Akcja zawiązuje się w momencie, gdy Kenna Ward przybywa do Australii, by zrobić swojej przyjaciółce wizytę-niespodziankę. Nie jest pewna czy Mikki ucieszy się na jej widok, ponieważ od momentu śmierci partnera Kenny, kobiety mocno się od siebie oddaliły. Kilka lat temu pogrążona w żałobie bohaterka porzuciła surfowanie, które do tej pory było jej życiową pasją, wyprowadziła się do Londynu i poluźniła kontakt z najbliższą koleżanką. Dopiero wieść o tym, że Mikki zamierza wyjść za mąż za jakiegoś podejrzanego typa, sprawiły, że Kenna ocknęła się z marazmu i postanowiła ponownie zbliżyć się do przyjaciółki. Przyleciała więc do Australii z zamiarem wybadania sytuacji. Jeszcze tego samego popołudnia została zaproszona przez koleżankę oraz jej narzeczonego do wspólnego biwakowania w jednej z najpiękniejszych zatok, która praktycznie nigdy nie jest odwiedzana przez turystów. Bohaterka niechętnie zgodziła się na wyjazd i już nazajutrz wyruszyła w drogę na rajską plażę. Na miejscu okazało się, że wspomniana zatoka jest w nieformalnym posiadaniu grupki osób, która odbywa tam mordercze treningi fizyczne oraz jakieś dziwaczne sesje medytacji. Dla Kenny to wszystko wygląda jak sekta, ale ze względu na Mikki, która świetnie czuje się w towarzystwie tych ludzi, postanawia zostać kilka dni. Szybko okazuje się, że każdy z grupy ma mroczne sekrety, a ich ujawnienie grozi śmiercią.
Jak to zwykle bywa w przypadku thrillerów początek zapowiada się super interesująco, ale im dalej tym gorzej. Przyznam, że od pierwszych rozdziałów wsiąknęłam w akcję, bez trudu wyobrażając sobie bohaterkę przebywającą w gorącym klimacie, która nie wie czy może zaufać komukolwiek z otaczających ją osób, nawet swojej najbliższej przyjaciółce. Podobały mi się opisy australijskiej przyrody, pływania w oceanie oraz samego surfowania. Nie przypuszczałam, że to ostatnie może mnie zainteresować, bo boję się wody i nigdy w życiu nie przemknęło mi przez myśl, żeby uprawiać sporty wodne, ale tutaj widać, że autorka zna się na rzeczy i potrafi ciekawie o tym pisać. Zapewne dlatego że sama jest surferką oraz snowboardzistką, więc umie oddać zarówno piękno, jak i grozę sytuacji, gdy Kenna utrzymuje się na falach, sprawiając wrażenie, że urodziła się po to, by robić właśnie tą jedną rzecz. Natomiast wystarczy nieostrożny ruch, nieprzewidywalnie silny prąd i nagle okazuje się, że bohaterka znajduje się w poważnym niebezpieczeństwie. Możliwe, że na mnie te obrazy wyjątkowo zadziałały ze względu na to, że na samą myśl o pływaniu w oceanie cierpnie mi skóra, ale doceniam te fragmenty.
Podobało mi się także zwrócenie uwagi na to jak wielką pasją, a w zasadzie obsesją jest dla bohaterów surfing. Praktycznie wszystko podporządkowują pod możliwość wybrania się na plażę i złapania fal. Praca, rodzina, jakieś dodatkowe obowiązki schodzą na dalszy plan, bo jeśli ktoś pokocha ten sport, musi mu się oddać bezgranicznie. Uważam, że Allie Reynolds dobrze opisała tę mentalność, pokazując jak cienka jest granica między euforią związaną z robieniem czegoś, co się kocha, a obawą, że można to utracić. W związku z tym wątkiem pojawia się podłoże do opowieści z dreszczykiem, dlatego początkowo wydaje się, że zagadka będzie intrygująca. Kenna wyczuwa dziwną energię miedzy członkami tej specyficznej grupy. Wszyscy deklarują, że przyjaźnią się; wydają się też mocno ze sobą zżyci, jednak ciągle rywalizują i muszą sobie coś udowadniać. Na dodatek liderka tej paczki prowadzi indywidualne sesje terapeutyczne mające wyleczyć z traumy lub pomóc przezwyciężyć lęki, ale jej metody są co najmniej kontrowersyjne. Jakby tego było mało bohaterka jest przekonana, że jeszcze do niedawna wśród surferów była pewna Niemka, która teraz uchodzi za zaginioną, więc jej niepokój wzrasta.
Niestety przez długi, długi czas nic się nie dzieje. Kenna wraca do surfowania, niby zostaje w zatoce, bo chce „ratować” przyjaciółkę, ale tak naprawdę rajska plaża i świetne fale oraz przystojni faceci w grupie, sprawiają, że nieco zapomina o tym, po co rzekomo przyjechała. Jej motywacja do pozostania na miejscu jest moim zdaniem jednym z najsłabszych elementów powieści. W ogóle nie czułam, że Kenna i Mikki są sobie bliskie ani, że znają się od lat i kochają jak siostry pomimo pewnych trudności w relacji. Również reszta postaci jest dość słabo zarysowana i w zasadzie trudno cokolwiek o nich powiedzieć oprócz tego, że każda z tych osób ma jakąś tajemnicę, której pilnie strzeże. Pod koniec akcja przyśpiesza, ale moim zdaniem autorka nie udźwignęła pomysłu na thriller. Sprawy pomiędzy grupką surferów rozwiązują się bardzo szybko i nielogicznie. Byłam bardzo niemile zaskoczona, że w taki sposób to wszystko się potoczyło. Przewidziałam finałowy zwrot akcji, ale on totalnie nie ma sensu, ponieważ nic wcześniej nie wskazuje na taki rozwój wypadków. Wpadłam na to tylko, dlatego że obecnie wiele osób tak pisze thrillery, czyli na zasadzie plot twistu, który nie ma podbudowania w fabule, a pojawia się, bo tak, bo ma być „zaskakująco”. Zaczęło się fajnie, a skończyło jak w większości przypadków, więc Zatokę surferów polecam jeśli szukacie lektury na plażę i nie macie nic lepszego pod ręką.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz