19 czerwca 2020

Van Helsing + October Faction + Drakula

Van Helsing - sezony 1 - 4

 


Liczba sezonów: 4 (piąty w przygotowaniu)
Lata emisji: 2016-
Obsada: Kelly Overton, Jonathan Scarfe, Christopher Heyerdahl, 
Missy Peregrym, Rukiya Bernard, Aleks Paunovic

Kiedy w marcu okazało się, że szalejący w Europie wirus wysłał mnie na przymusowy home office, odizolował od rodziny i znajomych oraz pozbawił pozadomowych rozrywek, postanowiłam poszukać odmóżdżającego serialu, który z jednej strony oderwie mnie od rzeczywistości, ale z drugiej jakoś będzie łączył się z tematyką apokalipsy. Wiem, że wiele osób w tamtym czasie nadrabiało zaległości, sięgając po różne „kultowe” produkcje, na które dotąd brakowało im czasu. Wzięciem cieszyły się też rozluźniające i redukujące stres komedie. Jednak ja byłam poirytowana na samą myśl, że miałabym poznawać opowieść osadzoną w normalnej rzeczywistości i wypełnioną bohaterami mogącymi ot tak po prostu wyjść do kina czy kawiarni. W związku z tak postawionymi warunkami mąż zaproponował wspólne oglądanie serialu Van Helsing. Zgodziłam się i na fali mojego podłego humoru obejrzeliśmy wszystkie wyprodukowane dotąd sezony, mimo że to naprawdę kiepski serial.

Typowy kadr każdego postapokaliptycznego serialu.
Van Helsing zaczyna się niemalże jak The Walking Dead. Przez cały pierwszy sezon nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to nieudana kopia mojej ulubionej opowieści o świecie zdominowanym przez żywe trupy. W miarę zapoznawania się z fabułą to odczucie zelżało, ale do tego wrócę za chwilę. Teoretycznie serial opowiada o wampirach, stopniowo zaznajamiając widza z okolicznościami tak zwanego powstania, w wyniku którego nie tylko ludzie masowo zaczęli przemieniać się w krwiopijców, ale też przebudziły się pradawne, bardzo niebezpieczne istoty. Jednak w praktyce to produkcja bliższa sztampowym historiom o zombiakach, w których krew leje się litrami, a nielogiczności fabularne mnożą się w zastraszającym tempie. Protagoniści również nie wyróżniają się niczym szczególnym, za wyjątkiem Vanessy van Helsing, która przebudziwszy się z trzyletniej śpiączki, odkrywa nie tylko nową rzeczywistość, ale też swoje zaskakujące zdolności. Kobiecie towarzyszy grupka ocalałych skoncentrowanych na walce o przetrwanie, a później również na pokonaniu wampirów i powrocie do normalności.

W ciągu czterech sezonów serial przeszedł znaczącą metamorfozę. W pierwszej serii scenarzyści mocno inspirowali się wspomnianym już TWD. Motyw przebudzenia ze śpiączki, agresywne potwory rozrywające ludzi na kawałki oraz postać Axela Millera – byłego żołnierza kreowanego na lidera grupy ocalałych wystarczyły, żebym nieustannie wracała myślami do hitu stacji AMC.
W drugim i trzecim sezonie twórcy położyli nacisk na rozwój wątków „magicznych”. Pojawiły się starożytne siły zła, tajemnicze rytuały, obdarzone mocą wiedźmy, informacje zapisane w pradawnych księgach, ale jednocześnie gdzieś na uboczu majaczyły również tematy współczesne takie jak medyczne eksperymenty i związana z nimi ewolucja wampirów. Do tego należy jeszcze dołożyć rodzinne sekrety głównej bohaterki oraz jej powinności wynikające z faktu, że należy do „tych” Van Helsingów. Wszystko to doprowadziło do absolutnego chaosu i braku spójności. W czwartej odsłonie znów próbowano przywrócić postapokaliptyczną atmosferę, ale jednocześnie postawiono też na wątek bezdusznej, niemalże wszechmocnej korporacji stojącej za coraz bardziej dziwnymi i absurdalnymi wydarzeniami.

Nie wiem czy kiedykolwiek oglądałam tak bezsensownie poplątany serial, w dodatku najeżony mnóstwem dziur fabularnych i błędów logicznych. Bohaterowie są w większości bardzo stereotypowi, sztampowi i pozbawieni głębi psychologicznej. Działają chaotycznie, nagle zmieniają plany, a swoje akcje motywują w zupełnie nieprzekonujący sposób. Wygląda to trochę tak jakby scenarzyści usilnie promowali najbardziej stereotypowe postawy, więc nawet jak od czasu do czasu pojawia się ciekawe rozwiązanie (SPOILER na przykład możliwość przemiany wampira z powrotem w człowieka) to i tak niknie ono wśród schematycznych tropów. Początkowo główna bohaterka szuka córki. To napędza ją do działania i nadaje sens egzystencji. Później jednak Vanessa działa po omacku, im więcej dowiaduje się o swojej rodzinie, tym dziwniejsze decyzje podejmuje. Raz przyjmuje rolę zbawicielki, która uratuje ludzkość od potworów, innym razem mścicielki żyjącej tylko po to, by zabijać wampiry. Jak dla mnie protagonistka jest najbardziej niesympatyczną postacią w całym serialu. Rozumiem, że chciano wykreować ją na twardzielkę, a trudności, z którymi musi się zmierzyć, miały nadać jej charakterowi głębi, ale nie udało się. Vanessa Van Helsing nie ma charyzmy liderki ani tęgiego umysłu zdolnego wymyślić sensowny plan przetrwania, więc naprawdę nie widzę wytłumaczenia, dlaczego inni ludzie nieustannie jej towarzyszą, pomagają, a nawet poświęcają własne życie. Wcielająca się w rolę Kelly Overton też nie posiada odpowiedniego warsztatu aktorskiego, by jakoś zbudować tę postać i zaciekawić odbiorcę. Zestaw trzech groźnych min i niesympatyczne spojrzenie raczej nie wystarczą, by przyciągnąć przed ekran.

Bohaterowie nieustannie rozdzielają się, wpadają na siebie, znowu się rozdzielają i tak w kółko.
Zabierając się za oglądanie tej produkcji na wiele elementów trzeba przymknąć oko, by dotrwać do końca. Bohaterowie nieustannie rozdzielają się, a potem znów łączą w grupy, wpadając na siebie dziwnym zrządzeniem losu. Oglądając, miałam wrażenie, że wszyscy wciąż kręcą się w tym samym lesie, bo jak inaczej wytłumaczyć te nieplanowane spotkania? Na dodatek niewiele postaci rzeczywiście ginie wtedy, gdy ich śmierć jest pokazana na ekranie.
Wiem, że to brzmi dziwnie, ale uwierzcie, większość bohaterów odgrywa rolę w stylu „zabili go i uciekł”. Postrzeleni, zaatakowani przez wampira, chorzy lub śmiertelnie ranni padają, by w kolejnym odcinku okazało się, że jednak żyją, ponieważ są super zwinni, chronieni magią, odporni na wirusa, cokolwiek innego. Towarzysze zdążą ich opłakać, czasem nawet pochować, ale oni i tak wkrótce powracają do serialu. Niesamowicie to irytujące, ponieważ z biegiem czasu przestałam przejmować się śmiercią protagonistów, wiedząc, że niedługo i tak znów zobaczę ich na ekranie. Oczywiście czasami bohaterowie umierają naprawdę, ale nawet wówczas ich śmierć nie ma odpowiedniego wydźwięku. Nie wybaczę twórcom, że w tak idiotyczny sposób uśmiercili  [SPOILER] Scarlett – jedną z niewielu sensownych postaci, dla której brnęłam w tę historię, zamiast odpuścić po drugim sezonie. 

Takie mało wampiryczne te wampiry.
Moim zdaniem Van Helsing nadaje się do oglądania wyłącznie jako quilty pleasure albo lekarstwo na apatię, zniechęcenie i ogólnie trudny czas, kiedy brakuje siły na przyswajanie czegoś bardziej zajmującego. Serial ma lepsze momenty, ale to tylko chwilowe przebłyski. Nie polecam go zwłaszcza fanom klasycznie sportretowanych wampirów, ponieważ tutaj istoty te przypominają bezrozumne bestie, które wyją, skrzeczą, podskakują i chodzą wiecznie wymazane krwią. Piąty i na szczęście ostatni już sezon zapowiedziano na wrzesień tego roku, ale nie wiem, czy będę oglądać. Jeśli znacie tę produkcję koniecznie podzielcie się wrażeniami.


Ocena: 3 / 10

October Faction - sezon 1

 


Liczba sezonów: 1
Lata emisji: 2020
Obsada: Tamara Taylor, J.C. McKenzie, Gabriel Darku,
Aurora Burghart, Maxim Roy

Po Van Helsing przyszedł czas na October Faction, czyli netfliksową nowość, która zapowiadała się na całkiem ciekawy serial łączący wątki szpiegowskie z elementami nadprzyrodzonymi. Niestety po raz kolejny spotkał mnie zawód, gdyż produkcja okazała się czymś zupełnie innym niż pokazano w zwiastunie. Serial koncentruje się na rodzinie Allenów od pokoleń zaangażowanej w działalność potężnej agencji o nazwie Presidio, zajmującej się tropieniem i likwidacją potworów. Deloris i Frank są jednymi z najlepszych agentów, a przy tym tworzą szczęśliwe małżeństwo i razem wychowują nastoletnie bliźnięta. Viv i Geoff nie mają pojęcia czym tak naprawdę zajmują się ich rodzice. Wierzą, że oboje pracują w korporacji ubezpieczeniowej, która nieustannie zmusza ich do nagłych wyjazdów oraz częstych przeprowadzek. Allenom zapewne nadal udałoby się utrzymać prawdziwą profesję w tajemnicy, gdyby nie śmierć ojca Franka i konieczność powrotu do rodzinnego miasteczka obojga agentów. Tuż po przybyciu na miejsce okazuje się, że w regionie zanotowano wyjątkową aktywność nadprzyrodzonych istot, które nie wahają się atakować ludzi w biały dzień. Frank i Deloris muszą opanować sytuację, zwłaszcza że potwory zaczynają interesować się ich dziećmi. Na domiar złego nastolatki buntują się przeciwko rodzicielskim nakazom, a przy okazji odkrywają mroczną tajemnicę z ich przeszłości.

Najgorzej dopasowane serialowe małżeństwo.

Znowu będę narzekać, ale nie mam wyjścia, gdyż October Faction to zmarnowany potencjał. Pierwsze dwa, może trzy odcinki budują ciekawie zapowiadającą się intrygę. Mamy agentów walczących z potworami, rodzinne sekrety, demony z przeszłości i niepokojące wydarzenia rozgrywające się wokół każdego z członków rodziny. Nie wiadomo, czym są nadprzyrodzone istoty tak gorliwie likwidowane przez agentów Presidio ani jak działa ta niezwykle wpływowa organizacja. Tajemnicą owiana jest również przeszłość Allenów panicznie reagujących na propozycję, by ich dzieci wstąpiły w szeregi agencji. Niestety obiecujący początek nie zaowocował intrygującym rozwinięciem fabuły. Z odcinka na odcinek robi się coraz bardziej sztampowo i przewidywalnie. Od pewnego momentu tylko odhaczałam kolejne punkty, z niesmakiem odnotowując, że scenarzyści wybrali najprostszą i najbanalniejszą drogę. Poruszyli wątki takie jak kłamstwo dla „dobra” bliskiej osoby, zdrada małżeńska, nastoletnie problemy, korporacje pozostające ponad prawem, co samo w sobie nie byłoby wadą, ale niestety zapomnieli przy tym, że widzowie znają te motywy na pamięć, więc jeśli serial nie ma jakiegoś asa w rękawie to takie tematy nie wystarczą, żeby utrzymać uwagę odbiorcy.

Wygląd potworów nie powala.

Scenariusz October Faction wydaje się nieprzemyślany i napisany na szybko. Nie dość, że wspomniane wątki rozwijają się w przewidywalny sposób, to na dodatek trudno obdarzyć sympatią którąkolwiek z postaci. Bohaterowie są aroganccy, zapatrzeni w siebie, deklarują przywiązanie do innych osób, ale w ich zachowaniu w ogóle nie widać troski i miłości. Ponadto nie umieją się porozumieć, ponieważ w ogóle ze sobą nie rozmawiają, a podjęte przez nich działania są często nie tylko nielogiczne, ale wręcz absurdalne. Najbardziej jaskrawy przykład to postawa bliźniaków, którzy na wieść, że SPOILER Allenowie nie są ich biologicznymi rodzicami tak po prostu odwracają się od nich, bezkrytycznie wierząc kobiecie, która dopiero co pojawiła się w ich życiu. Nie rozumiem też wątku Geoffa. Chłopak nie ukrywa przed nowymi znajomymi, że SPOILER jest gejem i tego samego oczekuje od nowo poznanego kolegi z klasy, który jednak boi się reakcji otoczenia i ewidentnie nie jest gotowy na coming out. Naprawdę nie wiem jaką logiką kierowali się twórcy, ale wykreowali Geoffa na bezduszną i nachalną postać niemającą za grosz empatii i oczekującą, że ktoś zmieni swoje życie niemalże w ciągu jednego dnia.

Zabrakło mi też koncentracji na postaciach, które rzekomo stanowią wielkie zagrożenie dla ludzi. Presidio walczy z potworami, jednak pod koniec serialu widz zaczyna powątpiewać w założenie, że to istoty obdarzone mocami są tymi „złymi”.
Niestety bardziej szczegółowych wyjaśnień nie będzie, ponieważ serial został skasowany po pierwszym sezonie, co sprawia, że zakończenie jest dość frustrujące. Na koniec ponarzekam również na dobór aktorów. Uważam, że dobrze wypadła jedynie Tamara Taylor w roli Deloris, chociaż nawet ona nie była w stanie przekonać mnie, że Deloris i Frank tworzą zgodne i kochające małżeństwo. Między Taylor i Johnem McKenziem w ogóle nie „iskrzyło”. Ich wspólne sceny były wymuszone i nienaturalne. Nie mogłam też oprzeć się wrażeniu, że McKenzie wygląda w serialu na dużo starszego niż Taylor, mimo że aktorzy są w tym samym wieku, co również wpłynęło na odbiór kreowanych przez nich postaci. W każdym razie October Faction to spory zawód i uważam, że nie warto w ogóle zabierać się za tę produkcję.


Ocena: 5 / 10 

Drakula (Dracula) - sezon 1



Liczba sesonów: 1
Lata emisji: 2020
Obsada: Claes Bang, Dolly Wells, John Heffernan, MorfyddClark

O tym serialu miałam już nie wspominać na blogu, ponieważ obejrzałam go tuż po premierze, a więc na początku roku i uznałam, że upłynęło zbyt wiele czasu, żeby wyskakiwać z recenzją. Jednak zmieniłam zdanie, dochodząc do wniosku, że krótka opinia na jego temat będzie pasować do tego wpisu. Od razu zaznaczę, że nie jestem wielką fanką opowieści wampirycznych, ale klasyką grozy nigdy nie gardzę, więc kolejna odsłona historii o Drakuli przyciągnęła moją uwagę. Przez trzy półtoragodzinne odcinki twórcy, którzy mają na koncie słynnego Sherlocka, przedstawili dość zaskakujący koncept na połączenie wątków zaczerpniętych z powieści Brama Stokera i współczesnych archetypów postaci. W pierwszym odcinku widzowie śledzą retrospektywną relację Jonathana Harkera, który po przybyciu do zamku hrabiego, doświadczył przerażających i niezrozumiałych wydarzeń. Udało mu się przetrwać, ale przypłacił to zdrowiem fizycznym i psychicznym. Schronienie znalazł w klasztorze, a swoimi przeżyciami dzieli się z siostrą Agathą van Helsing, która wie, że bestia wkrótce upomni się o swoją niedoszłą ofiarę.

Claes Bang dobrze wypadł w roli Drakuli.

Nie oczekiwałam, że netfliksowy Drakula będzie wierną adaptacją książki, ponieważ nie jestem zwolenniczką przenoszenia tej samej historii między mediami tak, by jak najmniej rzeczy uległo zmianie. Cenię nowe interpretacje oraz odświeżone spojrzenie na znane wątki, ale pod warunkiem, że całość jest sensownie poprowadzona. Recenzowany miniserial stanowi pewną wariację na temat najsłynniejszego wampira, która z każdym odcinkiem staje się coraz mniej atrakcyjna i zajmująca. Pierwszy epizod uważam za najlepszy, mimo że postać Agathy van Helsing jest momentami nieco groteskowa i nieprzystająca do XIX wiecznych realiów. Wprawdzie fajnie oglądało się słowne przepychanki Agathy z Drakulą, ale na dłuższą metę taka konstrukcja dialogów jest męcząca. Błyskotliwa, inteligentna, antyklerykalna (!) wręcz zakonnica wydaje się innym wcieleniem nieomylnego Sherlocka Holmesa. Niemniej to właśnie na początku twórcom udało się wykreować bardzo niepokojącą atmosferę potęgowaną przez estetykę pokazywanych na ekranie miejsc. Ponure zamczysko, korytarze oświetlone jedynie wątłym płomieniem świecy, szepty dochodzące z ciemności, złowróżbne głosy prześladujące bohatera – jednym słowem groza w lubianej przeze mnie postaci jest najsilniej zaakcentowana właśnie w pierwszym epizodzie. To również moment na docenienie gry aktorskiej Claesa Banga, który bardzo dobrze sprawdził się w roli odpychającego, a zarazem czarującego wampira. Bang bezbłędnie odgrywa emocje, sprawiając, że postać nabiera głębi i broni się nawet, kiedy widzimy ją we współczesności. 

Inteligentna, odważna zakonnica z kryzysem wiary.

Myślę, że spoilerem nie będzie zdradzenie, że każdy odcinek tworzy w miarę zamkniętą całość, co dało twórcom możliwość przeniesienia akcji do teraźniejszości. W ostatnim epizodzie widzowie mają okazję zobaczyć jak mógłby zostać potraktowany Drakula w dzisiejszym świecie. Dla mnie ta wizja była najmniej przekonująca oraz interesująca. Historia hrabiego straciła swój charakterystyczny pazur, a relacja pomiędzy głównymi bohaterami zaczęła przystawać bardziej do telenoweli niż horroru. Jako całość serial wypada średnio. Odniosłam wrażenie, że twórcy starali się aż za bardzo i zwyczajnie przedobrzyli, mieszając dwa różne porządki, czyli powieściowe realia i współczesną obyczajowość. 


Ocena: 5 / 10

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza