22 kwietnia 2014

Komarów - Bart Nijstad


Wydawnictwo: Centrala
Liczba stron: 156

Na początku tego roku napisałam notkę, w której wypunktowałam kilka czytelniczych postanowień. Jednym z nich było zapoznanie się z gatunkami do tej pory omijanymi. Muszę przyznać, że jak na razie całkiem nieźle wywiązuję się z wyznaczonego sobie zadania, ponieważ skusiłam się już na książki fantasty, science fiction, a nawet biografię. Postanowiłam więc pójść krok dalej i sięgnęłam po powieść graficzną. Rysunkowe opowiadania nigdy nie znajdowały się w kręgu moich zainteresowań, więc od razu przyznam się, że nie jestem ani ekspertką od komiksów, ani ich stałą czytelniczką. W związku z tym nie czuję się zbyt komfortowo opiniując dzieło młodego holenderskiego rysownika Barta Nijstada. Jednak skoro dzielę się z wami przemyśleniami dotyczącymi każdej przeczytanej lektury, to i o Komarowie kilka słów napiszę.


Powieść składa się z trzech rozdziałów i epilogu poprzedzonych prologiem. Ciężko mi streścić jej fabułę, ponieważ historia zbudowana jest z kilku, dość swobodnie potraktowanych wątków, które niekoniecznie łączą się w jakąś logiczną całość. Akcja rozgrywa się w tytułowym Komarowie – mieście nazwanym tak od czasu, gdy nad kościelną wieżą pojawił się rój złożony z tysięcy dokuczliwych owadów. Czytelnik poznaje młodego chłopaka, który zostaje zatrudniony w miejscowej fabryce asfaltu; lokalnego działacza walczącego o zamknięcie zakładu produkującego asfalt oraz jego nastoletniego syna przeżywającego pierwsze seksualne fascynacje. Ważną postacią jest również niepełnosprawna kobieta spędzająca czas na lepieniu figur o dziwnym i niepokojącym kształcie. Bohaterowie zajęci są swoim życiem składającym się z codziennych, rutynowych czynności i nie zauważają, że lada chwila Komarów pogrąży się w apokaliptycznym chaosie.

Bart Nijstad stworzył bardzo nietypową, może nawet powinnam napisać awangardową historię, która niestety nie zdobyła mojego uznania. Najbardziej przeszkadzał mi brak spójności fabuły. W każdym rozdziale autor położył nacisk na coś innego, więc związek pomiędzy kolejnymi częściami jest bardzo luźny. Podobały mi się wątki podjęte na początku powieści – przybycie młodego chłopaka do Komarowa i próby odnalezienia się w nowej rzeczywistości oraz konflikt pomiędzy pracującymi w fabryce, a resztą miasta. Między wierszami można odczytać także krytykę rasizmu oraz przemocy używanej do zaprowadzenia w społeczności porządku. Żałuję jednak, że każdy taki motyw czy wątek właściwie do niczego głębszego nie prowadzi. Nijstad sytuuje bohaterów w jakiejś problematycznej sytuacji, pokazuje pewne zdarzenia, stanowiące konsekwencje ich czynów, ale nic dalej za tym nie idzie. Mam wrażenie, że z każdą stroną logika historii gdzieś się rozmywa. Możliwe, że po prostu nie potrafię dostrzec drugiego dna w tym komiksie, a może jest on zbyt hermetyczny dla laika, więc w takim przypadku chyba nie powinniście sobie brać mojej opinii do serca. Niestety nic nie poradzę na to, że powieść graficzna młodego Holendra bardziej mnie rozczarowała i zdezorientowała niż usatysfakcjonowała.


Komarów wyróżnia specyficzna, ciężka atmosfera kreowana przez szare, ponure, bardzo przygnębiające rysunki. Bohaterowie zajmują się zwyczajnymi czynnościami i tak naprawdę niewiele można o nich powiedzieć, ale patrząc na kolejne kadry, miałam wrażenie, że wszyscy są sfrustrowani, źli i w depresyjnym nastroju. Historia opowiadana jest głównie za pomocą rysunków, ponieważ tekst pojawia się niezwykle rzadko. Redukcja przekazu niemal do samego obrazu nie pomaga w interpretacji, więc może dlatego nie odebrałam tego dzieła pozytywnie. Komiks Barta Nijstada czasami jest surrealistyczny i groteskowy, a czasem do bólu realistyczny. Przyznam, że śledząc poszczególne kadry często czułam się zagubiona, a nawet trochę zniechęcona. W 2012 roku ta praca została nagrodzona na Międzynarodowym Festiwalu Kultury Komiksowej Ligatura, więc nie neguję tego, że przedstawia dużą wartość. Po prostu ja nie jestem w staniej jej dostrzec i dlatego komiksowym laikom odradzam sięganie po Komarów.

*Obrazki pochodzą ze strony picturebook.pl.
Ocena: 2,5 / 6

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.

 

18 kwietnia 2014

Ciemny Eden - Chris Beckett


Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 336

Zwlekałam z przeczytaniem tej powieści nieprzyzwoicie długo, mimo iż wiedziałam, że recenzja powinna ukazać się jak najszybciej. Co jakiś czas brałam książkę Chrisa Becketta do ręki, ale zaraz ją odkładałam na półkę, usprawiedliwiając się, że teraz nie mam ochoty na taką lekturę. Przez pewien czas żałowałam nawet, że zgłosiłam się po egzemplarz recenzencki, bo przecież historie science fiction nie należą do moich ulubionych. W końcu jednak postanowiłam się przemóc i zapoznać z powieścią. Trudno było mi wejść w osobliwy świat wymyślony przez brytyjskiego pisarza. Początkowo bez większego entuzjazmu przewracałam kolejne strony, poznając bohaterów i ich prymitywną egzystencję, ale stopniowo zaczęłam angażować się w opisaną historię. Niepostrzeżenie powieść zawładnęła moim wolnym czasem, zmuszając mnie do tego, bym czytała więcej i więcej. Nawet nie wiem, kiedy przestałam myśleć o tej książce jako o obowiązku, a zaczęłam sięgać po nią w każdej wolnej chwili. Teraz z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że Ciemny Eden to lektura oryginalna i zasługująca na uwagę, choć początek wcale na to nie wskazuje.

Tytułowy Eden to obca, dziwna planeta, na której nie istnieje podział na dzień i noc, ponieważ świat nieustannie spowija mrok. Jedynym źródłem światła są drzewa pompujące z podziemi ciepły sok i świecące swoim własnym blaskiem. Na Edenie mieszka Rodzina, czyli grupa ponad pięciuset ludzi, będących potomkami Toma i Angeli – kosmicznych rozbitków, którzy przylecieli na tę cudaczną planetę z Ziemi. Od pokoleń członkowie Rodziny żyją w ten sam sposób – polują, jedzą, śpią, robią prymitywne narzędzia, rozmnażają się, ale przede wszystkim czekają aż na niebie znów pojawi się ogromny statek i zabierze wszystkich do pięknego, jasnego świata, w którym ludzie mają auta, komputery, radyjo i Py-ront. Jednak nie wszyscy uważają, że najlepiej siedzieć w jednym miejscu i czekać nie wiadomo jak długo. John Czerwoniuch chce czegoś więcej; nie ma określonego planu, ale nie waha się złamać edeńskich praw i postąpić tak, jak jeszcze nikt przed nim.

Książka Becketta nie zauroczyła mnie od pierwszej strony, ale za to im dalej brnęłam w historię, tym bardziej mi się ona podobała. Czytelnik poznaje bohaterów jako jedną, zżytą ze sobą społeczność, która wszystko robi tak, jak nakazali im przodkowie wiele lat temu. Edeńczycy niczego nie ulepszają, nie odkrywają, nie zmieniają, ponieważ żyją nadzieją, że wkrótce przybędzie statek kosmiczny i zabierze ich do lepszego świata. Trwają w ciągłym oczekiwaniu nie rozumiejąc, że Rodzinie potrzeba zmian i to gruntownych. W końcu jeden człowiek dostrzega konieczność rozwijania się, przekraczania kolejnych granic i stawiania sobie wyzwań, ale jak można się domyślać, większość nie podziela jego zdania. Autor świetnie sportretował obraz zbiorowości, w której tradycja ściera się z chęcią odkrywania nowych rzeczy i wprowadzania ulepszeń. Czytając o działaniach podejmowanych przez Johna Czerwoniucha, o decyzjach Rady mających utemperować chłopaka oraz o konsekwencjach wyborów dokonanych zarówno przez jedną, jak i drugą stronę, miałam wrażenie, że tak właśnie rodziła się cywilizacja, którą znamy dzisiaj. Ludzie zaczynali od małych rzeczy, krok po kroku przesuwali granicę udowadniając sobie i innym, że mogą pokonać kolejną przeszkodę. Oczywiście nie wszyscy czuli taką potrzebę, większość wolała po prostu trwać w spokoju, nie przejmując się przyszłością i nie rozmyślając o potencjalnych możliwościach. Jednak ktoś odważny w końcu się znalazł i rutyna została przerwana. Ogromny plus należy się pisarzowi za to, że pokazał pozytywne oraz negatywne skutki zmian, jakie pociągnął nowatorski sposób postrzegania rzeczywistości. Postępowanie zgodnie z tradycją było nudne i uwsteczniające, ale zapewniało bezpieczeństwo. Każdy członek Rodziny znał reguły wspólnego życia i wiedział, że inni będą ich przestrzegać. Zerwanie z przeszłością doprowadziło do chaosu i pojawienia się zła. Nic nie było już takie samo po tym, jak główny bohater podjął pewne decyzje.

Oryginalności całej historii dodaje osobliwy świat wykreowany przez autora. O ile problemy, z którymi zmagają się postaci oraz trapiące ich dylematy są uniwersalne, o tyle wygląd zamieszkiwanej przez nich planety stwarza duże pole do popisu dla wyobraźni odbiorcy. Drzewa z lampionami na gałęziach, zwierzęta z kilkoma parami nóg i dziwnymi czułkami na głowie, surowy klimat oraz niezwykłe właściwości pewnych roślin zapewniają opowieści element tajemniczości i nieprzewidywalności, ponieważ nigdy nie wiadomo, kiedy znów na pierwszy plan wysunie się kolejna przedziwna cecha tego świata.  Pierwszoosobowa narracja prowadzona z perspektywy różnych postaci pozwala na dokładne przedstawienie wszystkich wydarzeń wraz z różnymi ich skutkami. Głównym bohaterem jest wspomniany już John Czerwoniuch, ale na szczęście pisarz pozwolił też dojść do głosu innym mieszkańcom, więc czytelnik może niemal każdą sytuację poznać z kilku punktów widzenia.

Zazwyczaj w recenzjach nie wspominam o tłumaczeniu, ponieważ nie znając oryginalnego tekstu, nie mogę odnosić się do tego problemu. Ponadto pisarze nie mają przecież wpływu na to jak ich dzieła zostaną przełożone, więc ocenianie powieści przez ten pryzmat raczej nie byłoby sprawiedliwe. Jednak teraz zrobię wyjątek, ponieważ uważam, że Ciemny Eden stanowił nie lada wyzwanie dla tłumacza. W książce pojawia się mnóstwo neologizmów, które na dodatek czasem są połączone z imionami, więc domyślam się, że Wojciech M. Próchniewicz musiał się natrudzić, żeby stworzyć polskie odpowiedniki. Moim zdaniem efekt jest świetny, gdyż wszystkie zlepki słów są logiczne i dobrze dopasowane. Powieść napisana jest bardzo prostym językiem, co pewnie nie każdemu przypadnie do gustu. Jednak mnie się wydaje, że to udany zabieg, ponieważ oddaje sposób myślenia ludzi, którzy w większości nie potrafili pisać ani czytać, mieszkali w prymitywnych szałasach i mieli problem z nazwaniem pewnych zjawisk czy emocji. Prosty język nie przekreśla głębi płynącej z tekstu, więc uważam, że Beckett obrał słuszną drogę. Muszę jednak zwrócić uwagę na pewną denerwującą manierę. Otóż, bohaterowie w każdej emocjonującej sytuacji przywołują swoich przodków w dość specyficzny sposób, krzycząc: „Na cycki Geli” lub „Na fiuty Toma i Harry’ego”. Rozumiem, że to element podkreślający prostotę bohaterów, ale stanowczo nadużywany, przez co czasami naprawdę miałam dość, kiedy po raz kolejny widziałam w tekście takie wtrącenia.

W moim odczuciu Ciemny Eden to jedna z oryginalniejszych historii, jakie miałam okazję poznać. Początkowo trudno się w nią zagłębić, ale ten stan nie trwa długo, więc naprawdę warto dać książce Chrisa Becketta szansę. Nie zrażajcie się tym, że to literatura science fiction. Nawet, jeśli na co dzień nie gustujecie w tym gatunku, to opowieść o zmieniającej się społeczności i nowych wyzwaniach podejmowanych przez człowieka może się wam spodobać.

Ocena: 5 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwań Grunt to okładka oraz Klucznik.

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.

10 kwietnia 2014

Zombiefilia - autor zbiorowy


Wydawnictwo: Wydaje.pl
Liczba stron: 366

Kiedy po raz pierwszy natknęłam się na informację, że powstaje projekt o nazwie Zombiefilia, wprost nie posiadałam się z radości, bo przecież opowieści o zombie nigdy za wiele. Plik pobrałam już w dniu premiery, ale oczywiście antologię przeczytałam dopiero teraz, bo wiecznie jakaś inna książka stała na przeszkodzie temu niecodziennemu zbiorowi. Po raz pierwszy recenzuję opowiadania, co wydaje się dość zaskakujące, ponieważ blog prowadzę już ponad trzy lata. Jednak aż do teraz unikałam krótkich form, wychodząc z założenia, że tak prezentowane historie nie przypadną mi do gustu. Marudziłam, że w opowiadaniach autorom na pewno nie udaje się powołać do literackiego życia ciekawych bohaterów czy wprowadzić skomplikowaną fabułę, w związku z czym poświęcanie czasu na krótkie formy narracyjne nie ma sensu. Zmieniłam swoje podejście głównie, dlatego że coraz częściej trafiałam na recenzje przeróżnych horrorowych antologii. Moje uprzedzenia rozwiewały się z każdą pozytywną opinią, a ciekawość rosła, gdy po raz kolejny skrupulatnie notowałam nazwiska autorów i tytuły, które z jakichś powodów przykuły moją uwagę. Myślę, że mogę już spokojnie ogłosić, że ośli upór i bezpodstawna niechęć do opowiadań odeszły w niepamięć, ale pozostał problem napisania rzetelnej i ciekawej recenzji całego zbioru.

Zastanawiałam się czy powinnam dogłębnie zanalizować każde opowiadanie, czy skupić się tylko na tych bardzo dobrych i bardzo złych, a może po prostu ograniczyć się do parozdaniowej wzmianki na temat każdego tekstu. Nie miałabym dylematów, gdyby autorem Zombiefilii była jedna osoba, ale co zrobić z dwudziestoma dwoma pisarzami? Jak ocenić całość? Nie wymyśliłam żadnego genialnego rozwiązania, więc postaram się znaleźć złoty środek i odnieść się do każdego opowiadania, chociaż będzie to trudne, ponieważ w paru przypadkach po prostu nie ma o czym pisać. Zaczęłam od narzekania, ale takiego, którego nie musicie brać sobie do serca, ponieważ możliwe, że tylko ja obdarzam większym zaufaniem bardziej obszerny tekst niż opowiadanko na kilka czytnikowych stron.  Z tego względu wiele razy natkniecie się w tej recenzji na opinię, że moim zdaniem nowela powinna być dłuższa. Co prawda istnieje poruszająca historia składająca się z sześciu słów, ale jednak nic nie poradzę na to, że preferuję te bardziej rozbudowane dzieła.

Autorzy tekstów zebranych w tej antologii podeszli do tematyki zombie bardzo kreatywnie, co uważam za ogromny plus. W publikacji znajdziecie historie nawiązujące do popkulturowego wizerunku nieumarłego potwora; opowieści czerpiące inspirację z kultu voodoo; postapokalitpyczne opowiadania o życiu na gruzach cywilizacji i konieczności ciągłej walki z żywymi trupami, a także przewrotne teksty pokazujące drugą stronę medalu, czyli świat widziany z perspektywy zombie. Znalazło się także miejsce dla utworów nieco groteskowych, parodiujących ten popularny ostatnimi czasy motyw nieumarłych, więc wygląda na to, że każdy czytelnik ma szansę znaleźć swoją ulubioną historię.

Mnie zachwyciły cztery opowiadania i to na nie chciałabym przede wszystkim zwrócić waszą uwagę. Duże wrażenie wywarł na mnie tekst noszący tytuł Relikt epoki autorstwa Pawła Waśkiewicza. Opisana w nim postapokaliptyczna rzeczywistość jest jednocześnie przerażająca i pociągająca. Strach wzbudził we mnie obraz świata kurczowo trzymającego się tego, co było przed apokalipsą zombie. Najpierw cywilizacja zupełnie się rozpadła, potem jednak stopniowo ludzie zaczęli ją odbudowywać, by w miarę możliwości żyć tak jak dawniej. Oczywiście powrót do przeszłości nie jest możliwy, gdy poza chronionym terenem maszerują hordy zombie, ale zdolności adaptacyjne człowieka oraz jego upór potrafią zdziałać cuda. Główny bohater zarabia na życie jako kierowca kolejki zmontowanej ze starego traktora i rdzewiejącego wagonu. Mężczyzna wozi spragnionych wrażeń ludzi po nadmorskim miasteczku opanowanym przez żywe trupy. Atrakcją jest nie tylko podziwianie rozpadających się budynków, opuszczonych sklepów i wszelkich oznak starej cywilizacji, ale także nauka lub doskonalenie strzelania do zombiaków. W trakcie jednej z wycieczek dzieje się coś nieprzewidywalnego, burzącego harmonogram i bardzo niebezpiecznego. Waśkiewicz świetnie połączył fragmenty zawierające dynamiczną akcję z momentami zadumy i tęsknoty za minioną rzeczywistością. Plus należy się również za zbudowanie ciekawych, przechodzących metamorfozę postaci.

Kolejnym opowiadaniem wybijającym się ponad inne jest Droseria animalia Pauliny J. Król. Autorka wykorzystała popularny horrorowy motyw, jakim jest wyjazd grupki przyjaciół do leśnej głuszy, ale dorzuciła do niego intrygujące urozmaicenie w postaci obrzydliwego i piekielnie niebezpiecznego potwora czającego się wśród bagien. Lekki styl, dawka sarkastycznego humoru oraz świetnie budowane napięcie i zagęszczająca się z każdą stroną atmosfera zagrożenia sprawiają, że historia wykreowana przez Paulinę J. Król czyta się sama. Niełatwo jest napisać opowiadanie opierające się na znanej konwencji, które nie byłoby nudną i banalną kalką istniejących już historii, ale Paulinie ta sztuka się udała. Poza tym autorka ma bardzo fajny styl pisania, od pierwszych kilkunastu linijek wiedziałam, że będzie mi się podobał.

Świetnie wypadł także utwór Inspekcja Marcina Podlewskiego, ponieważ znalazło się w nim wszystko, co w postapokaliptycznych historiach lubię. Autor zadbał o budzącą grozę wizję przyszłości, w której ostatni przedstawiciele ludzkiego gatunku żyją w podziemnym schronie, ponieważ powierzchnię opanowały nieumarłe stwory. Główny bohater opuszcza bezpieczną kryjówkę i wyrusza z misją odnalezienia poprzedniej, zaginionej ekspedycji. To, co zobaczy i czego się dowie na jałowej, wyniszczonej powierzchni naszej planety będzie miało ogromne znaczenie dla wszystkich ocalałych ludzi. Podlewski bardzo wiarygodnie przedstawił nową rzeczywistość, zaimponował mi bogactwem tego świata, jego spójnością oraz dbałością o szczegóły. Czytelnik poznaje kilka rodzajów zombie, dowiaduje się jak potwory ewoluowały przez stulecia, spotyka także tajemnicze, pustynne miasto, kryjące niejeden sekret. Inspekcja charakteryzuje się dynamiczną akcją i nieprzewidywalnym zwrotem fabularnym, gorąco zachęcam do poznania tego opowiadania. Polecam również przyjrzeć się utworowi zatytułowanemu Skorupa, ponieważ Grzegorz Gajek zaczerpnął z kultu voodoo to, co najbardziej przerażające. Nie zdradzę ani słowem, o czym jest ten tekst, ale zapewniam, że autor miał fajny pomysł i sprawnie go zrealizował.

Reszta tekstów umieszczonych w antologii jest utrzymana na średnim poziomie, więc nadal warto je poznać, ale niestety w każdym znalazłam jakiś mankament. Czasami szwankuje nie do końca przemyślany pomysł, innym razem zawodzi wykonanie, czyli toporny styl i sztuczne dialogi. Pocieszające jest natomiast to, że tylko jedno opowiadanie uznałam za całkowicie niestrawne i odpychające. Mam na myśl historię napisaną przez Marcina Rojka (Jak ja ich nie cierpię), będącą cudaczną wariacją, w której poczciwe smerfy zmieniły się w zombiaki. Jak dla mnie autor posłużył się zbyt dosadnym językiem i niepotrzebnie umieścił tyle wulgarnych opisów, przez co miałam wrażenie, że ktoś „zgwałcił” moją ukochaną bajkę z dzieciństwa. Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie znalazłam w tym tekście absolutnie nic ciekawego. Na szczęście pozostałe nowele, choć niedoskonałe, są na dużo wyższym poziomie. Jeśli interesuje was spojrzenie na apokalipsę oczami wygłodniałego zombiaka, to polecam Głód Sylwii Błach, Drugą stronę medalu Michała Stonawskiego oraz Życie pozagrobowe Artura Kuchty. W tych opowiadaniach żywe trupy zostały ukazane jako ofiary zmagające się z niepochamowanym pragnieniem zjedzenie ludzkiego ciała, wyrzutami sumienia lub polującymi na nie ludźmi. Zaintrygowała mnie ta wizja i nie miałabym nic przeciwko, gdyby któryś z autorów zdecydował się rozwinąć swoją historię.

Dzięki Zombiefilii po raz pierwszy zetknęłam się też z bizarro fiction, czyli nowym typem literatury odznaczającym się dziwnością rozwiązań fabularnych, groteską i surrealistycznością świata przedstawionego. Nie potrafię jeszcze określić jak odbieram ten gatunek, ponieważ z nutą obrzydzenia pomieszanego z zainteresowaniem czytałam opowiadanie Cytrynowe noże i karaluchy Carltona Mellicka III, ale cieszę się, że poznałam coś innego, mocnego i szokującego. W podobnej do bizarro fiction konwencji utrzymane zostały utwory takie jak Amanda Pauliny Kuchty oraz Aby sprawiedliwości stało się zadość Karola Mitki. W tych historiach dominują seks, przemoc, obrzydliwe rytuały i dewiacje. Polecam tylko czytelnikom o mocnych nerwach. W zbiorze pojawił się także pastisz historii o zombie, dzięki opowieściom takim jak Zabieg na całe ciało Artura Olchowego, Zombiczny dla początkujących Krzysztofa T. Dąbrowskiego, Stasio Rafała M. Skrobota oraz Rudy Rafała Christa. Nie przepadam za żywymi trupami w wersji komediowej, ale nie mogę zaprzeczyć, że w niektórych momentach opowiadania te były naprawdę oryginalne i zabawne.

Całkiem dobrze oceniam także tekst Dawida Kaina noszący tytuł Anioły zjedzą wiosnę. Fabuła jest przewidywalna, ale jako pierwsza nowela ze zbioru sprawdza się bardzo dobrze, ponieważ zaostrza apetyt na więcej i zachęca do poznawania kolejnych utworów. W Die Hard Magdalena Maria Kałużyńska przyciągnęła moją uwagę fajnie zbudowaną atmosferą napięcia i motywem przerażających wizji, ale na końcu historii coś się popsuło. Autorka trochę przekombinowała i zakończenie wypadło dla mnie niezrozumiale i dziwnie. Nie spodobała mi się natomiast druga opowieść Kałużyńskiej zatytułowana RPG, ponieważ za dużo w niej podobieństw do serii Gone. Autorka zdecydowanie zbyt mocno zainspirowała się popularnym cyklem, przez co jej historia jest nieudolną kalką twórczości Michaela Granta. Paulina Kuchta w opowiadaniu Widzę Cię, widzę was wykreowała bohatera zmagającego się z „darem” swego rodzaju komunikacji ze zmarłymi. Ciekawy pomysł, ale znów pomarudzę na długość tekstu, bo czułam niedosyt wynikający ze zbyt mało rozwiniętej fabuły. Szast-prast i koniec historii. Podobne wrażenie odniosłam także po lekturze Deus ex machina Aleksandry Zielińskiej. Opowiadanie zaczęło się ciekawie, do akcji włączono wątek demonów, wieszczki i problemów, z którymi boryka się świat po wybuchu jądrowym, jednak w finale całe napięcie gdzieś uleciało, zabrakło mocnego akcentu. Dość interesująco prezentuje się również Powtórne przyjście Michała Stonawskiego ze względu na zaskakujący i lekko szokujący finał oraz umiejscowienie akcji w komunistycznej rzeczywistości, a także nowela Trójca – oto słowo moje autorstwa Łukasza Radeckiego, ponieważ autor ma tzw. lekkie pióro i historia niejako opowiada się sama. Nie wiem natomiast, co myśleć o utworach Kto pyta nie błądzi Macieja Kaźmierczaka czy Czerń i ostrogi Bartosza Orlewskiego. W trakcie czytania miałam wrażenie, że w tych tekstach zabrakło konkretnego pomysłu, czułam się zagubiona w przedstawionym świecie, jakbym poznawała wycinek jakiejś historii a nie samodzielne opowieści.

Zdaję sobie sprawę, że trochę narzekam na pierwszą polską antologię o zombie, ale jestem bardzo zadowolona, że taki projekt w ogóle powstał. Ogólna ocena nie jest najwyższa, ale nie skreślajcie tej publikacji, ponieważ znalazły się w niej cztery perełki, o których wspomniałam wcześniej i chociażby dla nich warto po Zombiefilię sięgnąć. Pierwsze koty za płoty, teraz może być tylko lepiej, więc niecierpliwie czekam na drugą część.

Ocena: 4 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwań Apokalipsa zombie, Polacy nie gęsi.

4 kwietnia 2014

Apel o pomoc dla Anny Kuczery!

Kochani, dzisiaj zwracam się do Was z prośbą o pomoc dla Anny Kuczery, która przez pewien czas współpracowała z portalem Sztukater. Na początku tego roku pani Anna dowiedziała się, że jest ciężko chora. Cierpi na guza mózgu, a lekarze w Polsce nie potrafią jej wyleczyć. Szansą na pokonanie choroby jest kuracja za granicą, ale jak wiadomo takie leczenie wymaga ogromnych nakładów finansowych. Mam nadzieję, że potrzebna kwota (200 000 zł) zostanie uzbierana jak najszybciej, ponieważ w walce z tą chorobą szybkie działanie jest bardzo ważne. Jeśli zechcielibyście wesprzeć Annę Kuczerę finansowo, to pieniądze proszę wpłacać na konto:


Stowarzyszenie Gramy o Życie
ul. Świętego Jana 9/27, 57-100 Strzelin
 Nr konta: : 52 9588 0004 0000 6044 2000 0020 
Tytułem: Na leczenie Anny Kuczery


Na tej stronie można wspierać panią Annę i śledzić postępy w zbiórce. Naprawdę każda złotówka się liczy! Wklejam również baner informacyjny, roześlijcie go do rodziny i przyjaciół, nie bądźmy obojętni na nieszczęścia innych.


1 kwietnia 2014

Wybory - Ruta Sepetys


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 336

Popularne przysłowie mówi, że każdy jest kowalem swojego losu. Uważam, że z tego zdania można wyciągnąć cenną naukę, chociaż wiadomo, że czasami dzieje się coś zupełnie nieprzewidywalnego i niezależnego od naszego postępowania. Jednak w większości przypadków to, co nam się przytrafia jest efektem dokonanych wyborów. Powieść Ruty Sepetys porusza właśnie zagadnienie podejmowania właściwych decyzji i borykania się z idącą za nimi odpowiedzialnością. Wkraczająca w dorosłość Josie Moraine marzy o tym, żeby zmienić swoje życie. Dziewczyna chce wyrwać się z Nowego Orleanu i zacząć naukę w college’u, żeby przypadkiem nie powielić błędów matki. Niestety nie łatwo zrealizować taki plan, gdy jest się córką prostytutki, która wszem i wobec chwali się, że nadała swojemu dziecku imię na cześć pewnej burdelmamy. Akcja powieści rozgrywa się w latach 50. XX wieku, więc posiadanie inteligencji oraz ambicji nie wystarcza do pokonania uprzedzeń klasowych. Josie nie może tak po prostu odmienić swojego losu, chociaż bardzo się stara. Bohaterka musi dokonać kilku niezwykle ważnych wyborów, które zaważą na jej przyszłości, odpowiadając sobie jednocześnie na pytanie czy utrata sumienia i szacunku do samej siebie to nie za wysoka cena za realizację marzeń.

Ruta Sepetys podbiła serca wielu czytelników książką Szare śniegi Syberii. Nie miałam jeszcze okazji czytać tej powieści, ale nazwisko pisarki było mi już znane i to właśnie z tego względu zdecydowałam się sięgnąć po Wybory. Absolutnie nie żałuję, że poświęciłam trzy wieczory na to, żeby śledzić losy głównej bohaterki, więc recenzja będzie pozytywna, chociaż muszę przyznać, że w niektórych fragmentach zabrakło mi jakiegoś pazura, dreszczyku emocji, ale o tym za chwilę. Autorka nakreśliła świetne portrety psychologicznie wszystkich postaci, co uważam za największą zaletę tej książki. Dzięki temu od razu poczułam rytm opowieści i zanurzyłam się w historię o młodej kobiecie pragnącej dla siebie lepszego życia, mimo że dzieło Sepetys nie wyróżnia się niespodziewanymi zwrotami akcji. Każdy bohater został obdarzony osobowością, nie ma w tej powieści ani jednego papierowego, niewiarygodnego charakteru, który przypominałby czytelnikowi, że obcuje on z fikcją literacką. Przewracając kolejne strony myślałam sobie, że wcale nie zdziwiłabym się, gdyby na końcu książki autorka przyznawała, że tworząc postać Josie wzorowała się na rzeczywistym życiorysie kogoś zmagającego się z niesprawiedliwą oceną społeczeństwa i wieloma uprzedzeniami związanymi z pochodzeniem. Nic takiego nie miało miejsca, perypetie zdeterminowanej dziewczyny mieszkającej i pracującej w szemranej dzielnicy, są wytworem wyobraźni Ruty Sepetys, ale nie zmienia to faktu, że cała historia brzmi niezwykle wiarygodnie.

Główną bohaterkę polubiłam od razu. Zaimponowała mi hartem ducha i odpornością na piętrzące się trudności. Od dzieciństwa Josie musiała borykać się z humorzastą i kompletnie nieodpowiedzialną matką, potrafiącą zarabiać jedynie na handlu własnym ciałem. W wieku osiemnastu lat dziewczyna zyskała pewność, że teoretycznie najbliższa osoba nigdy jej nie pomoże, bo jedyne, co może zrobić, to pociągnąć Josie za sobą na samo dno. Sympatią obdarzyłam także innych, mających dobre serce bohaterów. Warto wspomnieć o pisarzu i właścicielu księgarni Charliem, o jego synu Patricku, o prowadzącej dom publiczny Willie Woodley, która tylko udawała szorstką i nieprzyjemną, ale w głębi duszy żywiła ciepłe uczucia do Josie i robiła wszystko, by nastolatka nie stała się prostytutką. Nie mogę także zapomnieć o szoferze traktującym główną bohaterkę jak córkę. Oczywiście nie brak w tej powieści czarnych charakterów, których podłość szokuje i przeraża, jednak ich pojawienie się związane jest z kluczowymi dla historii wydarzeniami, dlatego nic więcej na ten temat nie mogę napisać.

Na początku wspomniałam, że zabrakło mi w książce Sepetys dreszczu emocji, więc pora się z tego stwierdzenia wytłumaczyć. Otóż odczuwałam emocje związane z niepewnością, co do losów Josie, jednak zaciskająca się wokół dziewczyny pętla kłopotów powinna być nieco lepiej zarysowana. Bohaterka została wplątana w pewną bardzo nieprzyjemną sytuację i moim zdaniem trochę zbyt szybko wszystko się wyjaśniło. Wybory to powieść obyczajowa i nie pasują do niej nagłe zwroty akcji, ale nie zaszkodziłoby, gdyby w pewnym momencie pisarka trochę „podkręciła” atmosferę. Niemniej książkę uważam za interesującą i wartościową, dlatego nie waham się ją polecać. Ruta Sepetys zadbała także o szczegółowe opisanie rzeczywistości lat 50. Zamożni ludzie okazywali jawną pogardę biedniejszym, większość maskowała swoje zepsucie pieniędzmi, przez co uchodzili w towarzystwie za godnych szacunku. Oczywiście nie wszyscy bogacze byli zarozumiali i fałszywi, ale z powieści wyłania się ogromny kontrast pomiędzy światem ludzi bywających na wystawnych przyjęciach a światem tych, którzy mogli jedynie o takich atrakcjach marzyć. Jeśli jesteście ciekawi, jaki wpływ na ludzkie życie mają nawet te najprostsze, pozornie błahe decyzje to koniecznie powinniście zapoznać się z tą historią. 

Ocena: 4,5 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwania Klucznik.

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.