wywarła na mnie duże wrażenie, o czym zresztą świadczy bardzo entuzjastyczna recenzja. Kontynuacja nadal mi się podobała, chociaż maksymalnej noty wystawić już nie mogłam. Teraz wreszcie przyszedł czas na ostatni tom i od razu mogę zdradzić, że odebrałam go pozytywnie, mimo że bez pewnych zgrzytów się nie obyło.

Katniss Everdeen przetrwała Głodowe Igrzyska, przetrwała też Ćwierćwiecze Poskromienia, które miało przypomnieć wszystkim obywatelom Panem, że władza Kapitolu wciąż jest potężna i nikt w państwie nie może czuć się bezpieczny, nawet jeśli należy do grupy zwycięskich Trybutów. Po dramatycznych wydarzeniach opisanych w poprzedniej części dziewczyna została przeniesiona do dystryktu, który według informacji podawanych przez władze od dawna nie istnieje. Wydaje się, że w Trzynastce zarówno Katniss jak i jej bliskim nic nie grozi, ale czy na pewno tak jest? Czy wszystkim rebeliantom zależy na obaleniu prezydenta Snowa i skończeniu z rządami tyranii? Bohaterka musi szybko znaleźć odpowiedzi na te pytania, ponieważ staje się Kosogłosem – symbolem buntu przeciwko dotychczasowej władzy i osobą zagrzewającą do walki o wolność, co sprawia, że niespostrzeżenie może stać się jedynie pionkiem w rękach doświadczonych polityków niewahających się wykorzystać jej pozycji do własnych celów.

W poprzedniej części Suzanne Collins skupiła się na podkreśleniu okrucieństwa i potęgi władz sprawiających, że w państwie Panem niezwykle ciężko żyło się wszystkim, którzy w jakiś sposób próbowali przeciwstawić się systemowi. Natomiast w ostatnim tomie pisarka położyła nacisk na pokazanie jak imperium prezydenta Snowa stopniowo chyli się ku upadkowi. Zgodnie z moimi przewidywaniami Kosogłos opowiada o wojnie mającej przywrócić nowy porządek i zlikwidować bestialskie zawody na arenie z udziałem nieletnich obywateli. Oczywiście każdy taki konflikt niesie liczne straty, niektóre bardzo dotkliwe, inne nieco mniej bolesne, ale na zawsze pozostawiające ślad w psychice walczących. Cieszę się, że w powieści nie ma sztucznie umoralniających fragmentów, bo przecież nie trzeba czytelnikom łopatologicznie tłumaczyć, że każda wojna jest tragedią, nawet ta prowadzona w teoretycznie słusznej sprawie. Taki wniosek jest oczywistością i bardzo dobrze, że Collins unika moralizatorstwa i patosu, a zamiast tego pokazuje, w jaki sposób jednostka może nagle zostać uwikłana w szereg intryg i zależności nakazujących przewidywanie konsekwencji każdej podjętej decyzji. Ponadto przypomina, że rzadko kiedy walczący dzielą się po prostu na tych dobrych albo złych.

Dynamice akcji nic nie mogę zarzucić, ponieważ od powieści wieńczącej trylogię wprost nie można się oderwać dzięki cliffhangerom niemal w każdym rozdziale. Wiele razy obiecywałam sobie, że przeczytam jeszcze tylko jeden rozdział, a potem wreszcie wstanę/pójdę spać/wezmę się za obowiązki itd. Chyba nie muszę dodawać, że nigdy słowa nie dotrzymywałam, bo większość rozdziałów kończy się tak zaskakującym oraz emocjonującym wydarzeniem, że nie sposób odłożyć książkę na półkę bez poznania dalszych losów bohaterów. Jak zwykle na plus zasługuje także kreacja większości postaci, pozwalająca mnie jako czytelnikowi uwierzyć w prawdziwość stworzonych charakterów, a tym samym nie być obojętną na to, co dzieje się z protagonistami. Nie zawsze zgadzałam się z postępowaniem Katniss, ale ani razu nie odczułam, że jej zachowanie jest przypadkowe czy nielogiczne, co oznacza, że autorka dobrze skonstruowała tę bohaterkę i wiarygodnie pokazała jej przemianę z anonimowej, pragnącej jedynie zapewnić godziwe życie swojej rodzinie dziewczyny w młodą kobietę porywającą tłumy do walki, a przy tym wciąż skromną i zachowującą rozsądek. Inni protagoniści również zostali świetnie sportretowani, chociaż musze wytknąć irytujące niedomówienia dotyczące relacji pomiędzy Katniss i Gale’em, wynikające ze zbyt małej uwagi poświęconej przyjacielowi nastoletniej rebeliantki. Gale był zawsze jedną z ważniejszych postaci, a w tej części autorka w dość znaczący sposób zmarginalizowała jego rolę, co moim zdaniem wyszło dość niezręcznie, bo przecież to właśnie Gale i Peeta od pierwszej części rywalizowali o uwagę panny Everdeen.

Skoro poruszyłam już aspekt tak zwanego wątku romansowego, to muszę zaznaczyć, że autorka wykazała się konsekwencją i w ostatniej części również nie poświęciła zbyt wiele miejsca na sercowe dylematy bohaterów. Nie będę ukrywać, że mnie takie rozwiązanie bardzo odpowiadało, bo znacznie bardziej byłam zainteresowana tym czy uda się pokonać Kapitol i po czyjej stronie ostatecznie opowie się Katniss niż tym, którego adoratora wybierze. Niemniej oczywiście Collins zadbała o to, żeby i ta sprawa wyjaśniła się na samym końcu, chociaż w mojej ocenie pisarka poszła nieco na łatwiznę, bo tak naprawdę to nie główna bohaterka dokonała wyboru, a określony splot wydarzeń zadecydował niejako za nią.

Nie da się ukryć, że mój zachwyt nad książkami Suzanne Collins trochę osłabł. Dalej uważam, że to fajne i dość oryginalne powieści, ale myślę, że gdybym dzisiaj po raz pierwszy przeczytała Igrzyska śmierci, to najwyższej oceny raczej bym nie wystawiła. Jeśli chodzi o ostatnią część to uważam, że Kosogłos jest udaną historią, chociaż kilka niedociągnięć w postaci marginalizacji wątku Gale’a czy też pobieżnych wyjaśnień pewnych wydarzeń (np. fragment przed rezydencją prezydenta Snowa i to, co spotkało Katniss) oraz informowanie w kluczowych momentach, że dana osoba z Kapitolu też stoi po stronie rebeliantów, sygnalizują zbyt wygodne dla autorki rozwiązania trudnych sytuacji. Niemniej całą trylogię polecam amatorom dynamicznie rozwijającej się akcji oraz przerażającej wizji przyszłości, w której najwyższą wartością dla wielu ludzi jest dobra zabawa przyjmująca formę śledzenia krwawych zmagań na arenie, będących prawdziwą walką na śmierć i życie.

Ocena: 4,5 / 6

Cykl Igrzyska śmierci:
 

Książka przeczytana w ramach wyzwania Z półki.

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za trzymanie kciuków i miłe słowa w komentarzach. Najwyraźniej pomogły, bo w czwartek obroniłam się na 5 :)