Unikam śledzenia doniesień, które media nadają całą dobę, informując o kolejnych tragediach mających miejsce na świecie. Wojny, konflikty, kryzysy gospodarcze, wypadki, beznadziejne decyzje podejmowane przez najważniejszych polityków – codziennie można czymś się zmartwić, nabierając przeświadczenia, że nie czeka nas już nic dobrego. Nie unikam jednak książek objaśniających te wydarzenia oraz przybliżających losy ludzi, którzy znaleźli się w kryzysowej sytuacji. Zdecydowałam się przeczytać Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy, wiedząc, że taką lekturę będę przeżywać, czując bezsilność, złość i niesprawiedliwość na myśl o tym ile wycierpieli mieszkańcy tego rejonu. Autorem, a jednocześnie głównym bohaterem tego reportażu jest anonimowy mężczyzna opisujący wydarzenia od momentu ostatniego zaostrzenia konfliktu w Gazie. Relacja urywa się po mniej więcej trzech miesiącach i chociaż czytelnik dowiaduje się na początku książki, że autor przeżył, brak domknięcia historii jest dodatkowo przejmujący, ponieważ dobitnie pokazuje, że ta wojna nie ma końca.
Pewnej październikowej soboty 2023 roku mężczyzna budzi się wcześnie rano, rozmyślając o planach na ten dzień. Chce wybrać się na lekcje tenisa, ale kiedy tylko sięga po telefon orientuje się, że znowu „to” się dzieje. Ostrzeżenie, nakaz ewakuacji, natychmiastowa konieczność porzucenia domu nie wiadomo na jak długi czas. To upiorne, ale mieszkańcy Gazy są w pewien sposób przyzwyczajeni do życia na tykającej bombie. Nigdy nie wiadomo kiedy kruchy spokój zostanie zakłócony i będą zmuszeni do ucieczki z północy regionu na południe. Autor dziennika chwyta najpotrzebniejsze rzeczy i wraz z siostrą oraz dwoma kotami opuszcza mieszkanie. Jeszcze nie wie, że prawdopodobnie nigdy już do niego nie wróci, a najbliższe trzy miesiące okażą się najtrudniejsze w jego życiu. Pomimo tematyki, autor nie epatuje przemocą, skupiając się na relacjonowaniu, co dzieje się z nim i jego siostrą każdego dnia. Początkowo wszyscy są wystraszeni, ale mają nadzieję, że sytuacja niedługo się uspokoi, z czasem jednak zaczynają zdawać sobie sprawę, że tym razem może być inaczej.
Nie mam wątpliwości, że nikt nie powinien przechodzić przez to, co Gazańczycy. Ciągły strach o życie, niepewność jutra, brak dachu nad głową, głód, choroby, cierpienie spowodowane śmiercią bliskich. Nie da się tego opisać ani wyobrazić sobie w jaki sposób powrócić do świata po takich przeżyciach. W tej książce nie ma ani słowa o polityce, o trwającym dekady konflikcie między Izraelem a Palestyną ani o tym „kto zaczął” tym razem i uważam, że to bardzo dobra decyzja. Autor pisze o sobie, swojej rodzinie, sąsiadach – zwykłych ludziach niemających wpływu na wielką politykę. Nikt z nich nie chce wojen, zabijania, zemsty, a jednak to właśnie oni cierpią z powodu decyzji podejmowanych przez ludzi owładniętych szaleństwem. Mężczyzna opisuje tę stronę rzeczywistości, której nie zobaczymy w serwisach informacyjnych. Zaszokowało mnie to, że tysiące ludzi uciekło i znalazło tymczasowe schronienie u obcych, którzy otworzyli swoje domy, spiżarnie i serca, mimo że sami mieli równie ciężko. W trzypokojowym mieszkaniu potrafiło przebywać kilkadziesiąt osób, a mimo wszystko starano się zdobyć jedzenie, lekarstwa, ubrania tak, żeby w miarę możliwości każdy został zaopiekowany. Autor i jego siostra są wrażliwi także na krzywdę zwierząt, więc nie potrafili przejść obojętnie wobec rannych, bezdomnych kotów. Sami bez własnego dachu nad głową ryzykowali, by zdobyć dla nich lekarstwa, trochę karmy oraz znaleźć kogoś, kto mógłby je przygarnąć.
Doceniam szczerość z jaką autor stwierdza, że jest uprzywilejowany, ponieważ ma pieniądze i może sobie pozwolić na kupowanie niezbędnych towarów za horrendalne sumy, przynajmniej dopóki ktokolwiek je sprzedaje. Na uwagę zasługują także fragmenty dotyczące poezji, kina, literatury czy muzyki, ponieważ przypominają, że Gazańczycy pomimo swojego tragicznego położenia starali się pamiętać o dobrych chwilach, szukając pocieszenia w sztuce, we wzajemnej trosce oraz wierze, że kiedyś ten koszmar się skończy. Tym, co mnie uderzyło najbardziej to fakt, że ta opowieść po prostu urywa się w pewnym momencie. Nie ma zakończenia, bo wojna wciąż trwa, a po ponad dwóch latach sytuacja w Gazie musi być jeszcze dramatyczniejsza niż to, co przekazał anonimowy autor. Nie posiadam słów na oddanie uczucia, kiedy uświadomiłam sobie, że zapewne wielu z opisanych bohaterów nie ma już na świecie. Rodzin, dzieci, starszych i schorowanych osób ani tych kotów, o których przetrwanie tak walczono.
Nie jest to książka, którą można tak po prostu polecić, ale uważam, że powinniśmy właśnie takie treści czytać, żeby nie zobojętnieć, nie odcinać się zupełnie i pamiętać, że nigdzie na świecie pokój nie jest dany raz na zawsze.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz