28 grudnia 2014

Kości są wieczne - Kathy Reichs


Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 416

Mam wrażenie, że nazwisko Kathy Reichs znam odkąd tylko zaczęłam interesować się literaturą kryminalną, ale aż do teraz nie miałam okazji spotkać się z jej twórczością. Za ten stan rzeczy winię głównie swoją obsesję na punkcie poznawania wszelkich serii zgodnie z chronologią. Od dawna chciałam przeczytać pierwszy tom cyklu poświęconego antropolożce sądowej Temperance Brennan, ale niestety zdobycie tej książki w rozsądnej cenie jest niemożliwe. W związku z tym postanowiłam czekać na wznowienie i na razie po prostu zapomnieć o tej pisarce. Jednak cierpliwość nie jest moją mocną stroną, więc ostatecznie dałam spokój z polowaniem na początek cyklu Kości i sięgnęłam po najnowszą powieść Reichs, mając nadzieję, że nieznajomość czternastu poprzednich tomów nie wpłynie negatywnie na odbiór tej historii.

Na szczęście amerykańska pisarka skupiła się tylko na wątku kryminalnym i śledztwie, w którym udział bierze również doktor Brennan. Oczywiście pojawiają się odniesienia do życia prywatnego bohaterów, jednak stanowią one tylko delikatne tło, a ponadto są natychmiast wyjaśniane, więc zapewniam, że czytelnicy nieznający wcześniejszych części nie muszą się obawiać, że umkną im jakieś istotne kwestie. Reichs postawiła na komplikującą się w miarę rozwoju akcji intrygę oraz dynamiczne, zaskakujące wydarzenia, co sprawiło, że Kości są wieczne to dobry przykład typowo rozrywkowego kryminału, dostarczającego solidną dawkę emocji. Autorka nie zaprzątała sobie głowy wstępem do głównego wątku, ponieważ już pierwsza strona stanowi mocny akcent, jasno pokazujący, że w tej historii liczy się przede wszystkim dochodzenie w sprawie dzieciobójczyni. W niewielkim, obskurnym mieszkaniu zespół składający się z policjantów oraz Temperance Brennan odkrywa zwłoki malutkich dzieci, które prawdopodobnie zostały zamordowane tuż po urodzeniu. Mieszkanie wynajmuje niejaka Alma Rogers, chociaż kobieta posługuje się wieloma nazwiskami i znana jest również jako Alva Rodriquez oraz Amy Roberts. Stróże prawa natychmiast wszczynają śledztwo jednak podejrzana jakby zapadła się pod ziemie. Dość szybko sprawa znacząco się komplikuje, a dochodzenie przenosi się najpierw do Edmonton, a potem na daleką Północ, gdzie w parze z surowym klimatem występują nieprzychylni obcym, zamknięci w sobie mieszkańcy nieskorzy do dzielenia się posiadanymi informacjami z policją.

Pierwsze spotkanie z pisarstwem Kathy Reichs uważam za dość udane, chociaż z pewnością nie jest to książka, która na długo zapadnie mi w pamięć. Może przeczytałam już zbyt dużo podobnych powieści, żeby zachwycić się tą historią, może Kości są wieczne to nieco słabsze dzieło w dorobku autorki i stąd moje wrażenia, w każdym razie nie jestem ani oczarowana, ani rozczarowana lekturą. Początkowo wątek kryminalny wydawał mi się zbyt mało skomplikowany, ponieważ dotyczył jedynie poszukiwań kobiety posługującej się wieloma tożsamościami. Pojawiły się ofiary, wyznaczono podejrzaną i detektyw Andrew Ryan wraz z doktor Brennan usiłują odnaleźć matkę zamordowanych dzieci i postawić ją przed sądem. Na szczęście później wszystko zaczyna się komplikować i nie wygląda już tak jednoznacznie jak na początku, co czyni fabułę znacznie bardziej intrygującą i nieprzewidywalną. Parokrotnie dałam się zaskoczyć, chociaż rozwiązanie zagadki nie jest jakoś niesamowicie trudne. Jeśli tylko będziecie uważnie czytać i wyciągać wnioski z kolejnych wydarzeń, to jest duża szansa, że finał nie będzie dla was tajemnicą. Reichs potrafi przyciągnąć i utrzymać uwagę czytelnika, więc nie brakuje w tej książce napięcia skutkującego tym, że w pewnym momencie z niecierpliwością przewracałam kolejne kartki, by jak najszybciej dowiedzieć się, co dalej.

Jeśli główna bohaterka zajmuje się antropologią sądową, to wiadomo, że w historii pojawią się opisy jej pracy składającej się głównie z wydzierania zmarłym ich tajemnic. Nie inaczej jest w powieści Kości są wieczne. Tempe potrafi znaleźć informacje zapisane w ludzkich szczątkach i odpowiednio je wykorzystać. Długość poszczególnych kości, ich ułożenie oraz drobne szczegóły anatomiczne pozwalają bohaterce wysnuć wnioski niezwykle istotne dla śledztwa. Podobały mi się fragmenty, w których Brennan popisywała się swoją wiedzą, jednak nie mogłam pozbyć się porównań do genialnego antropologa Davida Huntera z książek Becketta. U Reichs opisy badań przeprowadzanych przez bohaterkę są ciekawe, ale takie suche, poprawne. Natomiast Beckett potrafi jednym krótkim zdaniem wywołać w czytelniku grymas obrzydzenia lub sprawić, by natychmiast zaczął interesować się procesami pośmiertnymi doprowadzającymi zwłoki do makabrycznego stanu. Może nie powinnam porównywać tych bohaterów, ale skojarzenie nasunęło się samo i niestety Temperance Brennan nie jest tak fascynującą postacią jak David Hunter. 

Rytm opowieści dość często przerywany jest przez naukowe, specjalistyczne wtrącenia i opisy, tłumaczące zasadę działania np. rezonansu magnetycznego lub innych urządzeń wykorzystywanych do badania zwłok. O ile same wiadomości na temat uważam za wzbogacające i uwiarygadniające historię, o tyle sposób ich wplecenia do fabuły jest raczej irytujący. Reichs nie poradziła sobie z naturalnym połączeniem naukowych lub historycznych wywodów z dynamiczną akcją powieści, przez co fragmenty poświęcone technicznym zagadnieniom, były dla mnie elementami burzącymi poczucie obecności w świecie doktor Brennan. Kości są wieczne polecam przede wszystkim miłośnikom gatunku. Pomimo minusów książka idealnie nadaje się do tego, by pochłonąć ją w czasie jednego popołudnia, a potem odłożyć na półkę ze świadomością, że za tydzień historia uleci z pamięci. 

Ocena: 4 / 6

Cykl Kości:

1. Zapach śmierci (Déjà Dead)
2. Dzień śmierci (Śmierć za dnia)
3. Śmiertelne decyzje
4. Zabójcza podróż
5. Pogrzebane tajemnice
6. Nagie kości
7. Poniedziałkowa żałoba
8. Starożytne kości
9. Okruchy śmierci
10. Kości w proch
11. Diabelskie kości
12. 206 kości
13. Kości pająka
14. Z krwi i kości

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.


22 grudnia 2014

Ripper. Gra o życie - Isabel Allende


Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 496

Do pisania kryminałów trzeba mieć talent. Nie da się stworzyć dobrej historii z trupem w tle bez posiadania pewnego wyczucia i tego nieuchwytnego czegoś, co sprawia, że książki jednych są błyskotliwe i interesujące, a innych słabe lub zaledwie poprawne. Niestety okazuje się, że czasami nawet uznani, odnoszący sukcesy pisarze, nie są w stanie wymyślić zajmującej historii kryminalnej i lepiej byłoby, gdyby nigdy nie wpadli na pomysł napisania powieści tego typu. Jeszcze tydzień temu nie śmiałabym zakwestionować zdolności pisarskich Isabel Allende, ponieważ poznałam dwie części cyklu Dom duchów jej autorstwa i obie książki wywarły na mnie ogromne wrażenie. Niestety po lekturze Rippera nasunęła mi się refleksja, że posiadanie talentu literackiego nie oznacza, że twórca jest w stanie poradzić sobie z każdym rodzajem historii. Nadal uważam Allende za świetną pisarkę, ale sądzę, że nie powinna więcej eksperymentować z kryminałem, ponieważ ewidentnie nie czuje tego gatunku.

Opis na okładce sugeruje, że fabuła tej książki koncentruje się na dochodzeniu prowadzonym w sprawie kilku niewyjaśnionych morderstw mających miejsce w San Francisco. Wydawca zaznaczył, że wspomniane śledztwo prowadzi nie tylko policja, ale także grupa nastolatków spędzających czas przy tytułowym Ripperze, czyli grze fabularnej przekształconej przez młodych ludzi tak, by jej celem było zdemaskowanie rzekomego seryjnego zabójcy. Wspomniane tematy oczywiście pojawiają się w powieści, ale wcale nie dominują, bo na pierwszy plan wysuwają się charakterystyki bohaterów oraz zdarzenia budujące ich portrety psychologiczne. W związku z tym elementów kryminału jest w dziele Allende stosunkowo niewiele, gdyż dopiero na ostatnich stu stronach akcja nabiera tempa i wreszcie dzieje się to, co zapowiedziano na okładce. Natomiast wcześniej czytelnik śledzi losy pewnej specyficznej rodziny, której członkowie odznaczają się dziwnymi zdolnościami, niepopularnymi poglądami lub oryginalnymi zainteresowaniami. Przed sięgnięciem po tę lekturę trzeba więc pamiętać, że policyjne śledztwo oraz grupa grająca w Rippera stanowią raczej tło dla ukazania barwnych charakterów postaci wykreowanych przez Allende.

Autorka w typowy dla siebie sposób wprowadziła do opowieści bohaterów, czyniąc ich życiorysy najważniejszymi zdarzeniami Rippera. W tej książce występuje cała masa nietuzinkowych postaci, których życie biegnie naprawdę dziwnymi i nieprzewidywalnymi torami. Czytelnicy poznają nastoletnią Amandę zafascynowaną rozwiązywaniem kryminalnych zagadek, jej ekscentryczną matkę pracującą jako uzdrowicielka, zatrudnionego w policji ojca dziewczyny, dziadka będącego powiernikiem i najlepszym przyjacielem Amandy oraz całą masę innych bohaterów, którzy również przykuwają uwagę odbiorcy. Z mojego opisu może wynikać, że nastolatka jest główną protagonistką, ale to mylne wrażenie, ponieważ trudno wyróżnić jedną, najważniejszą postać. Moim zdaniem wszyscy zostali dokładnie sportretowani i otrzymali określoną rolę do spełnienia, bez której historia byłaby płytka i nijaka. Czytając powieści Allende, mam wrażenie, że słucham czyjejś gawędy. Czuję się jakby ktoś opowiadał o własnych przeżyciach albo, posiadając doskonale rozwiniętą wyobraźnie, na poczekaniu układał historię przeznaczoną tylko dla mnie. Lekturze Rippera towarzyszyło to samo odczucie, dlatego z zainteresowaniem śledziłam kolejne wydarzenia, mimo że nie były ani specjalnie intrygujące, ani trzymające w napięciu, ani przełomowe dla fabuły.

Moim zdaniem wytłumaczenie takiej sytuacji może być tylko jedno – pisarka ma dar opowiadania. Układa zdania i formułuje myśli tworzące hipnotyzującą całość, mimo że teoretycznie nic ciekawego się nie dzieje. Z tego względu kompletnie nie nadaje się na autorkę kryminałów, w których istotne jest budowanie napięcia, podrzucanie czytelnikowi fałszywych tropów związanych ze śledztwem oraz niezbyt szczegółowe przedstawienie prywatnego życie bohaterów. Zdaję sobie sprawę, że urok stylu Allende nie działa na każdego, więc dla wielu osób Ripper to po prostu nieudany kryminał lub taka obyczajówka napisana przez kogoś, kto sam do końca nie wiedział, co chciałby przekazać. Rozumiem takie opinie, bo kilka razy sama złapałam się na rozmyślaniu nad tym, dokąd tak właściwie ta opowieść zmierza i po co autorka serwuje czytelnikowi tyle detali związanych z przeszłością bohaterów oraz z ich zachowaniami. Przypuszczam, że spoiwem całości miał być wątek kryminalny, ale niestety zabieg się nie udał, ponieważ, jak już wspomniałam, sprawa seryjnego zabójcy zaczyna silniej łączyć się z losami postaci dopiero w zakończeniu. Na dodatek całej intrydze brakuje dynamizmu i komplikacji. Tożsamość mordercy łatwo przewidzieć, suspensu jest niewiele, a niektóre rozwiązania skłaniają do podejrzeń, że autorka w pewnych kwestiach poszła na łatwiznę i na przykład zamiast pomyśleć jak naprowadzić policję na trop przestępcy, wyposażyła jednego z protagonistów w całą masę cech czyniących z niego niemal superbohatera gotowego w pojedynkę pokonać zabójcę. 

W książkach Isabel Allende pojawiają się elementy typowe dla realizmu magicznego. Nie inaczej jest również w przypadku Rippera, co prawdopodobnie tłumaczy koncentrację pisarki na przeżyciach wewnętrznych postaci oraz wplecenie nie do końca realnych zdarzeń. Lubię realizm magiczny w wydaniu Allende, ponieważ ta nadnaturalność nie jest zbyt nachalna i zazwyczaj dobrze wkomponowuje się w atmosferę opowieści. W recenzowanej książce również niektórzy bohaterowie są nieco oderwani od rzeczywistości, uduchowieni i wrażliwi na energię niewyczuwalną dla zwykłych ludzi i przyznam, że byłabym zachwycona takimi kreacjami, gdyby nie ta wymuszona kryminalna otoczka. Niestety jedno z drugim nie współgra i to rzutuje na całą powieść. Jako kryminał Ripper wypada słabo, jako powieść obyczajowa już lepiej, ale i tak moja ocena jest dość surowa, bo wiem, że tę autorkę stać na znacznie więcej. Wprawdzie dałam się uwieść gawędzie i bez problemu brnęłam przez historię niemającą wyraźnego celu, ale to zdecydowanie za mało, żeby nazwać tę książkę satysfakcjonującą lekturą. Najnowszą powieść Allende mogę polecić wyłącznie wiernym fanom jej dzieł. 

Ocena: 3.5 / 6

Recenzje innych powieści Allende:


Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza.

http://muza.com.pl/kryminal/1827-ripper-gra-o-zycie-9788377585856.html?dosiakksiazkowo

17 grudnia 2014

Nierządnica - Iny Lorentz


Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 440

Jak dotąd średniowiecze kojarzyło mi się z czasami, w których bogobojny lud starał się za wszelką cenę żyć w zgodzie z nauką Kościoła. Wszystko, co ludzie czynili, mówili, a nawet myśleli, miało służyć chwale Stwórcy, więc teoretycznie dbano o moralność, wystrzegano się grzechów i powszechnie straszono ogniem piekielnym czekającym na tych, którzy sprzeciwiają się boskim nakazom. Przyznam jednak, że znacznie rzadziej rozmyślałam o tak zwanej drugiej stronie medalu, czyli wpływach, jakie zdobyli księża i zakonnicy latami gromadzący potężne majątki oraz budujący swoją pozycje jedynych słusznych autorytetów. W książce duetu pisarskiego (ukrywającego się pod pseudonimem Iny Lorentz) Ingrid Klocke i Elmara Wohlratha podjęte zostały wątki, takie jak podwójna moralność duchownych, obrzydliwe manipulacje wysoko postawionych panów, a także rodzący się powoli sprzeciw wobec nieograniczonej władzy Kościoła oraz haniebnego postępowania księży. W zasadzie wszystkie wymienione tematy zostały ukazane jako tło opowieści o pewnej kobiecie, która padła ofiarą okrutnej intrygi, ale główny wątek nie mógłby istnieć bez tego doskonale opisanego, idealnie dobranego tła społeczno-politycznego, nadającego powieści dodatkową wartość.

Nierządnica to pierwszy tom cyklu o tym samym tytule, którego bohaterką jest córka zamożnego kupca Mateusza Schärera. Historia rozpoczyna się w momencie przygotowań do ślubu siedemnastoletniej, pięknej i delikatnej jak anioł Marii z synem hrabiego, adwokatem Magistrem Ruppertusem Splendidusem. Dziewczyna nie zna swojego przyszłego małżonka, nigdy nie zamieniła z nim ani jednego słowa, a na dodatek decyzja o jej zamążpójściu była szybka i niespodziewana, więc Maria obawia się czekającej ją przyszłości. Niestety ma ku temu powody, ponieważ w przeddzień ceremonii narzeczony oskarża dziewczynę o nierząd, znajdując fałszywych świadków jej niemoralnego zachowania oraz prezenty, które rzekomo przyjęła w zamian za usługi seksualne. Na początku XV wieku takie oskarżenie to dla kobiety hańba na całe życie. Maria zostaje wtrącona do więzienia, a następnie błyskawicznie osądzona i skazana, co sprawia, że w jednej chwili całe jej życie traci sens. Bohaterka postanawia jednak walczyć do końca i pomimo swojego upadku poprzysięga, że zemści się na wszystkich, którzy przyczynili się do jej tragicznego losu.

Jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki, więc od razu uprzedzam, że tym razem będę głównie chwalić i namawiać do przeczytania. Nie spodziewałam się, że autorzy stworzyli tak intrygującą, trzymającą w napięciu oraz dopracowaną historię, której punktem wyjścia jest skazanie niewinnej dziewczyny za sianie rozpusty i niemoralne postępowanie. Od pierwszych stron zapałałam sympatią do Marii Schärer i z przerażeniem obserwowałam jak wszystko, co dziewczyna zna i kocha zostaje jej po kolei odebrane. Wydawałoby się, że córka bogatego mieszczańskiego kupca nie musi martwić się o swoją przyszłość, ponieważ życie kobiety jej stanu jest z góry zaplanowane. Jednak w przypadku Marii wszystko poszło inaczej niż zazwyczaj, powodując, że ta pogodna i posłuszna ojcu dziewczyna, przeszła przez prawdziwe piekło. Celowo nie piszę o tym, jaką karę wymierzono bohaterce, żeby niepotrzebnie nie zdradzać istotnych szczegółów, ale dla cnotliwej i pobożnej kobiety żyjącej na początku XV wieku, taki wyrok równał się niemal ze skazaniem na śmierć. Ogromną zaletą tej powieści jest wiarygodne ukazanie metamorfozy dziewczyny, która musiała nauczyć się dbać o siebie, stawiać czoła przeciwnościom oraz wykazywać się inteligencją i sprytem, żeby przetrwać w ówczesnej rzeczywistości. 

Opowieść napisana przez Klocke i Wohlratha koncentruje się głównie na ukazaniu trudnego losu kobiet żyjących w epoce późnego średniowiecza. Oprócz całkowitego posłuszeństwa najpierw ojcu, a potem mężowi, kobieta musiała stosować się do szeregu niepisanych reguł, by nie zostać posądzoną o rozwiązłość. Z dzisiejszej perspektywy trudno uwierzyć, że kilka wieków temu poważana dama traciła szacunek towarzystwa z powodu rozmowy z nieznajomym mężczyzną, samotnej wyprawy do miasta lub jeszcze innego, całkiem niewinnego i błahego zdarzenia. Autorzy przybliżają czytelnikom także niewiarygodnie podły los kobiet, których nie szanował absolutnie nikt, ponieważ w społeczeństwie uchodziły za ludzi najgorszej kategorii. Mowa o nierządnicach wypędzanych z miast, pogardzanych i traktowanych gorzej niż zbrodniarze, mimo że wiele z nich to okrutny los zmusił do takiego życia. Najbardziej oburzające jest jednak stosowanie podwójnej moralności, wedle której prostytutka była nikim, a mężczyźni korzystający z jej usług cieszyli się powszechnym szacunkiem nawet, jeśli należeli do stanu duchownego. Poruszenie przez autorów takich wątków sprawia, że powieść charakteryzuje się przemyślanym, wiarygodnym i interesującym tłem społecznym, co w moich oczach przydaje jej wartości.

Warto również wspomnieć, że w książce pojawiają się także postaci historyczne oraz wydarzenia, które w rzeczywistości odegrały znaczącą rolę. Pisarze zgrabnie połączyli fikcyjną opowieść ze zdarzeniami takimi jak Sobór w Konstancji czy śmierć Jana Husa głoszącego konieczność reform w Kościele Katolickim. Wprawdzie wątki te nie są dominujące, niemniej ich przedstawienie również zasługuje na pochwałę ze względu na świetne połączenie z głównym motywem, czyli historią Marii Schärer. Moim zdaniem Nierządnica to jedna z lepszych powieści historycznych jakie czytałam, ale muszę wspomnieć o pewnym, drażniącym mnie nieco elemencie. Uważam, że autorzy trochę zbyt szybko rozwiązali całą intrygę w zakończeniu, powodując, że finał wydał mi się niepasujący do reszty opowieści. Wszystko wyjaśnia się nagle na ostatnich trzydziestu stronach i to w taki sposób, że niektóre wątki sprawiają wrażenie rozwiązanych zbyt pomyślnie, jakby autorzy nie chcieli skrzywdzić żadnej z pozytywnych postaci. Pomimo tego drobnego minusa z pewnością sięgnę po kolejne tomy, żeby znów zachwycać się dopracowaną fabułą, świetnie nakreślonymi bohaterami oraz charakterystyką rzeczywistości sprzed ponad pięciu wieków. 

Ocena: 5 / 6

Książka przeczytana w ramach wyzwania Z półki

 Cykl Nierządnica:

2. Kasztelanka
3. Testament nierządnicy
4. Córka nierządnicy
5. Córy grzechu

12 grudnia 2014

Słoneczna Dolina - Stefan Darda


Wydawnictwo: Videograf II
Liczba stron: 272

Ponad dwa lata temu sięgnęłam po debiutancką powieść Stefana Dardy, ale niestety dość mocno rozczarowałam się historią opisaną w Domu na Wyrębach. Nie podobał mi się styl autora, nie zachwyciła mnie fabuła i przyznam, że zniechęciłam się do twórczości bodaj najpopularniejszego obecnie polskiego pisarza grozy. Mimo tego postanowiłam, że dam Dardzie drugą szansę, ponieważ zewsząd docierały do mnie opinie, że jego książki są warte poznania. Doszłam też do wniosku, że nie powinnam uprzedzać się do całego dorobku literackiego tylko z powodu jednej nieudanej pozycji, więc zdecydowałam, że przeczytam pierwszy tom cyklu Czarny Wygon.

Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów związanych z fabułą, ponieważ uważam, że im mniej potencjalny odbiorca wie przed rozpoczęciem lektury horroru, tym większa szansa, że odczuje silne emocje w trakcie czytania. W związku z tym mogę jedynie napisać, że głównym bohaterem powieści jest dziennikarz Witold Uchmann, który przybył do niewielkiej miejscowości położonej w południowo-wschodniej Polsce, by zebrać materiały do artykułu o paranormalnych zjawiskach mających miejsce w okolicach Roztocza. O całej sprawie powiadomił bohatera tajemniczy informator, obiecujący spotkanie oraz dostarczenie brulionu z ważnymi notatkami, jak tylko dziennikarz pojawi się w Zwierzyńcu. Uchmann skwapliwie skorzystał z propozycji, mając nadzieję na znalezienie tematu pozwalającego wzmocnić swoją pozycję w redakcji i choć na chwilę uwolnić się od utyskiwań szefa. Na miejscu okazało się jednak, że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana i niebezpieczna niż bohater początkowo przypuszczał.

Mam nadzieję, że taki zarys fabuły wystarczy, żeby zaintrygować was tą powieścią. Wprawdzie Słoneczna Dolina nie jest pozbawiona wad, ale wypada znacznie lepiej niż debiutancki Dom na Wyrębach, co dla mnie jest już sygnałem, że najwyższy czas porzucić uprzedzenia do twórczości Dardy i zacząć kompletować pozostałe części cyklu. Poprawa stylu oraz znacznie bardziej urozmaicone słownictwo to pierwsza pozytywna rzecz, jaką zaobserwowałam już po przeczytaniu kilkunastu stron. Ogromnie się cieszę, że pisarz zrezygnował ze szczegółowego wymieniania kolejnych czynności wykonywanych przez bohatera na rzecz naturalnego, dobrze współgrającego z akcją opisu, dopełniającego charakterystykę Uchmanna. Tym samym to, co tak bardzo irytowało mnie w debiucie pana Dardy, zostało wyeliminowane, więc mogłam całkowicie skupić się na historii. Przyznaję również, że autorowi udało się stworzyć atmosferę niepokoju. Może nie jest to groza w najczystszej postaci i czytelnik nie musi posiadać specjalnie mocnych nerwów, żeby dotrwać do końca opowieści, ale w kilku momentach rzeczywiście ciarki przebiegają po plecach. Trudno bowiem o obojętność, gdy główny bohater wybiera się do lasu nawiedzanego przez dziwne istoty lub uczestniczy w wydarzeniach, o których na samą myśl robi się człowiekowi nieprzyjemnie.

Drugim, bardzo dużym plusem Słonecznej Doliny jest świetny pomysł na historię. Przekazany Witoldowi brulion zawiera osobną opowieść, którą czytelnik poznaje wraz z głównym bohaterem. A skoro pojawia się kolejna fabuła, to oczywistym jest, iż na scenę wkroczą również nowe postacie. Oczywiście te dwa wątki tylko pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego, dlatego w pewnym momencie następuje zgrabne połączenie obu historii. Podejrzewam, że odbiorca zaznajomiony z konwencją grozy od razu wychwyci w czym rzecz, a tym samym pewne wydarzenia nie będą dla niego zaskoczeniem, ale wierzcie mi na słowo, to nie wpłynie negatywnie na przyjemność czerpaną z lektury. Śmiem twierdzić, iż będzie wręcz przeciwnie, ponieważ czasami znajomość schematów buduje napięcie, a czytelnik tylko czeka, by potwierdzić swoje przypuszczenia lub też poznać kolejną metodę na udane wykorzystanie znanego w horrorze motywu. Moim zdaniem tak właśnie dzieje się w tej książce. Niby wiedziałam w jaki sposób wątek Uchmanna i historia, którą on czyta, będą ze sobą związane, ale i tak z niecierpliwością czekałam na wyjawienie wszystkich szczegółów oraz nadchodzący moment kulminacyjny. 

Nie obraziłabym się, gdyby powieść budziła nieco więcej przerażenia. Mam świadomość, że poczucie grozy w horrorze, to bardzo zindywidualizowana kwestia i pisarz nigdy nie dogodzi wszystkim czytelnikom, ale Darda potrafi podsycić ciekawość, zbudować napięcie oraz w plastyczny sposób opisać poszczególne wydarzenia, więc aż się prosi, żeby nieco podkręcić pewne elementy. Nie będę jednak jakoś szczególnie marudzić, bo mam nieodparte wrażenie, że Słoneczna Dolina to dopiero rozgrzewka przed znacznie bardziej mroczną drugą częścią cyklu. Mogę się mylić, ale coś mi mówi, że ta książka jest swego rodzaju wstępem, a więcej atrakcji czeka na mnie w tomie Starzyzna. Z pewnością na takie odczucia wpłynęło zakończenie, zawierające porządny cliffhanger. Już nie mogę doczekać się rozwinięcia motywu miejsca zawieszonego pomiędzy światem żywych i umarłych, pogłębionej charakterystyki dziwnych istot pojawiających się na Roztoczu, a także wyjaśnienia, czym jest klątwa zatajenia. Interesują mnie również losy głównych bohaterów, pomimo tego że trudno obdarzyć ich sympatią. Zarówno Uchmann, jak i Rafał Grela wzbudzili we mnie litość i współczucie, ale z pewnością nie polubiłam żadnego z nich. Po raz kolejny nie mogę czegoś wyjaśnić do końca, więc wybaczcie, że nie napiszę, dlaczego oceniam ich zachowanie dość surowo. Najlepiej będzie, jak przeczytacie książkę i wówczas podyskutujemy na temat ich postaw oraz charakterów :)

Jak dotąd głównie chwalę dzieło Stefana Dardy, ale niestety muszę też nieco ponarzekać. Wydaje mi się, że pisarz zbyt szybko pozwolił wszystkim swoim bohaterom uwierzyć w nadprzyrodzone, niewytłumaczalne zjawiska i wydarzenia, o których usłyszeli. Zabrakło mi momentu, w którym protagoniści zakwestionowaliby informacje niemające nic wspólnego z racjonalnym postrzeganiem rzeczywistości lub chociaż wyrazili jakieś większe zdziwienie. U Dardy postaci nie wpadają w panikę na wieść, iż trafili w czasoprzestrzenną pętlę bez wyjścia, nie są wystarczającą przerażeni widokiem ni to zjaw, ni demonów i ogólnie wykazują nadspodziewaną tolerancję dla wszelkich tego typu zjawisk. Moim zdaniem taka postawa jest mało wiarygodna, a na dodatek nie buduje nastroju grozy, ponieważ czytelnik nie odczuwa przerażenia, jeśli teoretycznie straszne rzeczy nie robią na postaciach większego wrażenia. Jednak pomimo tego Słoneczną Dolinę przeczytałam z dużym zainteresowaniem i wreszcie zaczynam dostrzegać potencjał w twórczości autora. Jeśli jeszcze nie znacie pierwszej części cyklu Czarny Wygon, polecam. 

Ocena: 4.5 / 6

Cykl Czarny Wygon:

 2. Starzyzna
3. Bisy
4. Bisy II


Książka przeczytana w ramach wyzwania Z półki.

7 grudnia 2014

Przepis na miłość - Katie Fforde


Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 424

Często lektury dobieram spontanicznie, pod wpływem emocji decydując, że chcę daną książkę przeczytać. Jak już wybrany egzemplarz do mnie trafi, to czasami zastanawiam się, co ja sobie myślałam, zamawiając powieść należącą do mało lubianego gatunku albo zbierającą raczej negatywne recenzje. Przyznam, iż po otrzymaniu przesyłki z dziełem Katie Fforde, zaczęłam się bać, że skazałam się na kilka dni czytania z przymusu oraz konieczność napisania opinii, w której po raz kolejny będę głównie wytykać błędy i marudzić na irytujące mnie fragmenty. Moje obawy wynikały z tego, że po pierwsze, Przepis na miłość jest historią ukazującą perypetie miłosne głównej bohaterki, a po drugie, równie ważnym elementem tej opowieści jest wątek kulinarny, który zazwyczaj śmiertelnie mnie nudzi. Jakby tego było mało, z okładki dowiedziałam się, że pani Fforde jest przewodniczącą Stowarzyszenia Autorów Romansów, a na koncie ma już ponad dwadzieścia napisanych książek, co skutecznie zabiło moją nadzieję na to, iż aspekt miłosny nie zdominuje tego dzieła. Ale cóż, decyzję podjęłam już wcześniej, więc nie pozostało mi nic innego jak wziąć przysłowiowego byka za rogi i zabrać się za czytanie.

Zaczęłam lekturę dość ostrożnie, bo założyłam, że na początek przeczytam zaledwie kilkanaście stron, żeby wybadać sytuację i dowiedzieć się, czego mniej więcej mogę się spodziewać. Zanim się zorientowałam, dobrnęłam do siedemdziesiątej strony, a z kwadransa poświęconego na czytanie zrobiło się co najmniej czterdzieści minut. To był pierwszy zwiastun mojego ogromnego, ale pozytywnego zaskoczenia wynikający z faktu, iż (wbrew przewidywaniom) książka po prostu mi się podobała. Nawet nie wiem kiedy zainteresowała mnie ta dość nieskomplikowana, typowo rozrywkowa historia, w której główną bohaterką jest uczestniczka konkursu kulinarnego. Zoe Harper nie tylko kocha gotować, ale przede wszystkim potrafi to robić, więc czytelnik poznaje ją w chwili przyjazdu do uroczego gospodarstwa Somerby, gdzie odbędzie się telewizyjne show poświęcone jedzeniu. Zoe zależy na wygranej, ponieważ marzy o otwarciu własnych delikatesów, a niestety bez pieniędzy pochodzących z nagrody nie będzie jej na to stać. Kobieta radzi sobie w konkursie naprawdę świetnie, jednak niespodziewane uczucie do jednego z sędziów może pogrzebać jej szansę na zwycięstwo. Przystojny krytyk kulinarny Gideon Irving zupełnie zawrócił Zoe w głowie, sprawiając, że dziewczyna musi zdecydować, co jest dla niej naprawdę ważne.

Sekretem sukcesu Przepisu na miłość jest talent autorki do zgrabnego łączenia kilku wątków tak, by odbiorca nie zdążył poczuć przesytu żadnym z nich. Spodziewałam się, że ta powieść będzie traktować o miłości i gotowaniu, i w dużej mierze tak właśnie jest, ale Katie Fforde dodała też kilka innych, ciekawych motywów, jak na przykład zabawną charakterystykę pewnych apodyktycznych staruszków czy opis pełnej serdeczności relacji pomiędzy Zoe a właścicielami Somerby. Dzięki tym zabiegom historia została urozmaicona, a ja nie musiałam koncentrować się jedynie na miłosnych podbojach protagonistki. Muszę też przyznać, że jeśli chodzi o wątek romantyczny, to pisarka również wykazała się zaskakującą powściągliwością, która mnie bardzo przypadła do gustu. Katie Fforde nie raczy czytelnika opisem nieustających zachwytów Zoe nad Gideonem czy też scenami schadzek roznamiętnionych kochanków. Zamiast tego przez większą część powieści odbiorca obserwuje zmagania głównej bohaterki z zadaniami konkursowymi oraz potyczki z wredną współlokatorką, a wszelkie perturbacje miłosne Zoe zostają nieco usunięte w cień. Oczywiście Przepis na miłość jest romansem, więc ostatecznie to właśnie kwestia uczuć Zoe do pewnego sędziego jest najważniejsza, ale autorce udało się wszystko zgrabnie połączyć i wyważyć tak, by fabuła nie opowiadała wyłącznie o tym, że bohaterka wodzi maślanymi oczami za mężczyzną, a następnie przez kilkanaście stron roztrząsa każde ich spotkanie.

Podobne obserwacje mogę odnieść do wątku kulinarnego, który przerażał mnie jeszcze bardziej niż romantyczny, ponieważ oczami wyobraźni już widziałam jak meczę się, pokonując kolejne kartki poświęcone charakterystyce potraw i temu, co czuje postać je konsumująca. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Owszem, Fforde pisze o jedzeniu, ale również bez zbędnego rozdrabniania się i uszczegółowiania. Kiedy główna bohaterka obmyśla menu, stresuje się werdyktem jury czy po prostu gotuje, to wszystko przebiega dynamicznie i emocjonująco. Nie ma mowy o dłużyznach, ale nie obawiajcie się, że pisarka potraktowała po macoszemu którykolwiek z motywów, bo w tym przypadku zwięzłość i szybki rozwój wydarzeń wyszły historii na dobre. Uważam, że Przepis na miłość to dobrze napisana książka, bo nie brak autorce ani pomysłowości, ani zdolności w wiarygodnym przedstawianiu konkretnych zdarzeń. Nie mogę także narzekać na styl, jakim posługuje się Fforde. Nie wyłapałam żadnych niezręcznych czy infantylnych sformułowań. Jako literatura rozrywkowa powieść wypada naprawdę nieźle. 

Gdyby nie jedna rzecz, z pewnością odebrałabym tę historię jeszcze bardziej pozytywnie. Niestety mam pewne zastrzeżenia, co do kreacji głównej bohaterki. Czasami Zoe zamienia się w potulną, niemal ubezwłasnowolnioną słabą kobietkę, która musi podporządkować się obiektowi swoich westchnień. Szkoda, że dziewczyna dość często jawi się jako bohaterka mówiąca „nie”, ale myśląca „tak”, co przyczynia się do tego, iż w niektórych sytuacjach jest traktowana dość obcesowo i niegrzecznie. Nie podobało mi się to, że Zoe pozwala sobą dyrygować, usprawiedliwiając swoje postępowanie chęcią niesienia pomocy innym. Zdaję sobie sprawę, że takie zachowanie głównej bohaterki to część konwencji, w jakiej utrzymane są romanse, ale mimo wszystko szkoda, że autorka nie obdarzyła Zoe większą stanowczością. Jednak, biorąc pod uwagę całokształt, muszę przyznać, że Przepis na miłość czytałam z przyjemnością i zainteresowaniem. Polecam tę książkę wszystkim szukającym lekkiej, optymistycznej historii o miłości. 

Ocena: 4.5 / 6

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater

3 grudnia 2014

Żywe trupy tom V i VI


Studio: Sound Tropez
Długość nagrania: 2 godz. 40 min.

Audiobooki mogłyby dla mnie nie istnieć. Kilka razy próbowałam przekonać się do słuchania książek, ale nie osiągnęłam na tym polu sukcesu. Zazwyczaj drażnił mnie głos lektora albo intonacja, z jaką czyta. Ponadto okazało się, że nie umiem skupić się na opowieści, kiedy nie mogę śledzić tekstu, więc zabieranie się za nagrania lektur postanowiłam sobie darować raz na zawsze. Jednak w zeszłym roku przekonałam się, że jeśli nagranie nie jest audiobookiem, ale słuchowiskiem, w którym świetni aktorzy wcielają się w poszczególnych bohaterów, to również ja potrafię czerpać przyjemność ze słuchania historii. Dzisiaj nie wyobrażam sobie, żeby codziennej jazdy samochodem nie umilało mi jakieś słuchowisko, dlatego mam nadzieję, że i Was przekonam do utworów tego rodzaju. Spośród wszystkich znanych mi tytułów najbardziej polubiłam serię Żywe trupy, będącą dźwiękową adaptacją komiksu o tym samym tytule. W momencie, gdy studio Sound Tropez wypuściło na rynek płytę z pierwszym i drugim tomem, trudno było przewidzieć, czy pomysł spotka się z zainteresowaniem odbiorców. Na szczęście fani The Walking Dead docenili polski wkład w rozbudowę systemu rozrywkowego i obecnie możemy cieszyć się adaptacją kolejnych części komiksowej opowieści o zombie apokalipsie.

Na premierę tomu piątego i szóstego czekałam z ogromną niecierpliwością, ponieważ to właśnie w tej części pojawia się przerażający, szalony, owładnięty pragnieniem władzy i sprawowania kontroli nad innymi Gubernator. Byłam bardzo ciekawa, jak w słuchowisku zostanie ta postać wprowadzona, kto będzie wcielał się w rolę psychopatycznego, samozwańczego zarządcy Woodbury oraz czy twórcom uda się oddać napięcie wynikające z konfliktu pomiędzy grupą Ricka Grimesa a Gubernatorem. Wcześniejsze słuchowiska z tego cyklu charakteryzowały się świetnym doborem aktorów, którzy idealnie pasują do wybranych postaci, więc miałam nadzieję, że i tym razem będzie podobnie. Na szczęście tak właśnie się stało, ponieważ obsada pozostała bez zmian, a do roli Gubernatora zaangażowano Janusza Chabiora, który moim zdaniem po prostu skradł całe słuchowisko dla siebie. Szaleństwo, brutalność, bezwzględność – wszystkie te cechy bohatera uwypuklają się ilekroć tylko Chabior zabiera głos. Jak dotąd uważałam, że serialowy odtwórca tego czarnego charakteru doskonale pasuje do roli i nie potrafiłam sobie wyobrazić nikogo innego na jego miejscu, jednak teraz jestem pewna, że polski Gubernator jest nawet bardziej przerażający, ponieważ samym tylko głosem sprawia, że słuchaczowi ciarki chodzą po plecach. Oczywiście reszta ekipy również świetnie sobie radzi. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek mógł zastąpić Jacka Rozenka jako Ricka, Sonię Bohosiewicz wcielającą się w postać Michonne czy Krzysztofa Banaszyka, który jako narrator również ma trudne zadanie do wykonania, zwłaszcza opisując dynamiczne sceny z komiksu.

Żywe Trupy tom piąty i szósty to słuchowisko w niczym nieustępujące poprzednim nagraniom. Twórcy nie tylko idealnie dobrali aktorów, ale także postarali się o to, żeby opowieść została wzbogacona o dźwięki dynamizujące akcję i sprawiające, że w jednej chwili odbiorca znajduje się w samym centrum wydarzeń. Raz spokojna i melancholijna, a zaraz żywa i budująca napięcie muzyka oraz wszelkie inne dźwięki, takie jak odgłos kroków rozbrzmiewających w pustym pomieszczeniu, hałas rozbijanej szyby czy głuchy łoskot upadającego ciała, to prawdziwy majstersztyk w wykonaniu Sound Tropez. Ogromne wrażenie robią również wszelkie pojękiwania i warknięcia wydawane przez zombiaki. Jedyna rzecz, która przeszkadza mi w udźwiękowieniu całej serii słuchowisk, to piosenki wybierane na zakończenie niektórych zeszytów. Moim zdaniem nie pasują do atmosfery tej historii, a poza tym od początku nie mogę pozbyć się wrażenia, że sama muzyka w zupełności wystarczyłaby do zbudowania odpowiedniego nastroju, więc piosenki są wciśnięte nieco na siłę.

Nie uważam, żeby streszczanie fabuły tej części było potrzebne, ale mogę zdradzić, że słuchowisko obfituje w mroczne i drastyczne sceny. Wprawdzie już sam fakt, iż wszystko dzieje się podczas zombie apokalipsy oznacza, że to opowieść dla odbiorców o mocnych nerwach, ale tom piąty i szósty bazuje nie tyle na strachu wywoływanym starciami z nieumarłymi, co na ukazaniu okrucieństwa człowieka, który w obliczu końca świata zmienia się w prawdziwą bestię. Gwałt, tortury, przekleństwa, walki na śmierć i życie to tylko niektóre z elementów sprawiających, że historia robi się brutalna i prawdziwie dramatyczna. Nie obawiajcie się, że przemoc została dodana niepotrzebnie, bo wszystko ma swój kontekst, a każde działanie bohaterów wynika z określonych motywacji. Gorąco polecam najnowsze słuchowisko o żywych trupach, ponieważ jest czymś więcej niż przeniesieniem komiksowej historii do innego medium. Studio Sound Tropez stworzyło kolejny, świetny element rozwijający cały system rozrywkowy, który z pewnością spodoba się zarówno fanom komiksowej, jak i serialowej wersji przygód szeryfa Ricka Grimesa. 

Ocena: 9,5 / 10

 Posłuchajcie głosu Gubernatora:

video


Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości studia Sound Tropez.

http://www.soundtropez.pl/