2 lipca 2014

Kosogłos - Suzanne Collins


Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 376


Na listę noworocznych postanowień czytelniczych wpisałam punkt dotyczący szybkiego poznawania rozpoczętych serii, bo nie może być tak, że dany cykl czytam przez lata i w końcu zapominam, co działo się w pierwszych częściach i jakie emocje towarzyszyły mi w trakcie ich lektury. Połowa roku już za nami i niestety nie mogę pochwalić się imponującymi osiągnięciami ani w kwestii tego postanowienia, ani kilku innych, ale przynajmniej w końcu udało mi się skończyć trylogię Suzanne Collins. Igrzyska śmierci czytałam niespełna trzy lata temu i pamiętam, że książka wywarła na mnie duże wrażenie, o czym zresztą świadczy bardzo entuzjastyczna recenzja. Kontynuacja nadal mi się podobała, chociaż maksymalnej noty wystawić już nie mogłam. Teraz wreszcie przyszedł czas na ostatni tom i od razu mogę zdradzić, że odebrałam go pozytywnie, mimo że bez pewnych zgrzytów się nie obyło.

Katniss Everdeen przetrwała Głodowe Igrzyska, przetrwała też Ćwierćwiecze Poskromienia, które miało przypomnieć wszystkim obywatelom Panem, że władza Kapitolu wciąż jest potężna i nikt w państwie nie może czuć się bezpieczny, nawet jeśli należy do grupy zwycięskich Trybutów. Po dramatycznych wydarzeniach opisanych w poprzedniej części dziewczyna została przeniesiona do dystryktu, który według informacji podawanych przez władze od dawna nie istnieje. Wydaje się, że w Trzynastce zarówno Katniss jak i jej bliskim nic nie grozi, ale czy na pewno tak jest? Czy wszystkim rebeliantom zależy na obaleniu prezydenta Snowa i skończeniu z rządami tyranii? Bohaterka musi szybko znaleźć odpowiedzi na te pytania, ponieważ staje się Kosogłosem – symbolem buntu przeciwko dotychczasowej władzy i osobą zagrzewającą do walki o wolność, co sprawia, że niespostrzeżenie może stać się jedynie pionkiem w rękach doświadczonych polityków niewahających się wykorzystać jej pozycji do własnych celów.

W poprzedniej części Suzanne Collins skupiła się na podkreśleniu okrucieństwa i potęgi władz sprawiających, że w państwie Panem niezwykle ciężko żyło się wszystkim, którzy w jakiś sposób próbowali przeciwstawić się systemowi. Natomiast w ostatnim tomie pisarka położyła nacisk na pokazanie jak imperium prezydenta Snowa stopniowo chyli się ku upadkowi. Zgodnie z moimi przewidywaniami Kosogłos opowiada o wojnie mającej przywrócić nowy porządek i zlikwidować bestialskie zawody na arenie z udziałem nieletnich obywateli. Oczywiście każdy taki konflikt niesie liczne straty, niektóre bardzo dotkliwe, inne nieco mniej bolesne, ale na zawsze pozostawiające ślad w psychice walczących. Cieszę się, że w powieści nie ma sztucznie umoralniających fragmentów, bo przecież nie trzeba czytelnikom łopatologicznie tłumaczyć, że każda wojna jest tragedią, nawet ta prowadzona w teoretycznie słusznej sprawie. Taki wniosek jest oczywistością i bardzo dobrze, że Collins unika moralizatorstwa i patosu, a zamiast tego pokazuje, w jaki sposób jednostka może nagle zostać uwikłana w szereg intryg i zależności nakazujących przewidywanie konsekwencji każdej podjętej decyzji. Ponadto przypomina, że rzadko kiedy walczący dzielą się po prostu na tych dobrych albo złych.

Dynamice akcji nic nie mogę zarzucić, ponieważ od powieści wieńczącej trylogię wprost nie można się oderwać dzięki cliffhangerom niemal w każdym rozdziale. Wiele razy obiecywałam sobie, że przeczytam jeszcze tylko jeden rozdział, a potem wreszcie wstanę/pójdę spać/wezmę się za obowiązki itd. Chyba nie muszę dodawać, że nigdy słowa nie dotrzymywałam, bo większość rozdziałów kończy się tak zaskakującym oraz emocjonującym wydarzeniem, że nie sposób odłożyć książkę na półkę bez poznania dalszych losów bohaterów. Jak zwykle na plus zasługuje także kreacja większości postaci, pozwalająca mnie jako czytelnikowi uwierzyć w prawdziwość stworzonych charakterów, a tym samym nie być obojętną na to, co dzieje się z protagonistami. Nie zawsze zgadzałam się z postępowaniem Katniss, ale ani razu nie odczułam, że jej zachowanie jest przypadkowe czy nielogiczne, co oznacza, że autorka dobrze skonstruowała tę bohaterkę i wiarygodnie pokazała jej przemianę z anonimowej, pragnącej jedynie zapewnić godziwe życie swojej rodzinie dziewczyny w młodą kobietę porywającą tłumy do walki, a przy tym wciąż skromną i zachowującą rozsądek. Inni protagoniści również zostali świetnie sportretowani, chociaż musze wytknąć irytujące niedomówienia dotyczące relacji pomiędzy Katniss i Gale’em, wynikające ze zbyt małej uwagi poświęconej przyjacielowi nastoletniej rebeliantki. Gale był zawsze jedną z ważniejszych postaci, a w tej części autorka w dość znaczący sposób zmarginalizowała jego rolę, co moim zdaniem wyszło dość niezręcznie, bo przecież to właśnie Gale i Peeta od pierwszej części rywalizowali o uwagę panny Everdeen.

Skoro poruszyłam już aspekt tak zwanego wątku romansowego, to muszę zaznaczyć, że autorka wykazała się konsekwencją i w ostatniej części również nie poświęciła zbyt wiele miejsca na sercowe dylematy bohaterów. Nie będę ukrywać, że mnie takie rozwiązanie bardzo odpowiadało, bo znacznie bardziej byłam zainteresowana tym czy uda się pokonać Kapitol i po czyjej stronie ostatecznie opowie się Katniss niż tym, którego adoratora wybierze. Niemniej oczywiście Collins zadbała o to, żeby i ta sprawa wyjaśniła się na samym końcu, chociaż w mojej ocenie pisarka poszła nieco na łatwiznę, bo tak naprawdę to nie główna bohaterka dokonała wyboru, a określony splot wydarzeń zadecydował niejako za nią.

Nie da się ukryć, że mój zachwyt nad książkami Suzanne Collins trochę osłabł. Dalej uważam, że to fajne i dość oryginalne powieści, ale myślę, że gdybym dzisiaj po raz pierwszy przeczytała Igrzyska śmierci, to najwyższej oceny raczej bym nie wystawiła. Jeśli chodzi o ostatnią część to uważam, że Kosogłos jest udaną historią, chociaż kilka niedociągnięć w postaci marginalizacji wątku Gale’a czy też pobieżnych wyjaśnień pewnych wydarzeń (np. fragment przed rezydencją prezydenta Snowa i to, co spotkało Katniss) oraz informowanie w kluczowych momentach, że dana osoba z Kapitolu też stoi po stronie rebeliantów, sygnalizują zbyt wygodne dla autorki rozwiązania trudnych sytuacji. Niemniej całą trylogię polecam amatorom dynamicznie rozwijającej się akcji oraz przerażającej wizji przyszłości, w której najwyższą wartością dla wielu ludzi jest dobra zabawa przyjmująca formę śledzenia krwawych zmagań na arenie, będących prawdziwą walką na śmierć i życie.

Ocena: 4,5 / 6

Cykl Igrzyska śmierci:
 

Książka przeczytana w ramach wyzwania Z półki.

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za trzymanie kciuków i miłe słowa w komentarzach. Najwyraźniej pomogły, bo w czwartek obroniłam się na 5 :)

19 czerwca 2014

Sto imion - Cecelia Ahern


Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 448

Dziennikarka Kitty Logan przechodzi ciężki czas w życiu. Przez wiele miesięcy pracowała nad pewną sprawą, mając nadzieję, że opublikowanie związanych z nią materiałów zaowocuje sławą i uznaniem w środowisku dziennikarskim i nie tylko. Jednak kobieta popełniła ogromny błąd i zamiast spodziewanego splendoru spłynęła na nią fala krytyki, nienawiści i potępienia. Ostatnią deską ratunku dla jej kariery jest artykuł zlecony przez umierającą zwierzchniczkę i przyjaciółkę zarazem. Jednak to zlecenie wydaje się trudniejsze od wszystkich, z jakimi Kitty kiedykolwiek miała do czynienia, ponieważ właściwie nie wiadomo, o czym ten tekst ma być. Bohaterka otrzymała listę stu nazwisk i jej zadaniem jest nie tylko odnalezienie tych osób, ale także dotarcie do powiązań między nimi, mogących stać się materiałem na reportaż. Oczywiście od początku nic nie układa się po myśli Kitty, a uciekający czas boleśnie przypomina jej, że od napisania tego artykułu tak wiele zależy.

Jeśli znacie twórczość Cecelii Ahern to z pewnością domyślacie się, że wszystkie wydarzenia spotykające główną bohaterkę pojawiają się po to, by mogła zastanowić się nad tym, co jest dla niej w życiu najważniejsze i zmienić swoje podejście do kariery, rodziny, nawiązywania nowych znajomości itd. Motyw znaczącej przemiany postaci nie jest niczym ożywczym czy zaskakującym u Ahern i przyznam, że z tego powodu powieść Sto imion nie podobała mi się tak bardzo jak przewidywałam. Naturalnie nie uważam, że to zła książka, bo czytałam ją z dużą przyjemnością, niemniej w pewnym momencie domyśliłam się, co łączy wszystkie osoby z listy, więc zakończenie całej historii nie wywarło na mnie aż tak dużego wrażenia. Jednak pomimo tego doceniam pozytywny wydźwięk bijący z nowej książki Ahern. Uważam, że ten optymizm również można włączyć do elementów charakterystycznych dla pisarstwa irlandzkiej autorki. Nieważne jak koszmarnie sytuacja wygląda i jak źle wszystko się układa w życiu postaci, to na koniec i tak dla każdego zaświeci słońce. Czasem finał jest słodko-gorzki, bo Cecelia Ahern nie tworzy opowieści zupełnie oderwanych od życia, ale tak jak w przypadku pozostałych przeczytanych książek, tak i po lekturze Stu imion czuję pozytywną energię i znacznie bardziej przychylne nastawienie do świata.  

Jak już napisałam wcześniej, nie zaskoczyło mnie to, że Kitty przemyśli kilka spraw, wyciągnie wnioski ze swojego dotychczasowego postępowania, a także przekona się, kto jest jej prawdziwym przyjacielem i na kim może polegać, więc charakter tej postaci został zbudowany dość sztampowo. Znacznie bardziej interesujący wydali mi się pozostali bohaterowie, czyli osoby z dziwnej listy, których Kitty, a tym samym czytelnicy w miarę rozwoju fabuły poznają coraz lepiej. Każda z tych postaci jest intrygująca, lekko tajemnicza i nieprzewidywalna, więc opisanie ich losów uważam za ogromną zaletę powieści, zwłaszcza że pisarka postarała się, żeby różnili się pod względem charakteru, wykonywanej pracy oraz sytuacji rodzinnej. Nie chcę zdradzić zbyt wiele, ale życiorysy tych bohaterów są często tak zagmatwane, że nie sposób się nudzić w trakcie czytania fragmentów im poświęconych. Wracając jednak raz jeszcze do głównej protagonistki, ostrzegam, że nie zawsze da się ją lubić. Momentami Kitty jest irytująco samolubna i nieodpowiedzialna, więc czasami miałam jej serdecznie dość, ale powtórzę, że chyba tak miało być i bohaterka powinna stopniowo zyskiwać sympatię czytelników.

Styl pisania Ahern można określić jako lekki, ale nie sądzę, żeby to była wada. Sto imion czyta się błyskawicznie dzięki wplecionym humorystycznym akcentom w postaci zabawnych dialogów lub sytuacji przytrafiających się bohaterom. Cała historia raczej nie jest zbyt realistyczna, ale akurat w tym przypadku mnie to nie drażni, bo przesłanie powieści jak najbardziej przystaje do rzeczywistości. Nie wyobrażam sobie więc, że wielka wyprawa zorganizowana przez bohaterkę mogłaby naprawdę dojść do skutku, ale przecież nie o dosłowność w tej książce chodzi. Polecam, jeśli chcecie poznać nieco idealistyczną wizję świata, w którym każdy zasługuje na drugą szansę; na poprawę; na znalezienie bratniej duszy. Zapewniam, że pozytywne emocje gwarantowane. Mam tylko nadzieję, że w kolejnej książce pisarka wyjdzie poza schemat, bo obawiam się, że powielany motyw przemiany i przewartościowania życia może się w końcu znudzić.

Ocena: 4.5 / 6

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Akurat. 

Tu kupisz Sto imion:

http://muza.com.pl/literatura-kobieca/1657-sto-imion-9788377586105.html?dosiakksiazkowo

18 czerwca 2014

Wróciłam :)

Właściwie to tytuł posta wyjaśnia wszystko, więc nie będę się specjalnie rozpisywać, żeby nie zanudzać was prywatą. Zdradzę tylko, że odwyk od bloga i czytania dla przyjemności dłużył mi się niemiłosiernie, ale warto było przecierpieć, bo praca magisterska skończona. Obrona odbędzie się pod koniec czerwca, więc trzymanie kciuków na pewno mi się przyda :) Dziękuję za wszystkie wspierające komentarze pod poprzednim postem, naprawdę bardzo przyjemnie zaskoczyliście mnie swoim odzewem :) Przez półtora miesiąca nie tknęłam literatury niezwiązanej z tematem pracy, ale jutro pojawi się na blogu recenzja książki przeczytanej pod koniec kwietnia, więc proszę jeszcze o jeden dzień cierpliwości :)

5 maja 2014

Blogowa przerwa

Bloga prowadzę od ponad trzech lat i przyznam, że pisanie recenzji stało się moim hobby. Może nie tak dużym jak czytanie, ale jednak. Bardzo lubię dzielić się z wami wrażeniami z poznanych lektur, dyskutować, odpowiadać na komentarze i oczywiście odwiedzać wasze blogi. Niestety muszę zarządzić krótki odwyk od blogaska, bo zależy mi na skończeniu studiów jeszcze w czerwcu, co oznacza, że maj poświęcę na pisanie magisterki i inne uczelniane sprawy. Może od czasu do czasu uda mi się do was zajrzeć albo skrobnąć parę słów, ale na pewno nie z taką częstotliwością jak teraz. Wrócę jak tylko się ze wszystkim uporam, czyli w optymistycznej wersji pod koniec maja, a w pesymistycznej w połowie czerwca. Czekajcie cierpliwie :)

29 kwietnia 2014

Dziewczyna ze śniegiem we włosach - Ninni Schulman


Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 400

Moda na skandynawskie, a zwłaszcza szwedzkie kryminały nadal trwa i nic nie wskazuje na to, żeby miała wkrótce przeminąć. Akurat ten trend w literaturze mi odpowiada, więc z chęcią sięgam zarówno po powieści cieszące się już pewną renomą, jak i po książki, które dopiero próbują przebić się do szerokiego grona odbiorców. Jakiś czas temu kupiłam debiutanckie dzieło Ninni Schulman, mimo że jego tytuł chyba nie mógłby być bardziej banalny. Nie czytałam opisu fabuły, ale zapoznałam się z oceną w serwisie Biblionetka (4,42) oraz kilkoma całkiem pozytywnymi recenzjami i stwierdziłam, że warto zaryzykować. Okładka upstrzona jest marketingowymi hasłami głoszącymi, że jest to świetna, na wskroś skandynawska, wielowątkowa i znakomicie napisana historia, o której stworzeniu Camilla Läckberg mogłaby tylko pomarzyć. No cóż, moim zdaniem Dziewczyna ze śniegiem we włosach to taki kryminalny zwykłak i nie ma się czym zachwycać. Intryga jest poprawna, bohaterowie zwyczajni, styl pisania też niczym się nie wyróżnia. Nie jest źle, ale cudów nie ma i śmiem twierdzić, że jednak to pani Schulman mogłaby się czegoś od Läckberg nauczyć.

Szesnastoletnia Hedda wychodzi na sylwestrową imprezę do koleżanki. Jednak mijają godziny, a później dni, a dziewczyna nie wraca do domu i nie daje żadnego znaku życia. Zaniepokojeni rodzice zgłaszają na policji zaginięcie córki. Kilka dni później ktoś odkrywa w ziemiance nagie ciało młodej dziewczyny, która z całą pewnością została zamordowana. Czy to Hedda? Pytania mnożą się w zastraszającym tempie, a odpowiedzi nie nadchodzą, mimo że policja robi, co może. W sprawę mocno angażuje się dziennikarka Magdalena Hansson, która po rozwodzie wróciła w rodzinne strony, by odzyskać równowagę i skupić się na wychowaniu sześcioletniego synka. Nagle okazuje się, że niejeden mieszkaniec spokojnego miasteczka położonego w regionie Värmland ma wiele do ukrycia i Magda może zapomnieć o sielskim życiu na prowincji. Zwłaszcza, gdy jej tropem podąża przestępca.

Mam nadzieję, że dobrze mnie zrozumiecie. Debiut Ninni Schulman jest całkiem przyzwoity i jestem pewna, że powieść podobałaby mi się bardziej, gdybym dopiero zaczynała przygodę ze szwedzkimi kryminałami. Jednak teraz jestem już bardziej wybredna i zaledwie poprawna historia o poszukiwaniach mordercy nie może u mnie otrzymać wysokiej oceny. Nie znaczy to, że powinniście omijać tę książkę szerokim łukiem, bo jako niewymagające czytadło sprawdza się dobrze. Przyznam też, że czuję się dość dziwnie, nadając tej lekturze miano „czytadła”, bo temat poruszony przez pisarkę jest bardzo ważny i bulwersujący, ale wszystko zostało opisane w sposób chłodny, niewzbudzający u czytelnika emocji. Zaginięcie nastoletniej Heddy powoduje lawinę innych zdarzeń, na skutek których na jaw wychodzą obrzydliwe sekrety. Nie mogę napisać zbyt wiele, ale z pewnością nic się nie stanie jak zdradzę, że Dziewczyna ze śniegiem we włosach nie jest jedynie opowieścią o morderstwie. Autorka poruszyła także inną, istotną kwestię, ale jak dla mnie wciąż zachowywała dystans. Miałam wrażenie, że nie potrafi opisać tego tematu tak, by zszokować i poruszyć.

Podobno główną bohaterką książek Schulman jest wspomniana już Magda Hansson, ale w moim odczuciu w tej powieści właściwie nie ma najważniejszej postaci. Oczywiście pisarka sporo miejsca poświęciła dziennikarce, ale równie ważną rolę odgrywają policjanci Petra Wilander i Christer Berglund. Wydawało mi się czasami, że postać Magdy jest trochę zbędna, jakby autorka na siłę wcisnęła w historię rozwiedzioną dziennikarkę zabawiającą się w detektywa. Kobieta irytowała mnie swoim nieodpowiedzialnym i nieprofesjonalnym zachowaniem. Dzwoniła na komendę pod byle pretekstem, żeby tylko zdobyć jakieś informacje do artykułu, ale już o najważniejszej sprawie nie pisnęła ani słówka. Zamiast tego sama wzięła się do roboty i pozwoliła się zdemaskować w bardzo głupi sposób. Zresztą takich mało logicznych zachowań bohaterów jest w tej książce więcej. Jedna z postaci bardzo martwi się o swoje dziecko, ponieważ nie można się z nim skontaktować przez kilka dni, ale nie przyjdzie jej do głowy, żeby przez ten czas podjąć jakieś działania. Po prostu siedzi, czeka, zamartwia się i wyobraża sobie najgorsze scenariusze, ale nic nie robi. Z kolei inna bohaterka w kluczowym momencie wykazuje się taką niezdarnością, że to woła o pomstę do nieba.

Intryga kryminalna nie należy do najgorzej obmyślonych, chociaż nie odczuwałam wielkiego napięcia ani przez chwilę. Czytałam sobie, ale w każdej chwili mogłam odłożyć książkę na bok i zająć się czymś innym. Dobry kryminał raczej nie pozwala na tak beztroskie porzucenie lektury. Zaangażowanie w historię utrudniały także nietypowe przeskoki pomiędzy wydarzeniami. W jednym akapicie śledziłam losy Magdy, a stronę dalej już przenosiłam się do innego bohatera. I tak przez cały czas. Podział na rozdziały jest właściwie zbędny w takiej sytuacji, bo najważniejsze są akapity. Nie wiem, dlaczego Ninni Schulman nie skupia się przez kilka stron na jednej postaci tylko wciąż zmienia obiekt zainteresowania. Może taki zabieg miał uczynić historię bardziej dynamiczną? Moim zdaniem to nie wypaliło, zwłaszcza że prawie każdy akapit zaczyna się od imienia i nazwiska bohatera, więc wciąż czytałam, że Magdalena Hannson zrobiła coś tam, Petra Wilander coś tam itd. Jakby nie można było rozpocząć nowego akapitu od czegoś innego niż personalia postaci.

Ponarzekałam na tę książkę i to chyba całkiem sporo, ale nie chcę was do lektury zniechęcać tylko przygotować na to, co otrzymacie decydując się na przeczytanie Dziewczyny ze śniegiem we włosach. Sama nie żałuję czasu poświęconego na tę powieść, zapewne przeczytam również drugą książkę tej autorki, ale z przykrością muszę stwierdzić, że historia nie wywarła na mnie zbyt dużego wrażenia. Czytało się dość przyjemnie i nic poza tym. 

Ocena: 3,5 / 6

Cykl Magdalena Hansson

1. Dziewczyna ze śniegiem we włosach
2. Mężczyzna, który przestał płakać

Książka przeczytana w ramach wyzwań Czytamy kryminałyGrunt to okładkaZ półkiKlucznikKryminalne wyzwanie

25 kwietnia 2014

Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści - H.P. Lovecraft


Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 792

Zbiór opowiadań Lovecrafta otrzymałam w prezencie z okazji ostatnich urodzin i jak tylko zdjęłam ozdobne opakowanie i zobaczyłam, co też się w nim kryje, wiedziałam, że jest to najlepszy książkowy podarunek, jaki kiedykolwiek dostałam. Od dawna bowiem chciałam zapoznać się z twórczością pisarza okrzykniętego mistrzem fantastyki grozy, którego dzieła od wielu dekad inspirują nie tylko literatów, ale także muzyków, twórców gier komputerowych i rysowników. Książka kilka miesięcy przeleżała na półce, ponieważ uznałam, że do tego, by wkroczyć w świat opowiadań Lovecrafta potrzebuję spokoju oraz czasu na to, żeby nieśpiesznie delektować się każdym słowem. Później jednak doszłam do wniosku, że skoro nic nie wskazuje na to, bym nagle mogła zapomnieć o wszystkich obowiązkach na wiele dni i po prostu oddać się lekturze, to nie ma sensu dłużej zwlekać z zatopieniem się w tę osobliwą i pełną potworności rzeczywistość. Otworzyłam książkę, zaczęłam czytać pierwsze opowiadanie i przepadłam. Howard Phillips Lovecraft to wirtuoz słowa pisanego, posiadający tak bogatą, a zarazem przerażającą wyobraźnię, że doprawdy nie sądzę, by jakikolwiek inny pisarz mógł się z nim równać.

Twórczość tego artysty po prostu mnie urzekła. Ale nie w taki oczywisty sposób wynikający z niemożności przerwania lektury; przerażenia wywoływanego przez opisy potwornych światów i istot czy też prostego stylu, dzięki któremu „książka czyta się sama”. Żaden z wymienionych wyznaczników świetnej lektury, moim zdaniem do Zgrozy w Dunwich nie pasuje, ponieważ zbiór podczytywałam niemal przez dwa miesiące, odczuwana groza wcale nie była tak wielka, a język momentami wydawał mi się nazbyt archaiczny. Dlaczego więc wystawiam opowiadaniom Lovecrafta najwyższą ocenę? Już tłumaczę. Zachwycił mnie paradoks jego prozy. Z jednej strony pisarz wykazał się niesamowitą konsekwencją w kreowaniu przedziwnych istot i sytuacji, w których dochodzi do spotkania głównego bohatera z potworem, przez co wszystkie teksty są spójne. Ale jednocześnie, wykorzystane motywy, odwołania i nadnaturalne postaci zostały potraktowane z zaskakującą swobodą. W większości utworów zgromadzonych w tym zbiorze pojawiają się przedstawiciele nieznanych, przybyłych z kosmosu cywilizacji stanowiący dla bohaterów zagrożenie. Są więc wzmianki o istotach nazywanych Wielkimi Przedwiecznymi; potężnych bóstwach takich jak Cthulhu czy Dagon, a także przedziwnych koncepcjach międzygwiezdnych podróży umysłu. To wszystko sprawia, że uniwersum stworzone przez Lovecrafta, nazywane także mitologią Cthulhu, pozostawia tak wiele luk, które wypełniają czytelnicy oraz inny artyści, odwołując się w swoich dziełach do prozy amerykańskiego pisarza.

W akapicie powyżej napisałam, że obcowanie z tekstami autora nie dostarcza potężnej dawki przerażenia i swoje zdanie podtrzymuję, ponieważ w trakcie lektury nie czułam się specjalnie wystraszona. Jednak muszę uściślić jedną rzecz – czytając opowiadania Lovecrafta wcale się nie bałam, ale prawdziwa, ta najgorsza i najpotężniejsza groza przychodziła w chwilach, gdy odkładałam książkę na półkę. Te historie we mnie zostały, nie sposób o nich zapomnieć, ponieważ powracają w postaci uporczywych myśli, skojarzeń i rozważań o tym czy autor nie zawarł w nich cząstki prawdy, czy przypadkiem nie posiadał wiedzy niedostępnej innym ludziom. Recenzowany zbiór pobudził moją wyobraźnię i po raz pierwszy od dawna czuję, że chciałabym do przeczytanej książki wrócić w przyszłości. Muszę również przyznać, że proza Lovecrafta wywołuje jeszcze większe wrażenie, jeśli choć trochę zna się biografię pisarza. Związków pomiędzy samym autorem, a postaciami przez niego stworzonymi jest naprawdę sporo. Mężczyzna nigdy nie pracował, całe życie oddawał się przeróżnymi badaniom i studiom, a przez okres około pięciu lat w ogóle nie opuszczał swojego domu. Jego matka uważała ponoć, że syn nie pokazuje się innym ludziom, ponieważ ma odrażającą, zniekształconą twarz. Zastanawiające, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że bohaterowie jego utworów byli rozmiłowani w nauce, nie parali się zwyczajną pracą, cierpieli na przeróżne schorzenia psychiczne, a często także stawali się okrutnie oszpeceni przez monstra, które kradły ich dusze i umysły.

Nie będę przytaczać fabuł poszczególnych historii, ponieważ prawdę mówiąc, nie wydaje mi się, żeby koniecznością było wspominanie, o czym opowiada piętnaście niesamowitych lovecraftowskich tekstów. Mam nadzieję, że zachęcę was stwierdzeniem, że wszystkie utwory z tego zbioru bardzo mi się podobały. Największe wrażenie wywarły na mnie opowieści, w których odbiorca stopniowo zostaje wciągnięty do fikcyjnego świata i razem z głównym bohaterem pogrąża się w narastającym szaleństwie. Moje ulubione opowiadanie nosi tytuł Widmo nad Innsmouth. Uważam, że jest ono wyrazem prawdziwego kunsztu pisarza, objawiającego się zdolnością do tworzenia tak gęstej, wieloznacznej i niepokojącej atmosfery, że czasem naprawdę miałam wrażenie, że lada moment stanę oko w oko z ludźmi o rybiej aparycji albo zatrzymam się z obok starego Zadoka Allena, by wysłuchać jego opowieści o upadku i przemianie portowego miasteczka. Wyróżnię jeszcze Zew Cthulhu – tekst ten zauroczył mnie pomieszaniem jawy i snu, włączeniem do opowieści szaleństwa niewyjaśnionego pochodzenia oraz oczywiście charakterystyką przedziwnych stworów przypominających skrzyżowanie roślin ze zwierzętami, a także zamieszkiwanego przez nie przerażającego kamiennego miasta R’lyeh.

Pisałam niedawno, że rzadko zwracam w swoich recenzjach uwagę na tłumaczenie, ale tym razem znów muszę zrobić wyjątek, ponieważ przekład w tym wydaniu jest genialny. Maciej Płaza stanął przed niewiarygodnie trudnym zadaniem, jakim jest oddanie w naszym języku specyficznego, archaicznego stylu Lovecrafta. Uważam, że znakomicie sobie z nim poradził, na dodatek napisał także świetną analizę twórczości pisarza, która oczywiście tematu nie wyczerpuje, ale stanowi ciekawy komentarz do zawartych w zbiorze opowiadań.  To wydanie zawiera także sugestywne, mroczne ilustracje idealnie dopełniające treść utworów. Twórczość H. P. Lovecrafta wywarła na mnie ogromnie wrażenie, jestem przekonana, że jeszcze nie raz będę do niej wracać. Uważam też, że dla fanów horroru i fantastyki jest to pozycja obowiązkowa.

Ocena: 6 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwań: Z półki oraz Klucznik